Wstrzymanie unijnych pieniędzy uderzy przede wszystkim w inwestycje realizowane przez samorządy, czego bardzo obawia się branża drogownictwa. Mniej kontraktów lokalnych to dla niej mniej pracy i możliwe kłopoty finansowe. Już ostatnie miesiące były dla branży bardzo trudne ze względu na dynamicznie rosnące ceny materiałów budowlanych, kosztów paliw i pracy. Projekty drogowe, zwykle długoterminowe, często realizowane są bez urealnienia stawek z umowy pierwotnej, więc to wykonawcy przejmują na siebie ciężar podwyżek. Firmy liczą, że zmienią to przepisy, które weszły w życie dwa tygodnie temu.

– Inwestycje na drogach krajowych, które prowadzi Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, są w zdecydowanej mierze finansowane z budżetu krajowego. Środki z Unii Europejskiej stanowią pewien komponent, ale nie jest to ta przeważająca część. Natomiast w przypadku inwestycji samorządowych duża ich część jest finansowana z regionalnych programów operacyjnych i innych źródeł unijnych. Dlatego w samorządach jest w tej chwili duży niepokój związany z brakiem środków z KPO – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Dzieciuchowicz, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Krajowy Plan Odbudowy to 24 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji i 12 mld euro w formie preferencyjnych pożyczek. Te środki miały trafić na realizację 54 inwestycji i wdrożenie 48 reform, których celem jest odbudowa polskiej gospodarki po pandemii COVID-19. Jednak wypłata tych pieniędzy wciąż jest zablokowana, ponieważ polski rząd nie wypełnił wymaganych przez Komisję Europejską tzw. kamieni milowych związanych z praworządnością. Jakiś czas temu pojawiły się nieoficjalne informacje także o tym, że zagrożona może być wypłata 75 mld euro dotacji na lata 2021–2027 z unijnej polityki spójności.

Jak wskazują m.in. analitycy Santander Banku, teoretycznie Polska może realizować projekty w ramach zatwierdzonych programów. Jednak do czasu spełnienia wymaganych warunków – czyli przywrócenia niezależności sądownictwa – KE nie będzie realizowała płatności i będzie wypłacać Polsce już tylko ostatnie, pozostałe środki z poprzedniego budżetu na lata 2014–2020. Ta sytuacja oznacza jednak bardzo duże zagrożenie dla realizacji inwestycji publicznych w kolejnych latach.

Ewentualna blokada pieniędzy z UE uderzy zwłaszcza w inwestycje realizowane przez samorządy, których budżety są już i tak wydrenowane przez kolejne zmiany w CIT i PIT, pandemię i kryzys energetyczny wywołany wojną w Ukrainie. Jednak duże inwestycje, finansowane z budżetu centralnego, też mogą być zagrożone.

Nie jest wykluczone, że mając mniej pieniędzy, rząd będzie podejmował decyzje o oszczędnościach również w przypadku inwestycji realizowanych na drogach krajowych. Jest obawa, że pewne cięcia mogą ich nie ominąć – mówi Barbara Dzieciuchowicz.

Co istotne, problemy z realizacją projektów drogowych – zwłaszcza w samorządach – mogą uderzyć również w małe i średnie firmy drogowe, które bazują na lokalnych inwestycjach.

– Dla firm drogowych będzie to oznaczać ograniczenie przetargów na realizację tych zadań i generalnie mniejszą ilość pracy. A to oznacza problemy z wykorzystaniem potencjału danej firmy – zarówno maszynowego, jak i ludzkiego – ostrzega prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Jak wskazuje, ten rok już i tak jest bardzo trudny dla firm z branży drogowej, ponieważ wybuch wojny w Ukrainie pociągnął za sobą gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych i kosztów prowadzenia działalności. Tymczasem do tej pory niewielu zamawiających publicznych zdecydowało się na podpisanie aneksów waloryzujących wartość podpisanych wcześniej kontraktów, które zrekompensowałyby te wzrosty.

– Nie wszystkie kontrakty mają zawarte klauzule waloryzacyjne, więc w efekcie te zwiększone koszty muszą ponieść wykonawcy. Jeżeli średnia rentowność branży drogowo-mostowej z ostatnich kilku lat to jest 3–4 proc., a ceny materiałów rosną o kilkadziesiąt czy nawet ponad 100 proc., to każdy laik widzi, że to będzie wiązało się dla nich z dużymi stratami – mówi Barbara Dzieciuchowicz.

10 listopada weszły w życie nowe przepisy dotyczące waloryzacji wynagrodzeń wykonawców w zamówieniach publicznych. Dają one możliwość urealnienia ustalonej w umowie wysokości wynagrodzenia dla wykonawcy, tak by zapewnić ciągłość realizacji zamówień. Obowiązek waloryzacji będzie dotyczył kontraktów na budowy dróg trwających powyżej sześciu miesięcy Ustawodawca zostawił stronom dowolność w zakresie sposobu, w jaki cena zostanie urealniona. Wskazał za to wyraźne podstawy do waloryzacji w przypadku braku klauzuli w umowie.

– Waloryzacja może zostać przeprowadzona np. w oparciu o stosowne wskaźniki publikowane przez prezesa GUS, przy czym wzrost wynagrodzenia wykonawcy spowodowany każdą kolejną zmianą nie może przekroczyć 50 proc. wartości pierwotnej umowy – wyjaśnia Ministerstwo Rozwoju i Technologii.

Ustawa przyznaje też dodatkową ochronę także podwykonawców w sytuacji, gdy zamawiający dokonał waloryzacji wynagrodzenia wykonawcy.

– Pytanie, jakie będą te klauzule waloryzacyjne, na jakich zasadach ta waloryzacja będzie się opierała, bo tu – bez uczciwego płacenia ze strony publicznej za zamówioną usługę, robotę bądź dostawę – w dłuższej perspektywie firmy faktycznie będą skazane na bankructwa – ocenia Barbara Dzieciuchowicz.

Obywatele Ukrainy, którzy przyjechali do Polski, uciekając przed wojną, od 24 listopada br. mogą składać wnioski o pobyt czasowy na mocy specustawy przyjętej w marcu br. Rząd planuje jednak wycofać ten wymóg i pracuje nad nowelizacją, która wprowadzi również zmiany w dokumencie DIIA. Będzie on sam w sobie dokumentem pobytowym, który pozwoli na szybsze i łatwiejsze skontrolowanie legalności pobytu obywatela Ukrainy na terytorium Polski. W praktyce może to jednak rodzić pewne problemy. – Obywatele Ukrainy przebywający na terytorium Polski zostaną pozbawieni podstawy dla szczególnego rodzaju zezwolenia na pobyt czasowy, a jednocześnie nie pozwoli im się na aplikowanie o inny rodzaj pobytu w Polsce. Takie podejście niesie niepewność dla podmiotów zatrudniających obywateli Ukrainy i dla nich samych – zauważa Emilia Piechota z Vialto Partners.

– Specustawa, wprowadzona po wybuchu wojny w Ukrainie, miała zapewnić jej obywatelom przede wszystkim prawo do pobytu i podjęcia pracy. W tym zakresie zdecydowanie spełniła swoją rolę. Licząc od 24 lutego br., obywatele Ukrainy mogą przebywać na terytorium Polski w zasadzie bez większych formalności przez 18 miesięcy. Specustawa wyeliminowała też długotrwały proces uzyskania zezwolenia na pracę bądź oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy. Dała pracodawcom możliwość zawiadamiania urzędu pracy o zatrudnieniu obywatela Ukrainy w ciągu 14 dni, co zdecydowanie uprościło cały proces zatrudniania i legalizacji pracy obywateli Ukrainy w Polsce. Stworzyła im również możliwość zarejestrowania i prowadzenia działalności gospodarczej na takich samych zasadach, jak polskim obywatelom – mówi agencji Newseria Biznes Emilia Piechota, dyrektor Vialto Partners.

Jak wskazuje, w miarę upływu czasu pojawiały się wątpliwości i kontrowersje, które były adresowane kolejnymi nowelizacjami specustawy o pomocy obywatelom Ukrainy.

Wiele kontrowersji dotyczyło możliwości poruszania się po strefie Schengen, wyjeżdżania do Ukrainy i z powrotem do Polski. Głównie dlatego, że specustawa trochę inaczej regulowała kwestie pobytu w stosunku do innych krajów, które wdrożyły tę ochronę czasową. W innych krajach można było uzyskać kartę pobytu, która uprawniała do podróżowania – mówi Emilia Piechota. – 23 lipca br. Polska notyfikowała w Komisji Europejskiej elektroniczny dokument DIIA, który działa trochę jak karta pobytu. Umożliwia podróżowanie po strefie Schengen do 90 dni w trakcie180-dniowego okresu oraz na Ukrainę i z powrotem do Polski.

Jak wskazuje, to rozwiązanie jest bardzo korzystne dla obywateli Ukrainy, ale nie obejmuje niestety wszystkich przypadków.

– Po pierwsze, nie adresuje np. sytuacji osób, które wyjechały na Ukrainę i pozostają tam przez okres powyżej jednego miesiąca. Trzeba bowiem pamiętać, że – zgodnie ze specustawą – to powoduje utratę prawa pobytu na terytorium Polski przez 18 miesięcy – mówi dyrektor Vialto Partners. – Po drugie, nie adresuje to też sytuacji osób, które nie uzyskały numeru PESEL i nie mają aplikacji DIIA. Do jej zainstalowania potrzeby jest bowiem PESEL uzyskany w specjalnej procedurze przewidzianej dla obywateli Ukrainy.

Obywatele Ukrainy, rejestrując swój legalny pobyt w Polsce, otrzymywali numer PESEL z oznaczeniem UKR. Potwierdzeniem tego statusu jest właśnie elektroniczny dokument DIIA. Od 23 lipca br. wszystkie kraje strefy Schengen honorują go przy przekraczaniu granicy. Oznacza to, że Ukraińcy mogą przeznaczyć 90 dni na podróżowanie do krajów strefy w ciągu 180-dniowego okresu i wrócić do Polski, legitymując się tym dokumentem.

Kolejna nowelizacja specustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, nad którą trwają prace, wprowadzi jednak pewne zmiany w dokumentach DIIA. Projekt zmian pod koniec października opublikowało MSWiA. Wśród ważniejszych założeń planowanej nowelizacji jest m.in. obowiązek uzyskania przez obywateli Ukrainy numeru PESEL, niezbędnego do zainstalowania i korzystania z aplikacji DIIA. Do tej pory takiego wymogu nie było. Po drugie, zgodnie z aktualnymi przepisami uchodźcy z Ukrainy, którzy przebywają w Polsce dłużej niż dziewięć miesięcy, muszą złożyć wniosek o przedłużenie zgody na pobyt. Jednak ten wymóg ma zostać zniesiony – MSWiA chce umożliwić automatyczne przedłużenie pobytu. W projekcie nowej ustawy dokument DIIA ma być sam w sobie dokumentem pobytowym, który pozwoli na szybsze i łatwiejsze skontrolowanie legalności pobytu obywatela Ukrainy na terytorium Polski.

Projektowane rozwiązanie to ułatwienie zarówno dla Ukraińców, jak i ich polskich pracodawców, dla których dobrą informacją będzie również wydłużenie ważności dokumentu DIIA. Jednak dyrektor Vialto Partners wskazuje, że rezygnacja z konieczności uzyskania pozwolenia na pobyt czasowy i zastąpienie go dokumentem DIIA może w praktyce spowodować pewne problemy.

Obywatele Ukrainy – przebywający na terytorium Polski zgodnie z przepisami specustawy – zostaną pozbawieni podstawy dla szczególnego rodzaju zezwolenia na pobyt czasowy, a jednocześnie nie pozwoli im się na aplikowanie o inny rodzaj pobytu w Polsce. Takie podejście niesie niepewność, rodzi ryzyko dla podmiotów zatrudniających obywateli Ukrainy i dla nich samych – zauważa Emilia Piechota.

Jak wskazuje, w przypadku DIIA nie jest wydawany dokument plastikowy (inaczej niż w przypadku karty pobytu). Jest to aplikacja na telefon, więc w przypadku problemów związanych z połączeniem z internetem obywatel Ukrainy może nie być w stanie udowodnić, że przebywa w Polsce legalnie.

Ponadto, jeżeli DIIA ma być dokumentem równoważnym z kartą pobytu, to trzeba pamiętać, że podróżowanie za granicę wymaga posiadania połączenia internetowego, możliwości przesyłania danych, co może być kosztowne w zależności od części świata. Poza tym, posiadanie aplikacji wymaga aktywacji publicznej aplikacji mobilnej mObywatel dla obywateli Ukrainy, a nie wszystkie osoby będą w stanie to zrobić z uwagi na różne ograniczenia – wskazuje ekspertka Vialto Partners.

Zwraca przy tym uwagę również na brak daty ważności dokumentu DIIA, który jest uzależniony od obowiązywania ochrony czasowej i sytuacji politycznej, oraz fakt, że nie jest on ujęty w przepisach imigracyjnych. To rodzi pytanie, czy w dłuższej perspektywie pozwoli on na legalizację wybranie innej, optymalnej ścieżki legalizacji pobytu w Polsce na podstawie przepisów ogólnych.

PKN Orlen chce złożyć do Komisji Europejskiej wniosek dotyczący fuzji z Lotosem do końca 2018 roku lub na początku 2019 roku. Jak wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute, połączenie obu firm jest w pełni uzasadnione ekonomicznie i wpisuje się światowy trend konsolidacji. Inne podmioty z branży obawiają się jednak negatywnego wpływu na rynek. –...
Jeden z największych producentów przyczep samochodowych w Polsce – firma TEMARED – znalazła się wśród laureatów tegorocznej edycji rankingu „Diamenty Forbesa”. Przyczepy tej marki znajdują swoich nabywców już w 34 krajach Europy oraz m.in. w Izraelu czy w Maroku, a jak zapowiada założyciel firmy, Arkadiusz Marzec, „Europa to dopiero...

Banki w Polsce od lat pozostają liderem wykorzystania zaawansowanych technologii: sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i chmury. Z jednej strony to sposób na zapewnienie większej odporności sektora, m.in. na cyberzagrożenia i usprawnienie procesów, z drugiej strony – na oferowanie coraz nowszych i bardziej zaawansowanych usług klientom, którzy też mają w tym zakresie coraz większe oczekiwania. We wdrażaniu nowoczesnych technologii bankom pomagają fintechy, które stają się kluczowe dla całego procesu cyfryzacji, oraz firmy technologiczne. Priorytetem na najbliższe lata będzie większe upowszechnienie chmury, przede wszystkim hybrydowej, w sektorze finansowym.

Jak wynika z danych Eurostatu, w 2021 roku 41 proc. firm w UE aktywnie wykorzystywało aplikacje chmurowe. W Polsce ten wskaźnik był na poziomie 29 proc., wobec 24 proc. w 2020 roku. Jesteśmy więc znacznie poniżej średniej, a od liderów – czyli Finlandii i Szwecji, w których stopień wykorzystania chmury sięga 75 proc. – dzieli nas przepaść.

– Gdyby jednak wejść w detal, okazuje się, że niektóre sektory, w szczególności bankowość, mają poziom nasycenia wykorzystaniem technologii chmurowej w swoich codziennych działaniach na dużo wyższym poziomie – mówi Marcin Gajdziński, dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie.

– Kwestia migracji systemów centralnych do usług chmurowych odbędzie się w perspektywie kilku najbliższych lat. Widzimy tu długo oczekiwaną eksplozję, również na rynku polskim, projektów najpierw małych, za chwilę coraz większych w obszarze chmurowym. To, co ważne, to fakt, że polski sektor bankowy coraz odważniej wkracza w ten obszar i to jest prawidłowy trend, mocno już widoczny wśród liczących się podmiotów z sektora finansowego na świecie. Jeśli chcemy utrzymać wiodącą pozycję krajowego sektora bankowego, stale rozwijającego się pod kątem innowacji, to trzeba dotrzymywać tempa najbardziej zaawansowanym technologicznie instytucjom finansowym, równocześnie z zachowaniem najwyższych standardów w dziedzinie bezpieczeństwa migracji i zarządzania danymi w chmurze – podkreśla Bartłomiej Nocoń, dyrektor w Związku Banków Polskich w Warszawie, członek zarządu Europejskiej Rady ds. Płatności (EPC) w Brukseli.

Działające w Polsce banki od wielu lat są w czołówce cyfrowych zmian, m.in. w udostępnianiu kanałów cyfrowych swoim klientom. Raport Deloitte’a „Digital Banking Maturity 2022”, obejmujący 304 banki z 41 krajów, wskazuje, że stopień cyfryzacji krajowego sektora przekracza średnią światową. Aż sześć banków z Polski znalazło się w elitarnym gronie 30 cyfrowych liderów wyznaczających kierunki digitalizacji sektora bankowego.

– Obszarami, na których skupiają się w tym momencie banki, są przede wszystkim chmura, dodatkowo Big Data i sztuczna inteligencja. Nie mówię tutaj o sztucznej inteligencji i machine learning używanych tylko do analizy danych, ale także do innych celów, jak czatboty i dużo bardziej zaawansowane procesy – mówi Ewa Baranowska, dyrektor rozwoju oprogramowania dla klientów korporacyjnych w HSBC.

 – Najważniejsze, także w kontekście chmury, jest myślenie o kliencie końcowym, aby oferować mu produkty nowe lub w nieco inny sposób. Wykorzystując komponenty open bankingu, już teraz jesteśmy w stanie konsumenta, który nie jest naszym klientem, zaopatrzyć w kredyt ratalny, bez konieczności pojawiania się w placówce banku. Nadal jednak upraszczamy ten proces i wprowadzamy technologie chmurowe, by ułatwić klientowi złożenie podpisu pod umową. Połączenie open bankingu i technologii chmurowych będzie na pewno wpływało na pojawianie się kolejnych usprawnień w kooperacji klienta z bankiem – zaznacza Małgorzata Dąbrowska, open banking tribe leader, BNP Paribas Bank Polska.

W ubiegłorocznym raporcie McKinsey & Company „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce” wskazano, że wdrożenie chmury w polskich firmach i instytucjach publicznych może przynieść gospodarce dodatkowo 121 mld zł w 2030 roku. To dodatkowe 4 proc. PKB. To nie tylko wartość innowacji i nowych technologii przyszłości, które mogłyby powstać dzięki chmurze, ale także nowo powstałych przedsiębiorstw cyfrowych.

Jak wynika z  ostatnich prognoz IDC, mimo niesprzyjających warunków makroekonomicznych europejskie firmy utrzymają inwestycje w oprogramowanie i sprzęt na stabilnym poziomie. W tym roku wydatki związane z chmurą stanowią prawie jedną trzecią łącznych wydatków na technologię, a ich udział będzie rósł w ciągu najbliższych pięciu lat. Technologie chmurowe stały się kluczowe dla zwiększania odporności przedsiębiorstw na różnego typu zawirowania.

– Strategia IBM w zakresie technologii chmurowych opiera się na koncepcji chmury hybrydowej, której architektura zakłada połączenie chmury publicznej lub prywatnej z własnymi zasobami infrastrukturalnymi. Uważamy, że daje to olbrzymią elastyczność w dysponowaniu zasobami, czyli z jednej strony korzystam z infrastruktury własnej, to znaczy wykorzystuję zrealizowane już inwestycje, z drugiej strony w pewnych zastosowaniach, w pewnych obszarach korzystam z chmury publicznej lub chmury prywatnej – wyjaśnia Marcin Gajdziński. – Chmura hybrydowa jest jednym z trzech fundamentów strategii technologicznej IBM w Polsce i na świecie. Drugim elementem jest sztuczna inteligencja i wreszcie ostatnim, ale nie najmniej istotnym cyberbezpieczeństwo.

Rozwiązania hybrydowe pozwalają z jednej strony na szybsze wdrażanie nowych pomysłów, z drugiej na zapewnienie większej stabilności pracy i bezpieczeństwa danych. Chmura hybrydowa sprawdza się na przykład wtedy, kiedy następuje nawet przejściowa utrata dostępu do chmury publicznej. Wtedy usługa udostępniana jest z chmury prywatnej, a klient nie odczuwa tej zmiany.

– Kolejnym atutem jest dostępność podstawy systemów biznesowych lub aplikacji dla klienta końcowego wprost z chmury prywatnej. Chmura publiczna jest natomiast bardzo przydatna w sytuacji większego obciążenia infrastruktury. Można ją wtedy z powodzeniem wykorzystywać do zwiększania skali dostępnej mocy obliczeniowej. Potrzeby sektora bankowego w tym zakresie są coraz większe. Nasi klienci oczekują dostępności najnowszych rozwiązań, a my im je dostarczamy, co jednak wymaga dostępu do odpowiedniej infrastruktury chmurowej – wyjaśnia Jacek Cholc, dyrektor Pionu Eksploatacji i Infrastruktury PKO Banku Polskiego.

– Dynamika zmian, nowe typy usług, nowe oferty wprowadzane przez banki wymagają nowoczesnego podejścia również do zarządzania infrastrukturą. Stąd chmura jest niejako naturalnym komponentem cyfrowej transformacji banków. Po okresie pandemicznym wzrost zainteresowania korzystaniem z tzw. mobile bankingu w zależności od metryk szacuje się od 20 do nawet 50 proc. Innymi słowy do 50 proc. więcej klientów nowoczesnych banków oczekuje komunikacji, załatwienia większości spraw w relacji z bankiem poprzez kanał mobilny. Nowocześni klienci oczekują, że portfel usług świadczonych z wykorzystaniem kanału mobilnego będzie coraz szerszy i obejmie, poza operacjami na rachunkach, również inne czynności, w tym dostęp z poziomu aplikacji bankowej do usług zewnętrznych takich jak: prąd, gaz, usługi telekomunikacyjne lub na przykład wysłanie przesyłki – dodaje Marcin Gajdziński.

To właśnie w pracach nad takimi rozwiązaniami bankom pomagają fintechy, czyli młode spółki technologiczne wyspecjalizowane w produktach i usługach dla sektora finansowego. Według Allied Market Research światowy rynek fintechów w 2020 roku osiągnął wyceny na poziomie ponad 110 mld dol. Do 2030 roku jego obroty osiągną pułap ponad sześciokrotnie wyższy: niemal 700 mld dol. Rozwiązania mobilne czy chmurowe nie są już tworzone bezpośrednio przez wdrażające je banki, ale projektowane na ich zlecenie właśnie przez fintechy.

– Start-upy przynoszą nam bardzo unikatowe produkty bądź serwisy, mogą też do nas przychodzić z unikalnymi rozwiązaniami dla produktów już istniejących. Trzecią kategorią korzyści, które my jako banki możemy wynieść od start-upów, to jest wpływ na efektywność tradycyjnych procesów finansowych. Jeżeli mówimy tutaj o bardziej zaawansowanych fintechach, musimy wspomnieć też o klientach, którzy podążają za takimi firmami. A piątą korzyścią na pewno będzie sposób pracy. My jako tradycyjny bank, patrząc na sposób pracy fintechów, zaczynamy pracować w ten sam sposób – przyznaje Ewa Baranowska. – Jeżeli chodzi o budowanie ekosystemów innowacji, zazwyczaj przyjmuje się, że to jest relacja bank – fintech, ale nie możemy zapominać, że w skład bardzo często wchodzą firmy technologiczne już o ugruntowanej pozycji rynkowej i różnego rodzaju instytuty badawcze.

Innowacyjne rozwiązania dla klientów bankowych tworzą też firmy o ugruntowanej pozycji w branży informatycznej. IBM ma na swoim koncie wdrożenia m.in. dla CaixaBanku, State Bank of India czy Royal Bank of Scotland. W pierwszym przypadku chodziło o wielokanałowe rozwiązanie, usprawniające obsługę klienta w centrum zgłoszeniowym, w drugim o inteligentną platformę do obsługi klientów, a w trzecim – o system usprawniający i automatyzujący proces udzielania kredytów hipotecznych.

– Staramy się aktywnie uczestniczyć we współpracy między bankiem a fintechem czy bankiem a uczelnią. Jako partner technologiczny, wykorzystując nasze własne zasoby serwisowe, staramy się włączać w przygotowywanie nowych usług oferowanych przez banki dla ich klientów. Nasza organizacja IBM Client Engineering Team, czyli zespół, który dedykujemy do współpracy m.in. z bankami, to swego rodzaju IBM-owski fintech. Zespół z bankiem definiuje zakres nowych usług, a następnie wykorzystując technologię i rozwiązania IBM, przygotowuje prototyp rozwiązania do wdrożenia przez bank – wyjaśnia dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie. – To jest absolutne novum. Zespół został w Polsce uruchomiony z początkiem tego roku i cieszy się dużym zainteresowaniem.

Według Grand View Research rynek rozwiązań chmurowych dla sektora finansowego był w 2021 roku wyceniany na niemal 20 mld dol. Do 2030 roku przychody wzrosną pięciokrotnie i przekroczą poziom 105 mld dol.

W 2022 roku pojawiło się wiele zmian w systemie podatkowym, które dotyczyły m.in. stawek PIT i zasad odprowadzania składek na podatek dochodowy oraz kwoty wolnej od podatku. Przepisy zmieniały się kilkukrotnie w ciągu roku, więc część podatników może się czuć zagubiona, co prawdopodobnie znajdzie odzwierciedlenie w przyszłorocznych deklaracjach. Polacy po raz pierwszy odczują w nich skutki Polskiego Ładu. – Przygotowując się do rozliczenia PIT-37, który będziemy składali w 2023 roku, sprawdźmy przede wszystkim, czy nasz pracodawca prawidłowo odprowadzał zaliczki na podatek oraz z jakich ulg wprowadzonych w Polskim Ładzie możemy skorzystać – radzi Marcin Otręba, ekspert podatkowy z wrocławskiej WSB.

– W 2022 roku mieliśmy dwie nowelizacje podatku dochodowego. W pierwszej nowelizacji, w styczniu br. ustawodawca wprowadził stawkę 17 proc. oraz ulgę dla klasy średniej. Następnie 1 lipca br. te przepisy zostały uchylone, a Ministerstwo Finansów wprowadziło stawkę 12 proc. Dla pracowników prawdopodobnie pojawią się związane z tym problemy – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Otręba, ekspert w zakresie stosowania krajowego i międzynarodowego prawa podatkowego i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Zeznania podatkowe PIT-36 albo PIT-37 za 2022 rok Polacy będą składać pomiędzy 15 lutego a 2 maja przyszłego roku. Jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy pojawiło się wiele zmian w systemie podatkowym, które dotyczyły m.in. stawek PIT i zasad odprowadzania składek na podatek dochodowy oraz kwoty wolnej od podatku, dlatego warto zawczasu im się przyjrzeć.

Jeszcze w tym roku, za pomocą narzędzi jak chociażby e-Pity, powinniśmy sprawdzić, czy pracodawca prawidłowo pomniejszał zaliczki na podatek o kwotę wolną od podatku. Może się zdarzyć, że nie wszyscy złożyliśmy w tym roku do swojego pracodawcy PIT-2, więc z tego tytułu otrzymamy nadpłatę – mówi Marcin Otręba.

Podatnicy składający zeznanie za 2022 rok powinni też sprawdzić, czy dotyczą ich nowe ulgi podatkowe, które Ministerstwo Finansów wprowadziło w tym roku.

– To na przykład ulga dla rodzin wychowujących czworo dzieci, ulga dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, która została przywrócona od 1 lipca br., czy ulga rehabilitacyjna. Jeżeli podatnikowi przysługują te ulgi, powinien już w tej chwili postarać się o przygotowanie dokumentów do rozliczenia rocznego – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Polacy, którzy wracają z zagranicy i chcieliby podjąć pracę na terytorium kraju, również korzystają z ulg wprowadzonych w ustawie w 2022 roku. Do kwoty 85 tys. zł nie będą musieli odprowadzać podatków. Emeryci, którzy również zdecydują się na kontynuowanie swojej pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego i rezygnacji z emerytury, również do kwoty 85 tys. zł nie będą odprowadzali podatku dochodowego. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że mamy kwotę wolną od podatku 30 tys. zł plus 85 tys. zł, co nam daje sumarycznie około 115 tys. zł, od których nie będą płacili podatku.

Podatnicy będą mogli – tak jak do tej pory – rozliczyć się indywidualnie, razem z małżonkiem albo jako osoba samotnie wychowująca dzieci. W zeznaniu podatkowym nie trzeba będzie też uwzględniać ulgi dla klasy średniej, która została uchylona od 1 lipca br.

– Do 120 tys. zł płacimy 12 proc. podatku, powyżej 120 tys. zł płacimy 32 proc. Jeżeli podatnik przekroczy pułap 120 tys. zł, powinien zastanowić się, czy nie rozliczyć się wspólnie z małżonkiem, wtedy zapłaci połowę podatku, jeżeli małżonek nie pracuje, ewentualnie pracuje i nie przekroczył tej kwoty 120 tys. zł – mówi ekspert prawa podatkowego. – Ci podatnicy, którzy korzystali z ulgi dla klasy średniej, również mogą otrzymać nadpłatę, jeżeli organ podatkowy wyliczy im podatek hipotetyczny, z którego będzie wynikało, że nadpłacili zaliczki w trakcie roku. Wówczas otrzymają zwrot podatku.

W przyszłym roku – podobnie jak w poprzednich – zeznanie podatkowe PIT-37 rozliczy usługa Twój e-PIT. W niezmienionej formie zostanie ono automatycznie zaakceptowane 2 maja 2023 roku, nie wymaga to więc żadnej aktywności ze strony podatnika, ale warto sprawdzić i ewentualne uzupełnić lub skorygować swojej zeznanie przed tym terminem.

Mamy kilka form rozliczania się z organami podatkowymi. Jednak z przepisów wynika, że jeśli rozliczymy się w formie elektronicznej, należny zwrot otrzymamy w ciągu 45 dni zamiast trzech miesięcy – mówi Marcin Otręba. – Biorąc pod uwagę szereg zmian podatkowych, które miały miejsce w tym roku, warto skorzystać z narzędzi dostępnych w internecie, jak np. e-pity.pl, które pozwolą zweryfikować, co możemy jeszcze zrobić, aby dodatkowo pomniejszyć podatek, który zapłacimy w 2023 roku.

Złożenie zeznania podatkowego za 2022 rok będzie wyzwaniem zwłaszcza dla przedsiębiorców. Muszą oni podjąć decyzję dotyczącą tego, z której formy opodatkowania skorzystają. Po raz pierwszy w historii będą mogli bowiem zmienić wybraną formę opodatkowania i zamiast np. na ryczałcie czy podatku liniowym rozliczyć się na zasadach ogólnych. 

– Każda z tych form ma swoje plusy i minusy, w zależności od sytuacji konkretnego podatnika – mówi ekspert WSB.

Jak pokazuje opracowywany przez Grant Thornton „Barometr prawa”, w ubiegłym roku uchwalono w Polsce 21 tys. stron maszynopisu nowych aktów prawnych, co oznaczało wzrost o 40,5 proc. r/r. Tempo prac parlamentu było ekspresowe – uchwalenie ustawy w 2021 roku trwało średnio 85 dni (wobec 77 przed rokiem), a nowe przepisy wchodziły w życie średnio po niecałych dwóch miesiącach od publikacji w Dzienniku Ustaw.

Problem najlepiej widać właśnie na przykładzie prawa podatkowego – w 2021 roku w życie weszło 269 stron ustaw z obszaru nowelizacji podatków, w tym 140 w ramach Polskiego Ładu. Jak wskazuje Grant Thornton, to jeden z trzech najwyższych wyników w ostatnich trzech dekadach. Ustawy Polskiego Ładu wchodziły w życie średnio po mniej niż półtora miesiąca od publikacji w Dzienniku Ustaw, dwie z nich – już następnego dnia. O tym, jak bardzo chaotyczny był proces legislacyjny Polskiego Ładu, świadczy fakt, że ustawa ta doczekała się sześciu zmian istotnych założeń reformy już na samym etapie procedowania w rządzie i parlamencie, jednej autopoprawki rządu oraz pięciu nowelizacji. Niewykluczone, że w 2023 roku podatników czeka podobna karuzela.

Przyszły rok również będzie obfitował w szereg zmian, ponieważ ustawodawca wprowadził przepisy z vacatio legis, które upływa 1 stycznia 2023 roku. I tu będziemy mieli m.in. nowy wzór PIT-2, w którym będziemy mogli wykazać, czy pracujemy tylko u jednego czy u więcej pracodawców. W tym drugim przypadku powinniśmy złożyć taki dokument – wówczas pracodawca będzie pobierał tylko 1/3 zaliczki od kwoty wolnej od podatku – mówi Marcin Otręba.

Ekspert ocenia, że ta zmiana będzie bardzo korzystna dla podatników, którzy mają kilka etatów lub pracują na umowie-zleceniu.

– Jeżeli nie poinformowaliśmy naszych pracodawców, że mamy etat w innej organizacji, to każdy z naszych pracodawców bez tej wiedzy mógł pobierać niższe zaliczki na rzecz organu podatkowego, czyli kwotę 300 zł, a jeszcze przed 1 lipca 425 zł. Jeżeli będziemy składali PIT-37 za 2022 rok, może się okazać, że będziemy mieli obowiązek dopłacenia podatku, bo każdy z tych pracodawców zdjął tę kwotę wolną od podatku, nie wiedząc, że inny uczynił to samo – wyjaśnia ekspert prawa podatkowego. – PIT-2 będzie dokumentem sformalizowanym i bardziej skomplikowanym w stosunku do tego, który obowiązuje dzisiaj. Będzie miał zdecydowanie więcej pozycji do wypełnienia. Będziemy mogli w nim wskazać płatnikowi, że jesteśmy np. rodziną z czwórką dzieci i wtedy nie będzie on mógł pobierać zaliczek.

Rozliczając się za 2022 rok, podatnicy powinni sprawdzić możliwość skorzystania ze wszystkich możliwych ulg podatkowych zebranych na e-pity.pl. Wprowadzenie nowych ulg poszerzyło możliwości w tym zakresie. Mogą z nich skorzystać rozliczający się poprzez PIT-36, PIT-37, PIT-28. Należy ponadto pamiętać, że rozliczający się na PIT-36 i PIT-37 mogą odliczać tzw. kwotę wolną od podatku. Weryfikacja rozliczenia w tym roku daje szansę na skorzystanie ze wszystkich przysługujących ulg i odliczeń.

Aby jak najlepiej skorzystać ze zmian w metodach opodatkowania czy w zasadach rozliczania podatków, jakie wprowadził Nowy Polski Ład, warto wyliczyć symulowany podatek jeszcze w tym roku. Daje to podatnikom możliwość uruchomienia dodatkowych ulg i odliczeń, a co za tym idzie otrzymania jak najwyższego zwrotu podatku.

Nowe funkcjonalności Instagrama i Snapchata pomogą w reklamie i zwiększaniu sprzedaży. Komercjalizacja mediów społecznościowych postępuje – podkreśla Joanna Jałowiec, redaktor naczelna portalu PRoto.pl. Serwisy wprowadzają nowe funkcjonalności, które pozwolą firmom skutecznie zwiększać sprzedaż. W kierunku e-commerce zmierza m.in. Instagram. Umożliwienie markom tagowania produktów sprawi, że klientom będzie łatwiej dokonać zakupu....

Każdego roku ilość danych przesyłanych w sieci rośnie. Użytkownicy przesyłają i streamują coraz więcej treści wideo, często w jakości 4K, pobierają gry z platform cyfrowych, a w domach pojawia się coraz więcej urządzeń, m.in. rozwiązań smart home. Wszystko to powoduje, że zapotrzebowanie na szybką i wydajną sieć stale rośnie. Jak wynika z danych UKE, internet w Polsce sukcesywnie przyspiesza, a rynek czeka kolejny skok. Orange zaprezentował właśnie światłowód o przepustowości 10 Gb/s. Operator wskazuje, że dzięki tej technologii możliwe będzie podłączenie po WiFi nawet 256 urządzeń jednocześnie i korzystanie z sieci domowej bez utraty jakości połączenia. Od poniedziałku 21 listopada br. będzie można ją testować w największych miastach Polski. 

– Światłowód jest coraz częściej świadomym wyborem klientów – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Kłucjasz, dyrektor ds. strategii i zarządzania wartością dla rynku konsumenckiego w Orange Polska.

Jak wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w Polsce tradycyjne kable są sukcesywnie i w dość szybkim tempie wypierane przez światłowody, za pomocą których w 2021 roku oferowano dostęp do internetu dla 32,9 proc. użytkowników. W ubiegłym roku liczba użytkowników FTTH wzrosła o 32 proc., a w ciągu ostatnich dwóch lat – aż o 79 proc. Według UKE światłowody należą do najszybciej rozwijających się technologii dostępowych, a długość linii światłowodowych w Polsce wzrasta z każdym rokiem. Z danych przekazanych przez operatorów, samorządy i przedsiębiorstwa użyteczności publicznej wynika, że na koniec ubiegłego roku długość sieci optycznej w Polsce wynosiła już 421 tys. km.

„Raport o stanie rynku telekomunikacyjnego w 2021 roku”, opublikowany przez UKE, pokazuje również, że liderem technologii FTTH podobnie jak w poprzednich latach pozostaje Orange Polska. Pod względem liczby użytkowników udział operatora w tym rynku wyniósł w ubiegłym roku 32,4 proc., jest więc największym w kraju dostawcą usług światłowodowych, z których korzysta ponad 1 mln klientów indywidualnych.

 Dostępność do internetu światłowodowego Orange dynamicznie rośnie. W 2012 roku zaczynaliśmy od kilku największych miast, a w tej chwili obejmujemy zasięgiem łącznie już niemal 7 mln gospodarstw domowych, docieramy do 800 miast i ponad 17 tys. miejscowości w całej Polsce – mówi dyrektor ds. strategii i zarządzania wartością  w Orange Polska.

Z prognoz firmy badawczej Analysys Mason przytaczanych przez UKE wynika, że w nadchodzących latach infrastruktura światłowodowa w Polsce będzie nadal się rozwijać w dość dynamicznym tempie. Według analityków liczba łączy światłowodowych będzie wzrastać średniorocznie o 13,3 proc., aby w 2026 roku osiągnąć poziom 5,7 mln (wobec 3 mln w ubiegłym roku).

– Dostęp do światłowodu będzie się zmieniał, planujemy co roku nowe inwestycje i obejmowanie zasięgiem kolejnych miejscowości i gospodarstw domowych. Ich liczba nadal będzie zwiększać się o co najmniej 700–800 tys. rocznie – ta dynamika będzie utrzymana. Wierzymy, że światłowód trafi do większości gospodarstw domowych – mówi Rafał Kłucjasz. – Mamy również tę satysfakcję, że przy wyborze światłowodu internetowego Orange jest rozważany przez klientów dwukrotnie częściej niż nasz kolejny konkurent na rynku [badanie PBS na zlecenie operatora z lipca br. – red].

Jak wskazuje UKE, internet w Polsce znacząco przyśpiesza, a liczba łączy o najwyższych przepływnościach (to szybkość internetu, jaką użytkownik może osiągnąć na swoim urządzeniu) podwoiła się w ciągu ostatnich dwóch lat. Szybki rozwój światłowodu jest efektem tego, że co roku rośnie ilość danych przesyłanych w sieci.

Potrzebujemy tak szybkiego internetu, ponieważ w naszych domach pojawia się coraz więcej urządzeń, które są przez cały czas do niego podłączone. To nie tylko dekoder, telewizor czy radio internetowe, ale i tablety, inteligentne zegarki, wiele sensorów, które czuwają nad ogrzewaniem czy poziomem wilgoci w domu, oraz urządzenia AGD, które też podłączamy do sieci – wymienia ekspert. – Z drugiej strony rosną również wymagania dotyczące rozrywki i contentu, który jest coraz bardziej bogaty, jeśli chodzi o zaawansowane rozwiązania typu ultra HD, 4K czy już nawet 8K, i konsumuje coraz więcej transmisji danych. 

Orange zaprezentował w tym tygodniu technologię XGSPON, czyli światłowód o przepustowości 10 Gb/s i przepływności 8 Gb/s, którego możliwości potwierdziły testy prowadzone w siedzibie firmy w Warszawie. Operator wskazuje, że dzięki tym parametrom możliwe będzie podłączenie po WiFi nawet 256 urządzeń jednocześnie i komfortowe korzystanie z domowej sieci bez utraty jakości połączenia. Światłowód o przepustowości 10 Gb/s jest rozwiązaniem dla domów, w których kilku użytkowników korzysta równocześnie z wielu urządzeń, ale również dla małych i średnich firm.

– Światłowód to rozwiązanie dla rosnącej grupy klientów bardzo wymagających – mówi Rafał Kłucjasz. – W tej chwili klienci wykorzystują internet nie tylko do tego, żeby oglądać filmy, ale też np. zdalnie zarządzać swoim domem, uczyć się czy pracować. Natomiast gamersi doceniają światłowód dlatego, że mają bardzo szybkie tzw. pingi, co pozwala im wygrywać z rywalami w grach sieciowych. 

Orange zapowiada, że technologia XGSPON (pod nazwą Orange Światłowód Pro 10.0) pojawi się w ofercie w ciągu kolejnych kilku miesięcy. Od poniedziałku 21 listopada br. będzie można ją przetestować w sześciu największych miastach Polski. Specjalne stanowiska do testowania superszybkiego światłowodu pojawią się w Gdańsku w Galerii Bałtyckiej, w łódzkiej Manufakturze, w Poznaniu w Galerii Pestka, w Krakowie w Galerii Zakopiańskiej oraz w dwóch lokalizacjach w Warszawie – w Miasteczku Orange oraz w Domu Handlowym Sezam.

Ekspansję zagraniczną prowadzi ponad 1,8 tys. firm z Polski, a wartość kapitału zainwestowanego przez polskie przedsiębiorstwa za granicą to ok. 23 mld euro. Ostatnie dwa lata przyniosły duży wzrost tej aktywności – tylko w 2021 roku wartość polskich inwestycji zagranicznych wyniosła 7 mld euro i była dwukrotnie wyższa niż średnio rocznie w poprzedniej dekadzie. Dane za pierwsze półrocze br. wskazują na podobny wzrost – wynika z raportu „Polski biznes za granicą. Jakie polskie firmy prowadzą ekspansję w Europie Środkowej i Wschodniej”, opracowanego przez SpotData we współpracy z towarzystwem ubezpieczeniowym UNIQA. Autorzy wskazują, że to właśnie w tym regionie jest skoncentrowana połowa polskich BIZ-ów, które w kolejnych latach powinny nadal rosnąć, nawet pomimo spowolnienia wywołanego wojną w Ukrainie. 

W ostatnim roku polskich inwestycji za granicą, a szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej, było wyraźnie więcej niż przed pandemią COVID-19. W naszym raporcie pokazujemy, że w ostatnich 12 miesiącach było ich dwukrotnie więcej niż średnio w ostatnich 10 latach. Doszliśmy do takiego momentu w rozwoju naszej gospodarki, kiedy te najbardziej prężne krajowe firmy już nie mieszczą się na rodzimym rynku i potrzebują ekspansji. Osiągnęły sukces w kraju i szukają nowych okazji inwestycyjnych. Dlatego wydaje się, że biorąc pod uwagę nasz poziom rozwoju, w kolejnych latach tych inwestycji powinniśmy obserwować znacznie więcej, jeżeli otoczenie makroekonomiczne będzie sprzyjało – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”.

Ubiegły rok był najlepszy dla bezpośrednich inwestycji zagranicznych polskich firm w całej ostatniej dekadzie – ich wartość sięgnęła 7 mld euro, podczas gdy średnia z lat 2010–2020 to 3,8 mld euro rocznie. Do najważniejszych krajów Europy Środkowej i Wschodniej trafiło 920 mln euro (wobec średniej z lat 2010–2019 na poziomie 415 mln euro). Dane za I półrocze br. również wskazują na wzrosty. W kolejnych kwartałach mogą one być jeszcze wyraźniejsze, ponieważ z obszaru zainteresowań krajowych firm wypadła Rosja i do pewnego stopnia także Białoruś. W regionie CEE jest ulokowana połowa kapitału zagranicznego (najwięcej w Czechach), przy czym 29 proc. to są sąsiedzi Polski z regionu, a 21 proc. pozostałe kraje regionu.

Region CEE odgrywa bardzo ważną rolę w ekspansji zagranicznej polskich firm. Jest pierwszym, naturalnym jej kierunkiem – mówi Ignacy Morawski. – Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, bliskość geograficzna, bo inwestycje wymagają uwagi, nadzoru, częstych wizyt w biurach i fabrykach. Po drugie, te rynki są do siebie w miarę podobne, mają podobną historię transformacji gospodarczej, która zaczęła się trzy dekady temu. Czechy są najbardziej rozwiniętym krajem regionu, my jesteśmy trochę za Czechami, Rumunia jest trochę za nami, Bułgaria za Rumunią, a później Bałkany, ale wszyscy podążają podobną ścieżką.

Bliskość kulturowa oraz podobne struktury rynkowe i doświadczenia gospodarcze sprawiają, że przedsiębiorcom z Polski łatwiej odnaleźć się w regionie niż na Zachodzie.

– Trzeci powód to jest polska marka, ponieważ polskie produkty cieszą się w regionie niezłą renomą, w przeciwieństwie do krajów rozwiniętych, gdzie nie są aż tak dobrze znane. Natomiast konsumenci w Europie Środkowej i Wschodniej mają doświadczenie z polskimi produktami, pamiętają je dobrze z poprzednich dekad, więc to na pewno pomaga polskim firmom w ekspansji – mówi dyrektor SpotData.

Mimo postępów w ostatnich latach Polska nadal jest jednak krajem relatywnie mało inwestującym za granicą w porównaniu z innymi państwami UE. W ostatniej dekadzie średnia wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych z Polski wynosiła ok. 100 euro rocznie w przeliczeniu na mieszkańca (1 proc. PKB) w porównaniu z ok. 600 euro średniej dla UE (2 proc. PKB). Relatywnie więcej inwestują m.in. Czechy czy Słowacja, czyli kraje, z którymi nasz kraj jest często porównywany. Według analityków jest to efekt nadal niższego poziomu rozwoju gospodarczego Polski, z czym wiążą się mniejsze możliwości finansowe firm, słabiej rozwinięte struktury organizacyjne i mniejsza zdolność do prowadzenia ekspansji. Jednak to się zaczyna powoli zmieniać, a Polska jest prawdopodobnie u progu większej fali ekspansji kapitałowej rodzimych przedsiębiorstw, ponieważ po dekadzie szybkiego rozwoju dla wielu z nich krajowy rynek jest już zbyt mały. Perspektywy dla polskich BIZ-ów na kolejne lata wydają się pozytywne nawet po spowolnieniu związanym z konfliktem w Ukrainie.

Rozwijając działalność w regionie CEE, nawet mimo bliskości geograficznej i kulturowej, firmy muszą pamiętać o kilku fundamentalnych zasadach – w tym m.in. odpowiednim rozeznaniu rynku, zabezpieczeniu finansowania, a przede wszystkim dokładnym oszacowaniu ryzyk biznesowych, finansowych, podatkowych czy prawnych.

Właściwe rozpoznanie i zarządzanie ryzykiem to ważny czynnik powodzenia inwestycji zagranicznej – podkreśla Piotr Wójcik, dyrektor zarządzający Pionu Rozwiązań dla Klienta Korporacyjnego w UNIQA. – Pomóc w tym może ubezpieczenie w postaci programu międzynarodowego, które całościowo obejmuje operacje zagraniczne. Jako ubezpieczyciel dzielimy się przy tym naszym doświadczeniem na zagranicznych rynkach. Prosty przykład to ryzyko trzęsienia ziemi. Polska szczęśliwie jest krajem wolnym od tego zagrożenia, ale budując fabrykę za granicą, warto je wziąć pod uwagę. Innym przykładem jest ryzyko prowadzenia sporów w obcych systemach prawnych. Obrona przed roszczeniem klienta w niemieckim systemie prawnym musi być prowadzona w zupełnie inny sposób niż choćby w Czechach.

Ekspert wskazuje, że polskie przedsiębiorstwa, które zamierzają prowadzić ekspansję za granicą, powinny rozważyć ubezpieczenie całości swoich operacji w Polsce. Zaletą tego rozwiązania jest m.in. wygoda, ponieważ firma zyskuje jednego partnera, z którym komunikuje się w tym samym języku.

– Ponadto polisa obejmuje całościowo wszystkie ryzyka. Dzięki temu firma może uniknąć potencjalnego zagrożenia i luk w ochronie ubezpieczeniowej, co może się zdarzyć wtedy, kiedy ubezpieczenie jest swoistym patchworkiem zszytym z polis lokalnych – mówi Piotr Wójcik. – Innym powodem jest również potrzeba koordynacji szkód w skali międzynarodowej. Nasze doświadczenie jako ubezpieczyciela pokazuje, że w przypadku dużych międzynarodowych firm często ta sama szkoda, to samo zdarzenie losowe dotyka równocześnie kilku spółek znajdujących się w kilku państwach. Dlatego dla prawidłowej likwidacji szkody ważna jest właśnie międzynarodowa koordynacja. 

Ekspansję zagraniczną prowadzi obecnie ponad 1,8 tys. firm z Polski, a w ciągu minionej dekady ta liczba zwiększyła się o ok. 1/3. To oznacza, że każdego roku przybywa średnio ok. 50 firm, które prowadzą ekspansję w innych krajach. Wśród inwestujących najwięcej jest przedsiębiorstw małych i średnich, zatrudniających do 49 osób – 43 proc. Podmioty duże, zatrudniające powyżej 249 osób, stanowią 27 proc. inwestujących firm.

Największymi sektorami zaangażowanymi w ekspansję w regionie CEE są przetwórstwo i handel (odpowiadają za 70 proc. inwestycji), na czele z takimi firmami jak PKN Orlen, Press Glass, Alumetal, Śnieżka, LPP czy CCC. Jednak w ostatnich latach wiele firm średniej wielkości próbowało swoich sił za granicą, zwłaszcza w sektorze technologicznym. 

Branżą, w której wartość inwestycji zagranicznych jest największa, jest przetwórstwo przemysłowe. Wynika to m.in. z faktu, że przetwórstwo jest kapitałochłonne i żeby otworzyć firmę za granicą, trzeba wydać dużo pieniędzy. Natomiast jeśli ktoś ma firmę informatyczną, otwiera tylko biuro i to nie jest już tak kapitałochłonne przedsięwzięcie – wyjaśnia Ignacy Morawski. – Patrząc z kolei na to, dla której branży inwestycje są relatywnie najbardziej istotne i najwięcej ważą w aktywach ogółem – to jest to handel. Ta branża wytworzyła już na naszym rynku wiele naprawdę nowoczesnych, międzynarodowych firm – takich, które są już na giełdzie w Warszawie i które prowadzą ekspansję nie tylko w naszym regionie, ale i w Europie Zachodniej. To jest już flagowa branża polskiej gospodarki. Natomiast ostatnimi czasy widać też więcej inwestycji technologicznych, informatycznych, mediowych, generalnie z branży technologii internetowych. I to jest nowy trend, który pewnie będzie się rozwijał.

Rekordowej transakcji można się spodziewać w energetyce. Ten rok ma być dla rynku fuzji i przejęć równie udany jak poprzednie 2–3 lata. Sprzyja temu dobra koniunktura gospodarcza – spółki mają kapitał do przejęć, z drugiej strony finansowanie tego typu transakcji jest tanie przy obecnym historycznie niskim poziomie stóp procentowych. Jak prognozują eksperci Instytutu...