Trudny czas pandemii był dla komunikacji miejskiej w Warszawie okresem intensywnych zmian. W zapewnianiu bezpieczeństwa pasażerom pomocne okazały się systemy mobilne i różne inteligentne rozwiązania. – Obliczają one np. objętość pojazdu oraz liczby pasażerów, która korzysta z autobusów, tramwajów czy metra, i dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić, ile taboru powinno być w danym momencie w ruchu, aby zapewnić im odpowiednie warunki sanitarne – wyjaśnia Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. Spadek liczby pasażerów nie wstrzymał komunikacyjnych inwestycji w mieście. Dalszy ich rozwój będzie uzależniony od zastrzyku finansowego z Unii Europejskiej.

Jak wynika z raportu Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie za 2020 rok, podczas pandemii z publicznych przewozów skorzystało 40 proc. mniej pasażerów w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem. Mimo zdecydowanie mniejszej liczby pasażerów na stołeczne ulice wysyłano maksymalną liczbę autobusów (1,5 tys.), tramwajów (400) oraz pociągów metra (52) i Szybkiej Kolei Miejskiej (20).

Po pierwsze, pandemia koronawirusa pokazała, że transport publiczny jest niezbędny dla funkcjonowania normalnego miasta. Okres pandemii oczywiście wpłynął bardzo mocno na to, ile osób korzysta z transportu publicznego, ale nadal procent podróżujących transportem publicznym jest duży. W Warszawie komunikacja miejska dalej obsługuje ponad połowę wszystkich podróży. Po drugie, pandemia dała również odpowiedź na pytanie, jak istotne są rozwiązania mobilne i inteligentne systemy w transporcie, które umożliwiają dostosowanie pojazdów do sytuacji sanitarnej. Po trzecie, okazało się, że transport publiczny jest usługą, która powinna być w specjalny sposób traktowana – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Olszewski.

Wraz ze spadkiem liczby podróżujących spadły również wpływy ze sprzedaży biletów – z 914 mln zł w 2019 roku do ok. 600 mln zł w 2020 roku. Jednocześnie potrzebne okazały się nadzwyczajne działania, które miały zapewnić bezpieczeństwo pasażerom. Samorządy starały się przeprogramować transport publiczny, aby zmienić jego funkcjonowanie. Jak podkreśla Michał Olszewski, była to operacja na żywym organizmie i od razu było wiadomo dokładnie, jak reagują pasażerowie na te zmiany, w jaki sposób utrudniają lub ułatwiają one komunikację w danym rejonie.

Transport publiczny jest rzeczywiście krwiobiegiem miasta i jego braki, np. usuwanie jednej linii w danym mieście, powodowały potężne perturbacje w obsłudze komunikacyjnej danego rejonu, co pokazuje, jak ważne jest dzisiaj utrzymanie jakości tego transportu – dodaje wiceprezydent Warszawy.

Mimo pandemii w ubiegłym roku w miejskim transporcie w stolicy zrealizowano szereg istotnych inwestycji. Wśród nich są m.in. zakupy elektrycznego taboru autobusowego czy oddawanie do użytku kolejnych stacji drugiej linii metra. W tym roku do stolicy trafiły nowe, bardziej energooszczędne wagony tramwajowe, otworzono nowe trasy tramwajowe i trwają prace nad projektami kolejnych, np. na Gocław czy Zieloną Białołękę. Planowane są kolejne inwestycje, ale – jak podkreśla Michał Olszewski – wiele zależy od środków unijnych. Kluczowe znaczenie ma wynik negocjacji Umowy Partnerstwa z Komisją Europejską.

Bardzo wiele zależy od tego, ile środków finansowych zostanie zagwarantowanych na transport publiczny oraz ile z tych środków otrzymają samorządy – podkreśla wiceprezydent Warszawy. – Nie zgadzamy się na to, aby środki unijne były kolejną pozycją, w której pieniądze będą przesuwane z wydatków samorządowych na rządowe, z tego względu, że to w miastach żyje 80 proc. mieszkańców Polski. Musimy mieć świadomość tego, że bez zapewnienia im odpowiedniej jakości usług nasz kraj nie będzie się dalej dynamicznie rozwijał. Nie pomaga nam, jako krajowi, kompletnie niepotrzebna polityczna nagonka na Unię Europejską i na zasady praworządności, która toczy się w tle. Na pewno nie pomaga tutaj sytuacja, że w polskich miastach rządzą prezydenci, którzy są w opozycji do obecnego rządu. Jesteśmy często pokazywani jako wywrotowcy, a tak naprawdę my bronimy jako samorządy prawdziwych wartości, które też wyrażają nasi mieszkańcy.

Jak dodaje, na przestrzeni ostatnich 14 lat Warszawa pozyskała z UE 18 mld zł. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to ok. 10 tys. zł. Ten wynik jest niemożliwy do powtórzenia w kolejnych latach, ale jest szansa na pozyskanie kilku miliardów złotych, które umożliwią dalszy rozwój stolicy.

Chmura jest jedną z kluczowych technologii cyfrowej transformacji, ale Polska wciąż musi nadrabiać pod tym względem dystans dzielący ją od bardziej rozwiniętych gospodarek. Poziom wykorzystania technologii chmurowych w naszym kraju jest dziś bowiem 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych państwach Europy. Szczególnie słabo wypadają pod tym względem małe i średnie firmy. W energetyce i przemyśle wytwórczym z chmury korzysta raptem co piąta firma. Jak szacują eksperci McKinsey, nadrobienie zaległości i szerokie upowszechnienie tej technologii w 2030 roku mogłoby przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB. Największe korzyści odniosłyby z tego handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

Transformacja cyfrowa przyspieszyła, zarówno w administracji publicznej, jak i wśród przedsiębiorców. O ile duże firmy radzą sobie z tym doskonale, o tyle sektor małych i średnich firm potrzebuje wsparcia państwa. Tym wsparciem są projekty tworzone przez podmioty, które współpracują z państwem. Jednolita chmura wydaje się perspektywą do tego, aby pomóc zarówno w sferze państwowej, jak i w sferze przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, która uczestniczyła w prezentacji raportu.

– Z naszych analiz wynika, że poziom wdrożenia rozwiązań chmurowych w Polsce jest obecnie 14-krotnie niższy w porównaniu do europejskich liderów chmury, czyli krajów północnych – mówi Borys Pastusiak, partner w firmie doradczej McKinsey.

Polska gospodarka, aby zachować konkurencyjność, musi nadgonić dystans dzielący ją od europejskich liderów, zarówno pod względem wykorzystania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania. W tej chwili w Polsce poziom wdrożenia chmury jest niższy (1,5 raza) nawet od średniej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z nowego raportu „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, opracowanego przez McKinsey & Company.

Są oczywiście sektory, w których wykorzystanie chmury jest wysokie, takie jak branża teleinformatyczna albo sektor mediowy. Z drugiej strony mamy takie branże jak nieruchomości, energetyka czy przemysł wytwórczy, gdzie wykorzystanie rozwiązań chmurowych jest bardzo niskie i daleko nam do liderów w tym obszarze – mówi Borys Pastusiak.

Z szacunków McKinsey, ujętych w nowym raporcie, wynika, że pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych już w 2030 roku może przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB.

– Co warto podkreślić, 80 proc. tej wartości może pochodzić z innowacji, czyli nowych przedsiębiorstw, produktów, procesów cyfrowych umożliwionych dzięki lepszemu wykorzystaniu analityki danych, internetu rzeczy, automatyzacji czy też hiperskalowalności. Pozostałe 20 proc. to korzyści, które może odnieść bardziej tradycyjny biznes, czyli modernizacja infrastruktury IT czy też optymalizacja kosztów operacyjnych – mówi Ewa Granosik, analityczka w McKinsey, autorka raportu.

Analiza pokazuje, że największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury mogą odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Tylko w tym pierwszym sektorze wykorzystanie dynamicznych cen, inteligentnych promocji i optymalizacja stanów magazynowych – wsparte technologiami chmurowymi – mogłyby przynieść 12 mld zł w 2030 roku.

– Kolejne 11 mld zł może pochodzić z sektora FMCG, z automatyzacji produkcji czy też optymalizacji zużycia energii – mówi Ewa Granosik.

Jak podkreśla, polskie firmy wciąż wskazują jednak na szereg barier, które ograniczają wdrażanie technologii chmurowych. Wśród tych głównych są m.in. niepewność regulacyjna, skomplikowane wymogi i obawy o bezpieczeństwo danych.

– Firmy wskazują także na inne bariery, jakimi są brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii, jaką wartość dodaną mogą przynieść, oraz deficyt kompetencji na rynku – wymienia analityczka w McKinsey.

W nowym raporcie analitycy wskazują, że Polska ma solidne fundamenty, żeby wykorzystać potencjał technologii chmurowych. To m.in. stabilna sytuacja makroekonomiczna, wysokiej jakości infrastruktura cyfrowa i dostawcy chmury, działający w ramach sektora publicznego.

 Aby jednak do tego roku doścignąć liderów, Polska musiałaby notować roczny wzrost wdrożenia chmury na poziomie nawet 50 czy 60 proc. rok do roku, co oznacza przyspieszenie obecnego tempa dwu-, a nawet dwuipółkrotnie – podkreśla Borys Pastusiak.

Kluczową rolę w upowszechnianiu tej technologii w kolejnych latach będą mieć nie tylko przedsiębiorstwa, ale i sektor publiczny. Dysponuje on bowiem środkami na wsparcie finansowe dla chmury i kreuje prawodawstwo w tym obszarze. Instytucje publiczne, które korzystają z chmury, mogą też stanowić przykład dla innych uczestników rynku. 

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Branża telekomunikacyjna jest zaniepokojona kształtem nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą pracuje rząd. Chodzi o zapisy dotyczące uznawania firm technologicznych za dostawców wysokiego ryzyka. Kryteria są tak sformułowane, że mogą wykluczać dostawców z Azji. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, mogą być zmuszeni do wycofania przynajmniej części z nich w ciągu kilku lat, co pociągnie za sobą wielomiliardowe straty. Straty poniosą nie tylko duże, ale i mniejsze podmioty – wskazuje Krajowa Izba Komunikacji Ethernetowej (KIKE), zrzeszająca małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych.

Nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) rząd pracuje już od ponad roku. W połowie października KPRM opublikował trzecią wersję projektu, który został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych.

– Nowa odsłona projektu nie uwzględniła praktycznie żadnych propozycji zmian, jakie sformułowała KIKE przy poprzednich konsultacjach. Dlatego trudno powiedzieć, że zostały w niej uwzględnione oczekiwania małych i średnich operatorów. Nadal identyfikowane są poważne ryzyka dotyczące wycofania z rynku sprzętu chińskich producentów, z których korzysta większość członków KIKE – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bazański, ekspert Grupy Roboczej ds. Kontaktów z Administracją Publiczną w Krajowej Izbie Komunikacji Ethernetowej, radca prawny z Kancelarii itB Legal.

Według rządowych propozycji przepisów opublikowanych w połowie października nowy organ – kolegium ds. cyberbezpieczeństwa – będzie mógł nadać firmie technologicznej status dostawcy wysokiego ryzyka. Taka decyzja zapadnie po analizie szeregu kryteriów, wśród których znalazły się także kryteria narodowościowe. Oceniane będzie m.in. prawdopodobieństwo, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub NATO. Eksperci podkreślają, że może to uderzyć w chińskie korporacje, m.in. firmę Huawei, która jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, będą de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

– Podkreślenia wymaga fakt, że obowiązkowi wycofania będą podlegały produkty, usługi i procesy ICT wskazane w decyzji ministra właściwego do spraw informatyzacji, a więc nie wszystkie produkty, usługi i procesy ICT oferowane przez dostawcę wysokiego ryzyka – wyjaśniono w uzasadnieniu nowelizacji ustawy.

W raporcie „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce” analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że wykluczenie z polskiego rynku chińskich dostawców sprzętu sieciowego wygeneruje straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych. Sięgną one od 13,4 do 14,9 mld zł. Drugim skutkiem może być ograniczenie konkurencji, a co za tym idzie, także wzrost cen sprzętu dostarczanego przez pozostałych graczy na rynku. To zaś oznaczałoby, że operatorzy poniosą większe koszty w związku z dalszym rozwojem sieci. Analitycy szacują ten koszt na 3,5 mld zł.

Straty poniosą jednak nie tylko duże podmioty działające na rynku, na co wskazuje raport Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej, zrzeszającej małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. KIKE przy okazji publikacji pierwszej wersji ustawy przeprowadziła badanie sprawdzające, jaki sprzęt przeważa w działalności tych podmiotów oraz jaki jest szacowany koszt ewentualnej wymiany urządzeń od producentów, którzy pochodzą spoza Unii i USA (jeden z istotniejszych producentów sprzętu elektronicznego spośród krajów członkowskich NATO).

– Z opublikowanego przez KIKE raportu, który pokazuje skalę wykorzystania elementów sieciowych z państw zza Wielkiego Muru, wynika, że ziszczenie się czarnych scenariuszy może finalnie doprowadzić do konieczności wymiany sprzętu przez małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. To z kolei będzie wiązać się z nieprzewidzianymi, wysokimi wydatkami – mówi Łukasz Bazański.

W badaniu wzięło udział 57 przedsiębiorców z segmentu małych i średnich firm telekomunikacyjnych. Raport pokazuje, że 100 proc. z nich korzysta ze sprzętu producenta, który ma swoją siedzibę poza Unią Europejską lub USA. Co istotne, taki sprzęt średnio stanowi 80,79 proc. ogólnie wykorzystywanego sprzętu w działalności operatorów. Prawie połowa z nich (47 proc.) korzysta z urządzeń chińskiego Huaweia, ale wśród popularnych dostawców są też koreański Dasan, pochodzące z Chin TP-Link i ZTE oraz tajwańskie D-Link i ZyXEL. Oszacowany przez małych i średnich operatorów koszt wymiany takiego sprzętu wyniósłby co najmniej 161,8 mln zł, a średnio 2,99 mln zł dla pojedynczej spółki.

– Nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby sądzić, że sprzęt chińskich dostawców jest bardziej lub mniej narażony na ataki czy też mógłby takie ataki generować. To może dotknąć każdego producenta towaru lub usługi. Dlatego ważne jest wprowadzanie odpowiednich wymagań i zabezpieczeń na poziomie sprzętu – niezależnie od tego, kto go wyprodukował. Bez stygmatyzowania konkretnych producentów i dostawców tylko dlatego, że geograficznie pochodzą z Azji – podkreśla ekspert GARP KIKE. 

KIKE zgłosiła cały szereg zastrzeżeń już do poprzedniej wersji noweli ustawy o KSC, wskazując m.in., że nie uwzględnia ona ekonomiczno-gospodarczych skutków, jakie będą się wiązać z wprowadzeniem nowych przepisów. Według izby ich konsekwencje dla małych i średnich operatorów będą wręcz dramatyczne. Uwagi KIKE nie zostały jednak uwzględnione w pracach nad kolejnymi wersjami noweli. Podobnie jak zastrzeżenia innych organizacji branżowych, ekspertów, prawników i podmiotów z rynku telko, którzy w sumie zgłosili do projektowanej regulacji ponad 750 uwag. Nowa wersja, opublikowana w połowie października, uwzględnia je w niewielkim stopniu.

– Kolejna odsłona projektu niczego nie zmienia. Ryzyka dla małych i średnich operatorów istnieją nadal – mówi Łukasz Bazański, wskazując, że projekt noweli ustawy o KSC powinien trafić do ponownych konsultacji publicznych.

Dane są dziś dla biznesu motorem napędowym i podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać nawet wielomilionowe konsekwencje finansowe, niemożność kontynuowania działalności i utratę zaufania klientów. Tymczasem w ostatnich latach liczba naruszeń bezpieczeństwa danych wciąż rośnie, a związane z tym koszty są najwyższe w historii. Pandemia dodatkowo zwiększyła ryzyko, przyczyniając się do wzrostu liczby ataków hakerskich. Dlatego – jak podkreśla Sebastian Mikołajczyk, menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange – przedsiębiorstwa muszą dziś przykładać szczególną wagę do bezpieczeństwa swoich danych, a firmowa serwerownia to często za mało, żeby zapewnić im konieczną ochronę.

 W dzisiejszych czasach dane są podstawą każdego biznesu. Bardzo istotne jest jednak to, w jakim miejscu te dane przechowujemy, jak są one chronione i kto ma do nich dostęp – mówi agencji Newseria Biznes ekspert Orange Polska. – Podstawowe zagrożenia dla danych biznesowych to przede wszystkim ich bezpośrednia kradzież, utrata oraz straty spowodowane pożarem, zalaniem czy innym fizycznym uszkodzeniem infrastruktury, na której te dane są przechowywane.

Z przeprowadzonego krótko przed pandemią badania One System „Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP” wynika, że prawie co piąta (18 proc.) mała i średnia firma w Polsce doświadczyła utraty danych. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek może być jeszcze wyższy. Tymczasem – jak pokazuje nowy raport IBM Security – na przestrzeni ostatniego roku średnie koszty incydentów naruszenia danych wzrosły z 3,86 do 4,24 mln dol. To najwyższy wynik w siedemnastoletniej historii tego badania.

Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) w swoim ubiegłorocznym raporcie zauważa z kolei, że finansowe skutki są odczuwalne nie tylko w momencie odkrycia naruszenia danych, ale mogą trwać jeszcze ponad dwa lata po tym, jak doszło do takiego incydentu. Jak wskazuje ENISA, w latach 2019 i 2020 liczba naruszeń bezpieczeństwa danych znacząco wzrosła.

Ekspert Grupy Orange zaznacza, że ryzyko utraty danych wiąże się z czynnikami  fizycznymi – takimi jak pożar, zalanie czy uszkodzenie serwerów, ale dla biznesu równie problematyczne są awarie zasilania i blackouty, które powodują przerwy w dostępie do strategicznych danych.

– W przedsiębiorstwach bardzo często serwery i infrastruktura teleinformatyczna są zasilane z tego samego źródła, co maszyny i produkcja. Brak prądu powoduje przerwę w dostawie usług, przestoje, brak kontaktu z klientem etc. – mówi Sebastian Mikołajczyk. – Dlatego tak ważne jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego, żeby urządzenia, które przechowują i przetwarzają dane, miały możliwość ciągłej pracy bez przerw w zasilaniu.

Równie ważne są warunki środowiskowe, w jakich pracują serwery. Taka infrastruktura pobiera dużo prądu i jednocześnie wydziela dużo ciepła, dlatego kluczowe jest to, aby serwery pracowały w odpowiedniej temperaturze, wilgotności i miały zapewnione chłodzenie.

Kolejny element to okno na świat, którym jest łącze transmisji danych. Nadal w wielu firmach z tego samego łącza korzystają pracownicy i wszystkie główne serwery. Przerwanie takiego łącza oznacza brak dostępu do usług i infrastruktury – wyjaśnia ekspert Orange Polska.

Jak podkreśla, bardzo ważny jest też czynnik ludzki, ale nie każda firma może sobie pozwolić na zatrudnienie wyspecjalizowanych, wysoko opłacanych inżynierów, którzy będą czuwali nad bezpieczeństwem i ciągłością działania jej infrastruktury.

– Skuteczne zapobieganie cyberatakom wymaga znajomości mechanizmów, którymi posługują się hakerzy. To naprawdę specjalistyczna wiedza, którą trzeba tez na bieżąco aktualizować. Nie wszyscy za tym nadążają, dlatego warto posiłkować się wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanego personelu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Wiele firm organizuje serwerownie we własnych lokalizacjach, nie zapewniają one jednak takiego bezpieczeństwa, jakie miałyby w wyspecjalizowanym data center, gdzie infrastruktura towarzysząca gwarantuje m.in. odpowiednią ochronę, zasilanie, łączność i parametry środowiskowe.

Takie nowoczesne data center Orange Polska uruchomił właśnie w podwarszawskich Łazach. W komorach serwerowych Warsaw Data Hub znajdzie się 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i automatyczne systemy gaszenia pożarów dla sprzętu IT i sieciowego. Obiekt  zapewnia optymalne warunki pracy urządzeń i nieprzerwaną transmisję danych. Znajdą się w nim nie tylko urządzenia Orange, ale i jego klientów biznesowych. 

– Przechowywanie infrastruktury, która gromadzi i przetwarza dane, w profesjonalnym data center jest z pewnością dobrym posunięciem. W Warsaw Data Hub mamy zabezpieczenia, które pozwalają uchronić dane przed najczęstszymi typami zagrożeń, a personel dba o bezpieczeństwo 24 godziny na dobę, dzięki czemu jest ono na naprawdę wysokim poziomie – mówi menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange.

Oprócz kolokacji, czyli wynajmu przestrzeni w serwerowni i udostępniania niezbędnej infrastruktury, Warsaw Data Hub zapewnia także szerokie spektrum specjalistycznych usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. To istotne teraz, kiedy, jak pokazuje nowy „Barometr Cyberbezpieczeństwa” firmy doradczej KPMG, w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku aż 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent.

– Przy wyborze data center warto zwrócić uwagę na to, jak firma, która oferuje tego typu usługi, podchodzi do kwestii bezpieczeństwa teleinformatycznego i jakie dodatkowe usługi oferuje swoim klientom. Mam tu na myśli np. przeciwdziałanie atakom DDoS, które polegają na generowaniu takiej ilości zapytań, że serwer po prostu „zamiera” i nie jest w stanie odpowiedzieć. Powszechne są też cyberataki szyfrujące dane czy polegające na ich wyłudzaniu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Ekspert Grupy Orange podkreśla, że każde data center powinno oferować co najmniej kilka podstawowych rozwiązań bezpieczeństwa teleinformatycznego dla swoich klientów.

W Orange mamy CERT, czyli specjalne centrum cyberbezpieczeństwa, które przez 24 godziny na dobę monitoruje ruch w sieci i aktywnie wyszukuje niestandardowe zachowania, analizując je pod kątem ataków hakerskich. Klient może u nas zamówić dedykowane firewalle czy tzw. systemy SIEM, które zbierają i analizują logi z poszczególnych urządzeń. Gdyby firma chciała zrobić to wszystko indywidualnie, potrzebowałaby naprawdę dużych zasobów finansowych i osób o specjalistycznych kompetencjach. My robimy to w jednym miejscu dla wielu klientów. To dużo tańsze i naprawdę optymalne rozwiązanie – zapewnia ekspert Orange Polska. – W związku z otwarciem Warsaw Data Hub dajemy też naszym aktualnym i nowym klientom okazję do poznania nowoczesnego data center z bliska. Dni otwarte w Warsaw Data Hub odbędą się 26 i 27 października. Warto nas wtedy odwiedzić.

 

 

 Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent miasta stołecznego Warszawy. Jak wyliczyło Ministerstwo Finansów, na planowanych zmianach podatkowych samorządy stracą 145 mld zł w ciągu dekady. Razem z obniżką podatków wprowadzoną w 2019 roku straty przekraczają 200 mld zł. Z kolei proponowane przez rząd rekompensaty opiewają na 48 mld zł. Samorządowcy, którzy w środę w Warszawie protestowali przeciw wprowadzanym zmianom, przestrzegają, że odbiją się one na mieszkańcach.

– Polski Ład nie jest pierwszą zmianą, która uderza w budżety naszych mieszkańców. Poprzednia obejmowała uszczerbek w naszym budżecie na poziomie 700 mln zł, Polski Ład dzisiaj to drugie tyle. Tak naprawdę przyszłoroczny budżet, zgodnie z parametrami, który przygotowujemy obecnie, będzie chudszy o ponad 1 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Michał Olszewski. – Trzeba mieć świadomość tego, że tylko na przestrzeni ostatnich dwóch–trzech lat samorządy przez takie decyzje straciły kilkanaście miliardów złotych. One wyparowały z budżetów samorządowych i zawędrowały do budżetu rządowego.

Polski Ład zakłada m.in. podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, a progu podatkowego do 120 tys. zł. Wprowadzi również zerowy PIT dla pracujących seniorów. Już samo podniesienie kwoty wolnej od podatku – jak szacuje rząd – spowoduje, że w portfelach Polaków zostanie ok. 16,5 mld zł. Na zmianach podatkowych ma w sumie skorzystać 18 mln podatników.

– Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne, a nie mamy wpływów na wysokość podatków. Sytuacja, w której pokazuje się mieszkańcom, że mogą płacić mniej do budżetu państwa, a z drugiej strony zabiera się samorządom pieniądze, które pokrywają tę stratę, jest skrajną nieuczciwością wobec naszych mieszkańców – przekonuje wiceprezydent Warszawy. – Każdy mieszkaniec chce mieć dzisiaj dobry dostęp do edukacji, transportu publicznego, dobry dojazd do pracy. To są wszystko rzeczy, które doznają mocnego uszczerbku w sytuacji, kiedy dojdzie do wdrożenia Polskiego Ładu.

Ocena skutków regulacji przygotowana przez resort finansów wskazuje, że samorządy do 2031 roku stracą na zmianach 145 mld zł. Łącznie z obniżką podatku PIT sprzed dwóch lat straty sięgną 206 mld zł. W samej Warszawie budżet co roku będzie mniejszy o ok. 1,7 mld zł.

– Nasz budżet dzisiaj składa się w 50 proc. z udziału w podatku dochodowym od osób fizycznych i osób prawnych, kolejne 10 proc. to podatek od nieruchomości. Resztę stanowią opłaty, które my jako samorządy pobieramy od mieszkańców, ale które nie pokrywają dzisiaj kosztów usług. Dlatego np. parkowanie, transport publiczny, opłaty za odpady – to pozycje, które na pewno będą bardzo mocno rewidowane w skali całego kraju. Już dzisiaj wiadomo, że nie da się utrzymać wielu usług publicznych na odpowiednim poziomie bez dokonywania albo oszczędności w wydatkach, albo pozyskiwania nowych dochodów – podkreśla Michał Olszewski.

Samorządowcy podkreślają, że wsparcie oferowane przez Ministerstwo Finansów nie jest wystarczające.

  Jako samorządy mamy określony procentowy udział w podatku dochodowym. Jeśli rząd zmniejsza wpływy z podatku, należałoby skorygować odpowiednio ten udział. Jest to prosty mechanizm, który de facto pozwoliłby nam na utrzymanie usług publicznych na tym poziomie, na którym są one obecnie – mówi wiceprezydent Warszawy. 

Ministerstwo Finansów podkreśla, że w przyszłym roku żaden samorząd nie straci na Polskim Ładzie, a w kolejnych latach dochody samorządowe będą wyższe niż prognozowane. Finanse samorządów mają być chronione przez gwarancję dochodów, wzmocnienie inwestycji (poprzez Fundusz Inwestycji Strategicznych) i dodatkowe 8 mld zł (jednorazowy zastrzyk finansowy). Rządowe wyliczenia wskazują, że łącznie dochody wszystkich JST z PIT i CIT mają być wyższe o ponad 10 proc. względem prognoz samorządów.

Polski Ład wprowadza rozwiązanie, które nie jest żadną rekompensatą, dlatego że jest to rekompensata jednorazowa tylko w jednym roku, natomiast w kolejnych latach nie ma w ogóle przewidzianego żadnego mechanizmu korygującego. Co bardzo ważne, mechanizm korygujący przygotowywany na przyszły rok jest o wiele poniżej tego, co tracimy jako samorządy – mówi Michał Olszewski.

Nowe rozwiązania ministerstwa zakładają, że od 2022 roku dochody z PIT i CIT będą przekazywane w równych miesięcznych transzach. Jeśli w danym roku spadną one poniżej ustalonego poziomu, samorządy otrzymają dodatkowe pieniądze (subwencję rozwojową), która im to wynagrodzi. Dzięki temu dochody JST mają być mniej podatne na wahania w gospodarce i zmiany prawne. Resort podkreśla, że takie rozwiązanie jest bardziej korzystne niż zwiększone udziały w PIT, ponieważ zapewnia bardziej równomierne zasilenie budżetów.

Samorządowcy protestują także przeciw odbieranym im kompetencjom w coraz większej liczbie obszarów, m.in. w edukacji, zdrowiu i finansach. W środowym proteście pod hasłem HASHwObronieMieszkańców w Warszawie uczestniczyło blisko tysiąc przedstawicieli samorządów z całej Polski.

– Wiele osób rezygnuje z udziału w pracowniczych planach kapitałowych, bo nie mają zaufania do systemu. Fundamentalne pytanie, jak takie zaufanie do polityki publicznej, do wiarygodności państwa budować – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, profesor, prorektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jak podkreśla, kluczowe są dialog społeczny, stabilność prawa i rzetelna ocena skutków każdej wprowadzanej zmiany. Choć o kondycji gospodarki mówią nam dane ekonomiczne i oceny agencji ratingowych, to brakuje wskaźnika, który uwzględniałby także społeczny wymiar, związany np. z bezpieczeństwem w obszarze edukacji, rynku pracy czy ochrony zdrowia. Nad opracowaniem takiego indeksu wiarygodności państwa pracuje zespół ekonomistów z prof. Jerzym Hausnerem na czele.

 Chcemy patrzeć już nie tyle na to, co się dzieje na bieżąco, ale na długookresowe trendy związane z tym, jak wygląda stabilność finansów publicznych – rozumiana także jako to, co się dzieje z inflacją, która budzi dziś niepokój, ale także społeczny wymiar wiarygodności, na ile polityki publiczne odpowiadają na potrzeby obywateli związane z bezpieczeństwem w obszarze edukacji, ochrony zdrowia czy rynku pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Widzimy, że właściwie w każdym z tych obszarów jest coś, co można poprawić, i chcielibyśmy zaproponować taki barometr, który pokazywałby kierunki potrzebnych działań.

Temat wiarygodności państwa powraca z coraz większą mocą na skutek kilku przesłanek. Po pierwsze, rząd „wypycha” poza budżet część długu publicznego, żeby uniknąć przekroczenia progu 55 proc. zadłużenia państwa do PKB. Wówczas na kolejny rok nie mógłby zaplanować w budżecie deficytu. Tymczasem z danych, które władze muszą raportować Komisji Europejskiej, wynika, że na koniec I kwartału wynosił on 59,1 proc., a Polska jest drugim po Cyprze unijnym krajem z największym udziałem ukrytego długu publicznego.

Kolejną głośno dyskutowaną kwestią jest rozbieżność inflacji i poziomu stóp procentowych. Stopa referencyjna NBP jest od końca maja 2020 roku na poziomie 0,1 proc., ale na czwartkowym posiedzeniu RPP podjęła decyzję o jej podniesieniu do poziomu 0,5 proc. Z kolei inflacja we wrześniu według szybkiego szacunku GUS-u skoczyła do 5,8 proc., co jest  najszybszym tempem wzrostu cen od przeszło 20 lat i szybszym od tego, którego spodziewali się ekonomiści.

Agencja ratingowa S&P w ostatnim raporcie podniosła swoje prognozy wzrostu PKB Polski na ten rok do 5,1 proc. i utrzymała rating na poziomie A-, potwierdzając stabilną perspektywę oceny.

– Jest wiele firm ratingowych, które oceniają naszą gospodarkę, i to stanowi wytyczne dla inwestorów. Uważamy, że takie szerokie podejście, które uwzględnia te aspekty, o których mówiłam, może być dodatkowym sygnałem na temat tego, jak wiarygodna jest nasza gospodarka i jak możemy zwiększać tę wiarygodność – tłumaczy profesor SGH. – Przykładem jest chociażby funkcjonowanie pracowniczych programów kapitałowych. Bardzo dużo osób rezygnuje z udziału w PPK właśnie ze względu na to, że nie czują zaufania do systemu. Fundamentalnym pytaniem jest to, w jaki sposób takie zaufanie do polityki publicznej, do wiarygodności państwa budować.

Po zakończeniu ostatniej, czwartej fazy tworzenia PPK przystąpiło do nich 28,8 proc. zatrudnionych. Na etapie przygotowywania programu rząd informował, że liczy na partycypację na poziomie 75 proc. Nawet jeśli doliczyć firmy, które wdrożyły PPE (a ich liczba w istocie wzrosła, bo chciały uciec przed PPK), to odsetek odkładających na emeryturę rośnie do zaledwie 32,6 proc.

Wciąż nie wiadomo także, co się stanie z pieniędzmi zgromadzonymi w OFE. Projekt ustawy, która miała ostatecznie zakończyć ich funkcjonowanie, zniknął z prac legislacyjnych. Pat związany z rozstrzygnięciem ich losu jest konsekwencją zapisów Polskiego Ładu, który zresztą sam w sobie budzi wiele wątpliwości i w kwestiach podatkowych, i zadłużenia publicznego.

 Jest bardzo dużo wątpliwości, bo zmiany proponowane w Polskim Ładzie są bardzo daleko idące. Do tej pory trudno jest znaleźć zgodę wśród komentatorów, jak on wpłynie na obywateli i gospodarkę. Wydaje się, że wszelkie zmiany powinny podlegać pewnego rodzaju osądowi, także w postaci bardzo porządnego rachunku ekonomicznego, który mówi o kosztach, korzyściach. Powinniśmy przeprowadzić porządną ocenę skutków regulacji, zanim będziemy się decydować na jakiekolwiek zmiany – uważa prof. SGH Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Przede wszystkim trzeba jasno komunikować, prowadzić dialog społeczny, dialog z interesariuszami i nie modyfikować polityk zbyt często. Każda zmiana musi być uzasadniona i wynikać faktycznie z przesłanek, które są wiarygodne, zrozumiałe i oczywiste.

W czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów są przede wszystkim pracownicy produkcji i remontowo-budowlani. Według Polaków pracownicy fizyczni są pożądani na rynku pracy nawet bardziej niż lekarze – wynika z badania SW Research. Potwierdzają to też statystyki OLX, serwisu z ogłoszeniami pracy w Polsce. W lipcu tego roku liczba wolnych wakatów dla pracowników produkcji przekraczała 28 tys., podczas gdy jeszcze w styczniu była o ok. 8,5 tys. niższa. Jeszcze bardziej wzrosła w tym czasie liczba wolnych wakatów czekających na pracowników branży budowlano-remontowej. Badania pokazują, że ich postrzeganie przez Polaków coraz wyraźniej się zmienia. Prawie co drugi twierdzi, że pracownicy fizyczni mogą dziś dobrze zarobić. Podobny odsetek uważa ich pracę za równie ważną jak pracowników umysłowych.

Patrząc na dane GUS z 2021 roku, widać, że wśród najbardziej poszukiwanych zawodów dominują pracownicy fizyczni – sprzedawcy, pracownicy budowlani i kierowcy. Te dane mają też odzwierciedlenie w statystykach OLX Praca, gdzie widzimy duży wzrost liczby ogłoszeń w branżach związanych z pracą fizyczną. Rekordowe wyniki notujemy w przypadku kierowców, pracowników budowlanych, produkcyjnych czy magazynowych. Rosnącą popularnością cieszy się w tej chwili również sektor związany z gastronomią, hotelarstwem i obsługą klienta. Jeżeli porównamy liczbę aktywnych ogłoszeń w tym roku w stosunku do poprzedniego, to ten wzrost jest ponad 30-proc. – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Świderski, dyrektor kategorii Praca w OLX.

W lipcu tego roku na OLX Praca liczba ogłoszeń dla pracowników produkcji przekraczała 28 tys., podczas gdy jeszcze w styczniu była o ok. 8,5 tys. niższa. W przypadku pracowników budowlano-remontowych w tym samym czasie przybyło dla nich aż 14 tys. wakatów – w lipcu czekało na nich ponad 27,8 tys. aktywnych ofert pracy.

Jak ocenia ekspert OLX, tak duży wzrost zapotrzebowania na te grupy pracowników to w dużej mierze efekt zmian, które zaszły w gospodarce podczas kolejnych lockdownów wywołanych pandemią COVID-19.

Okres obostrzeń mocno wpłynął na ograniczenia produkcyjne. Dzisiaj firmy próbują nadrobić ten czas i stracone wolumeny produkcyjne. Stąd zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych i magazynowych jest bardzo duże – wyjaśnia Paweł Świderski. – Z drugiej strony w związku z obostrzeniami pewne branże, np. sklepy, gastronomia, hotelarstwo, nie mogły normalnie funkcjonować, a wielu pracowników straciło pracę. Po znalezieniu nowego zajęcia oni nie chcą już wracać do poprzedniego. Mimo że sezon wakacyjny się skończył, w tych sektorach nadal brakuje pracowników. Kolejna kwestia to zmiana przyzwyczajeń zakupowych – wszyscy dzisiaj coraz częściej kupujemy w internecie, zamawiamy jedzenie do domu. Stąd cały sektor związany z transportem i dostawami kurierskimi szybko się rozwija i potrzebuje nowych pracowników.

Zdaniem Polaków pracownicy fizyczni są dziś pożądani na rynku pracy nawet bardziej niż lekarze i pielęgniarki czy specjaliści IT – wynika z  badania „Stanowiska blue i grey collar – co Polacy wiedzą o ich benefitach?”, przeprowadzonego przez SW Research. Branża remontowo-budowlana jest postrzegana jako ta, w której najtrudniej znaleźć pracownika. Prawie połowa Polaków (46 proc.) uważa, że to właśnie pracownicy tego sektora są dziś potrzebni bardziej niż osoby pracujące na wyższych stanowiskach jak inżynier, księgowy czy specjalista od marketingu. Średnio co trzeci uważa, że dotyczy to też pracowników produkcji (33 proc.) oraz kurierów i kierowców (31 proc.).

– Według ankietowanych trudności ze znalezieniem pracowników fizycznych są dziś rzeczywiście dużo większe niż jeszcze jakiś czas temu. Tylko co piąty nie widzi takiej tendencji – dodaje dyrektor kategorii Praca w OLX.

Polacy rzeczywiście dostrzegają braki wśród tzw. blue i grey collar workers, czyli pracowników technicznych i fizycznych. W pierwszej kolejności wskazują zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych, remontowo-budowlanych, magazynierów czy kurierów. Natomiast na samym końcu tej listy wymieniają pracowników umysłowych, takich właśnie jak specjaliści ds. HR, marketingu czy PR – mówi Piotr Zimolzak, wiceprezes i główny analityk agencji badawczej SW Research.

Wyniki badania SW Research potwierdzają, że w podejściu Polaków nastąpiła istotna zmiana w postrzeganiu blue i grey collar workers. 48 proc. ankietowanych uważa pracę pracowników produkcji za równie ważną jak pracowników umysłowych z tej samej firmy. Według 46 proc. dotyczy to też pracowników remontowo-budowlanych. Zawody, które zdaniem Polaków są najbardziej niedoceniane, to kasjer (54 proc.), kurier bądź kierowca (36 proc.), pracownik produkcyjny (36 proc.) i magazynier (34 proc.).

– Polacy w ciągu ostatnich 10 lat zauważyli spore zmiany dotyczące pracowników fizycznych i technicznych. To już nie są te same zawody i te same miejsca pracy, co przed dekadą – mówi Piotr Zimolzak.

Zdaniem badanych największa ewolucja zaszła m.in. w logistyce, call center, transporcie, na produkcji i w pracy na magazynie. Mimo to 47 proc. Polaków wskazuje, że zawody wymagające wykonywania prac fizycznych nie są postrzegane jako prestiżowe. To właśnie to stereotypowe podejście jest po części odpowiedzialne za dzisiejsze niedobory na rynku pracy.

– Większość z nas chciała mieć wykształcenie wyższe, więc w tym momencie mamy nadpodaż absolwentów szkół wyższych, zwłaszcza na kierunkach humanistycznych. Po drugie, przez wiele lat mieliśmy przeświadczenie, że praca fizyczna jest nieco gorsza. Wielu osobom mamy mówiły: „ucz się, bo będziesz rowy kopał!” – mówi Sylwia Królikowska, superniania liderów i trenerka biznesu. – Każdy, kto próbował ostatnio robić remont, wie, jak trudno jest dziś o brukarza, stolarza czy tynkarza, i z jakim szacunkiem traktujemy tych pracowników, kiedy już przyjdą i faktycznie wykonują dla nas te prace. Tak więc trzeba walczyć z tym przeświadczeniem, że praca fizyczna jest czymś gorszym.

Takie postrzeganie pracy fizycznej przekładało się też na zarobki, które oferowali pracodawcy.

– Pracodawcy przez wiele lat nie byli skłonni dużo płacić za pracę fizyczną, więc ci pracownicy często wyjeżdżali za granicę. W efekcie dzisiaj nie mamy ani pracowników, ani szkół, które mogłyby ich dostarczyć – podkreśla Sylwia Królikowska.

Blisko 2/3 Polaków badanych przez SW Research uważa, że to pracownicy remontowo-budowlani są grupą, która najczęściej emigruje z powodów zarobkowych do krajów Europy Zachodniej.

Co ciekawe, ponad połowa Polaków uważa również, że wykonując zadania pracownika remontowo-budowlanego, można dziś dobrze zarobić. Niemal co czwarty (24 proc.) wskazał też zawód kuriera bądź kierowcy jako atrakcyjny zarobkowo.

W przypadku niektórych zawodów, zwłaszcza technicznych, obserwowaliśmy ostatnio dość duże podwyżki lub zmiany oferty pracodawców. Te oferty nie zawsze były tylko i wyłącznie finansowe. Czasami okazywało się, że pracodawcy oferowali lepsze lub bardziej dopasowane do potrzeb potencjalnych pracowników benefity. Jednak ogólny trend rynkowy jest taki, że pracodawcy chcą być dla potencjalnych pracowników jak najbardziej atrakcyjni – zauważa Kinga Makowska, współzałożycielka agencji HRrebels.

Stanowiska blue i grey collar nie są jednak kojarzone z benefitami – 42 proc. Polaków sądzi, że żaden z tych zawodów nie oferuje atrakcyjnych dodatków pozapłacowych.

Rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji mogą być szansą na pobudzenie gospodarki i skok technologiczny. Z drugiej strony wiążą się też z zagrożeniami, a w Europie są już przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości prawne. Tymczasem na ten moment nie ma żadnego prawa, które regulowałoby ten obszar. Dlatego UE intensywnie pracuje nad przepisami, które w większości mają mocno prokonsumencki charakter. Partner w kancelarii Baker McKenzie Marcin Trepka wskazuje jednak, że zbyt sztywne przepisy zadziałają odwrotnie i zamiast pobudzić, ograniczą innowacyjność i rozwój sztucznej inteligencji.

 Elementem, który musi zostać uregulowany, jest przewidywalność systemów sztucznej inteligencji. Największe zagrożenie jest dostrzegane właśnie w tym braku przewidywalności, tzn. że algorytm będzie podejmował pewne decyzje w sposób niezamierzony przez tego, który go skonstruował. Systemy, które wiążą się z wysokim ryzykiem, to np. stosowana w medycynie sztuczna ręka chirurga, gdzie SI będzie de facto asystowała w operacji, czy autonomiczne samochody i drony. Tutaj nie może być miejsca na pomyłki – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Trepka, radca prawny i partner w kancelarii Baker McKenzie.

Sztuczna inteligencja jest w tej chwili jedną z najszybciej rozwijających się technologii i elementarną częścią cyfrowej transformacji. Według danych przytaczanych przez Komisję Europejską w ostatniej dekadzie liczba zgłoszeń patentowych w zakresie SI wzrosła aż o 400 proc. Szacuje się, że do 2025 roku wpływ tej technologii na gospodarkę będzie liczony w bilionach euro, a dzięki niej w Europie może powstać ok. 60 mln nowych miejsc pracy. Dlatego też KE chce zwiększyć prywatne i publiczne inwestycje w sztuczną inteligencję do 20 mld euro rocznie, a w marcu tego roku Parlament Europejski przyjął projekt europejskiej strategii w zakresie danych, które są podstawą dla rozwoju SI.

Szansę rozwojową w tej technologii dostrzega też rząd, który w styczniu br. przyjął „Politykę dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Określa ona ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI m.in. w takich obszarach jak edukacja, nauka, sektor przedsiębiorstw i sektor publiczny oraz współpraca międzynarodowa.

Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa, że jednym z problemów we wdrażaniu SI jest jednak brak odpowiednich uregulowań prawnych. Termin „sztuczna inteligencja” jest bardzo pojemny, używany w odniesieniu do wielu różnych rozwiązań technologicznych, z którymi wiążą się też różne ryzyka prawne.

– Mamy bardzo dużą inicjatywę legislacyjną po stronie Komisji Europejskiej. Mamy trzy akty, które są obecnie procedowane. To jest akt o systemach sztucznej inteligencji, akt o usługach cyfrowych i akt o rynkach cyfrowych. One w założeniu na poziomie całej UE mają regulować sektor cyfrowy w zakresie wprowadzania do obrotu i wykorzystywania systemów sztucznej inteligencji. Natomiast poza tym nie ma dziś specyficznej regulacji w tym obszarze – podkreśla radca prawny.

Pomimo braku konkretnych regulacji dotyczących SI do tego obszaru zastosowanie mają przepisy ogólne, prawo cywilne. Autonomiczne działanie sztucznej inteligencji stwarza bowiem szereg wyzwań dotyczących odpowiedzialności prawnej. W tej chwili nie istnieją przepisy regulujące, kto będzie ponosić tę odpowiedzialność np. za wypadek z udziałem autonomicznego samochodu czy decyzje podjęte przez algorytm bez autoryzacji, ale w tych sprawach UE wydała swoje opinie.

Możemy sobie wyobrazić, że autonomiczny samochód albo dron uszkodzi czyjeś zdrowie czy w skrajnych przypadkach zabije człowieka. Jeśli zdarzy się taki wypadek, kto za to odpowiada? Tu również jest rezolucja Parlamentu Europejskiego przewidująca, że – na zasadzie ryzyka – tę odpowiedzialność ponosi ten, kto z tego rozwiązania korzysta, a na zasadzie dołożenia należytej staranności – ten, który go stworzył. To już jednak trochę inny rodzaj odpowiedzialności – mówi Marcin Trepka.

Z kolei w sprawach gospodarczych zastosowanie znajduje prawo konkurencji i ochrony konsumentów. Zdarzały się już bowiem przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości od strony prawnej.

– Przykładowo bardzo popularne są różnego rodzaju algorytmy monitorujące ceny, dostosowujące je do poziomu konkurencji. Komisja Europejska w 2017 roku – kiedy ogłaszała wyniki bardzo dużego badania sektorowego w zakresie e-commerce – pokazała, że 53 proc. przedsiębiorców działających na rynku monitoruje ceny konkurentów, a 67 proc. robi to z wykorzystaniem specjalnych algorytmów, z czego 78 proc. z nich dostosowuje na tej podstawie swoje ceny. I nagle może się okazać, że mamy ujednolicenie cen w całych sektorach, ponieważ wszyscy dostosowują się do swoich konkurentów. Tu pojawia się zagrożenie dla konkurencji na rynku w postaci tzw. cichej zmowy, która pomimo że w większości jurysdykcji nie jest zabroniona przez przepisy prawa konkurencji, może wywoływać skutki antykonkurencyjne analogiczne do antykonkurencyjnego porozumienia – ostrzega ekspert Baker McKenzie.

Bardzo duży wpływ na kształtowanie praktyk w tym zakresie będzie mieć projekt rozporządzenia w sprawie sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence Act), który Komisja Europejska zaprezentowała 21 kwietnia tego roku. Jeszcze przed tym Parlament powołał specjalną Komisję ds. Sztucznej Inteligencji w Erze Cyfrowej (AIDA), której zadaniem jest przeanalizowanie wpływu tej technologii na gospodarkę UE. W październiku ub.r. PE przyjął też trzy sprawozdania dotyczące sposobów na uregulowanie sztucznej inteligencji przez UE, aby wspierać innowacje, standardy etyczne i zaufanie do technologii. Jak wskazali europosłowie, przepisy regulujące ten obszar powinny być ukierunkowane przede wszystkim na człowieka.

– Wszystkie te regulacje są bardzo prokonsumenckie. Zdaniem niektórych obserwatorów ten konsument jest w tym przypadku nawet „nadchroniony”, czyli przyznajemy mu więcej ochrony, niż jest to wymagane. W ten sposób naturalnie ograniczamy innowacyjność, ponieważ im więcej musimy spełnić zasad, tym mniej możliwości eksperymentowania z technologią – mówi Marcin Trepka.

Procedowane obecnie regulacje dotyczące SI mają – jak wskazuje KE – przekształcić Europę w globalne centrum wiarygodnej sztucznej inteligencji. Z jednej strony mają zbudować zaufanie i ograniczyć związane z nią ryzyka, z drugiej – wspierać inwestycje w SI i rozwój tej technologii. Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa jednak, że zbyt sztywne uregulowania zadziałają odwrotnie i ograniczą innowacyjność w tym obszarze.

 Po stronie przedsiębiorstw będzie to oznaczać spore utrudnienia. Po wejściu w życie tych przepisów wprowadzenie systemu SI do obrotu będzie związane z ogromnymi kosztami. Mamy nawet badania niemieckich ośrodków badawczych, które wyliczają, że małe i średnie przedsiębiorstwa chcące zainwestować w system sztucznej inteligencji będą musiały ponieść koszt nawet 400 tys. euro, co będzie kwotą zaporową. Przewiduje się, że koszty związane ze spełnieniem tych wszystkich ograniczeń mogą de facto zablokować rozwój – w przeciwieństwie do zamierzeń projektodawców rozporządzeń, które mają na celu zrównoważony rozwój systemów sztucznej inteligencji – ocenia radca prawny.

Według danych Eurostatu („Artificial intelligence in EU”) obecnie tylko 4 proc. przedsiębiorstw w Polsce i 7 proc. firm europejskich korzysta z systemów sztucznej inteligencji, ale nie ma wątpliwości, że ten odsetek będzie sukcesywnie wzrastać.

Firmy z sektora produkcji przemysłowej zgłaszają największą od dwóch lat chęć rozbudowy swoich zespołów. Według pracodawców w IV kwartale br. rywalizacja o kandydatów w sektorze produkcji przemysłowej jeszcze się zaostrzy – wynika z analizy ManpowerGroup. Niedobór wykwalifikowanych kadr to jedna z największych bolączek przedsiębiorstw, nie tylko produkcyjnych. Stąd też konieczność popularyzacji szkolnictwa zawodowego, w którym firmy będą miały realny wpływ na kształtowanie kompetencji dostosowanych do potrzeb pracodawców. Taką współpracę – nastawioną na praktykę i nowe technologie – nawiązały właśnie Politechnika Łódzka, Zespół Szkół nr 1 w Pabianicach oraz zakład produkcyjny amerykańskiego koncernu technologicznego Emerson Automation Fluid Control and Pneumatics – Oddział Produkcyjny w Łodzi.

– Nowoczesny rynek pracy wymusza to, aby kształcenie techniczne się zmieniło. Musimy odejść od typowego nauczania poprzez wykład czy laboratorium, zastosować nowe narzędzia. Jednym z takich narzędzi jest nauczanie poprzez problem-based learning, gdzie firma, z którą współpracujemy, definiuje nam odpowiednie zagadnienie. Następnie grupa uczniów przy odpowiednim wsparciu to zagadnienie rozwiązuje. Bardzo ważnym aspektem w tym przypadku jest to, że oni nie rozwiązują tego problemu samodzielnie, ale w zespole, dzięki czemu uczą się też narzędzi komunikacji i bezpośrednio współpracują z firmą – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. inż. Łukasz Kaczmarek, prodziekan ds. rozwoju Politechniki Łódzkiej.

Wydział Mechaniczny Politechniki Łódzkiej, Zespół Szkół nr 1 w Pabianicach oraz specjalizująca się w systemach automatyki przemysłowej firma Emerson Automation Fluid Control & Pneumatics Poland  Oddział Produkcyjny w Łodzi podpisały właśnie trójstronną umowę o współpracy. Jej celem jest wdrożenie innowacyjnego systemu nauczania i wykształcenie przyszłych kadr, które będą jak najlepiej przystosowane do wymogów rynku pracy i obeznane z nowoczesnymi technologiami stosowanymi w firmach produkcyjnych.

Współpraca z Politechniką Łódzką oraz Zespołem Szkół nr 1 w Pabianicach polega na tym, że udostępniamy im nasz know-how, park maszynowy i rozwiązania techniczne, aby nowi inżynierowie i technicy zyskiwali praktyczną wiedzę i kompetencje, które później wykorzystają w życiu zawodowym – mówi Krzysztof Hauk, dyrektor operacyjny Emerson Automation Fluid Control & Pneumatics Poland  Oddział Produkcyjny w Łodzi. – Uczelnie i technika zawodowe bardzo dobrze przygotowują przyszłe kadry. Natomiast dopiero współpraca z firmą produkcyjną pokazuje, jak ta teoria później przekłada się na rzeczywistość, na pracę inżynierską.

– Widzimy rosnące zainteresowanie tym programem. Na razie jest to pilotaż, ale możliwości późniejszego znalezienia pracy w przemyśle są ogromne. Najbardziej na rynku brakuje absolwentów z kompetencjami z obszaru mechaniki czy inżynierii materiałowej, wszystkich pokrewnych przedmiotów związanych z mechaniką. Niedobór tych pracowników powoduje, że firmy z sektora przemysłowego cierpią na brak kadr wykwalifikowanych pod kątem najnowszych technologii, z których one korzystają na co dzień – dodaje prof. Łukasz Kaczmarek.

Absolwentom wchodzącym na rynek pracy brakuje kompetencji zwłaszcza w zakresie analizy danych, umiejętności wyciągania wniosków i rozumienia przyczynowo-skutkowego, które przekładają się na umiejętność rozwiązywania problemów.

– Uczniowie i absolwenci bardzo dobrze wiedzą, jak rozwiązać problemy w teorii. Natomiast w rzeczywistości bardzo ważnym czynnikiem jest także czas. Kwestia nie tylko, żeby ten problem rozwiązać, ale rozwiązać go szybko Dzięki współpracy z nami uczniowie mogą zweryfikować swoje teoretyczne rozwiązania w praktyce i sprawdzić, czy one przynoszą efekty – mówi Krzysztof Hauk.

Jak podaje Ministerstwo Edukacji i Nauki, w Polsce jest 6,4 tys. szkół ponadpodstawowych, w tym 2,4 tys. liceów ogólnokształcących, 1,8 tys. techników, 1,6 tys. szkół branżowych I stopnia, 82 szkoły branżowe II stopnia oraz 550 szkół przysposabiających do pracy. Łącznie w roku szkolnym 2021/2022 rozpoczęło w nich naukę ponad 1,5 mln uczniów. Najwięcej będzie się uczyć w liceach ogólnokształcących (639,8 tys.) oraz w technikach (640,8 tys.). Branżowe szkoły I stopnia wybrało ponad 208 tys. uczniów, a niecałe 3,8 tys. będzie kontynuować naukę w szkołach branżowych II stopnia.

– Aby zachęcić uczniów do kształcenia w zawodach technicznych, pokazujemy im bezpośrednie środowisko pracy i nauki, w którym się kształcą i zdobywają określone kwalifikacje. Robimy to poprzez wykłady, lekcje pokazowe, zajęcia praktyczne w szkole, w pracowniach specjalistycznych, a także w zakładach pracy, z którymi współpracuje szkoła – mówi Paweł Szałecki, dyrektor Zespołu Szkół nr 1 w Pabianicach. – Współpracujemy z wieloma firmami. Oferta szkoły jest też wzbogacana o projekty unijne, które realizujemy wspólnie z m.in. Politechniką Łódzką. Jej wykładowcy realizują u nas zajęcia, a my korzystamy z jej laboratoriów. To pozwala uczniom zdobywać nowe kwalifikacje.

Obserwowane zmiany w szkolnictwie zawodowym to cały szereg działań – począwszy od nowych podstaw programowych, skończywszy na finansowaniu i uściśleniu współpracy z biznesem – które mają lepiej powiązać szkolnictwo zawodowe z rynkiem pracy i odpowiedzieć na potrzeby pracodawców. Tym tropem idzie też Politechnika Łódzka.

– Politechnika Łódzka w sposób ciągły ewaluuje pod kątem tego, aby dostosować absolwentów i ich profil kompetencyjny do wymogów nowoczesnego rynku pracy. Dostosowujemy też narzędzia, które pozwalają wyjść naprzeciw oczekiwaniom tego rynku. Bezpośrednio współpracujemy z firmami, żeby studenci mieli kontakt z przemysłem i nowościami technologicznymi wdrażanymi przez te firmy – mówi prof. Łukasz Kaczmarek. – Celujemy w pokolenie Z. Ci młodzi ludzie praktycznie urodzili się z technologiami IT, a w nowoczesnym przemyśle te technologie są wykorzystywane na co dzień, chociażby do sterowania procesami wytwórczymi.