Strona główna Tagi Lean.org.pl

Tag: lean.org.pl

257FaniLubię
567ObserwującyObserwuj
388ObserwującyObserwuj
19ObserwującyObserwuj

Najczęściej czytane

Ubezpieczyciele notują rekordową liczbę szkód spowodowanych zjawiskami pogodowymi. W I półroczu br. wzrosty sięgały...

Wzrost szkód katastroficznych, który był wyraźny już w ubiegłym roku, w tym okazał się jeszcze wyższy. Burze, gradobicia, powodzie i lokalne podtopienia, wichury, trąby powietrzne czy pożary wywołane suszą spowodowały, że w I półroczu liczba szkód katastroficznych zgłaszanych ubezpieczycielom w ramach polis majątkowych i komunikacyjnych wzrosła o kilkadziesiąt procent. – Dominują przede wszystkim szkody spowodowane deszczami nawalnymi, przepięciami i wichuramimówi Monika Lis-Stawińska z Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Szkody katastroficzne, spowodowane zjawiskami pogodowymi, mogą być potężne w skutkach – podkreśla Monika Lis-Stawińska, dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensie. – Przytoczę tutaj przykład niedawnej szkody, gdzie po przejściu trąby powietrznej zostało uszkodzone pokrycie dachu wraz z więźbą dachową. Wszystkie ruchomości domowe, które znajdowały się na poddaszu, zostały uszkodzone, podobnie jak komin, który osunął się na strop. Koszty remontu mieszkania wraz z ruchomościami domowymi zostały wycenione na kwotę 400 tys. zł i taką też kwotę wypłaciliśmy w ramach odszkodowania.

Statystyki pokazują, że ekstremalne zjawiska pogodowe wyrządzają coraz większe szkody. Już w I półroczu ub.r. burze, gradobicia, wichury, podtopienia i ulewy spowodowały, że liczba szkód katastroficznych wzrosła aż o 41 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Była też o 45 proc. wyższa niż całoroczna średnia z poprzednich pięciu lat. Okazuje się, że w tym roku jest jeszcze gorzej.

Porównując pierwsze półrocze tego roku z analogicznym okresem ubiegłego, w Compensie zanotowaliśmy aż 80-procentowy wzrost liczby szkód katastroficznych i wypłaciliśmy z tego tytułu 54 mln zł – mówi Monika Lis-Stawińska.

Jak informuje, w całym 2021 roku Compensa zlikwidowała 24 tys. szkód katastroficznych w ramach ubezpieczeń domów i mieszkań, majątku małych i średnich przedsiębiorstw oraz polis rolnych i komunikacyjnych. Tymczasem w tym roku ich liczba już na koniec czerwca przekroczyła 16 tys.

– Dominują przede wszystkim szkody spowodowane deszczami nawalnymi, przepięciami i wichurami – mówi ekspertka.

Ekstremalna pogoda daje się we znaki zwłaszcza latem, kiedy burze, gradobicia, powodzie i lokalne podtopienia, wichury, trąby powietrzne czy pożary wywołane suszą są najczęstsze. Zniszczeniom, które powstają w ich wyniku, trudno zapobiec, ale można się ubiegać o odszkodowanie w ramach polisy, która chroni właściciela mienia przed finansowymi konsekwencjami szkód katastroficznych. Takim ubezpieczeniem można objąć mienie prywatne lub firmowe, czyli m.in. budynki wraz z wyposażeniem, małą architekturą ogrodową i elementami przynależącymi do domu (jak np. panele fotowoltaiczne, anteny satelitarne etc.).

– Ubezpieczenie mieszkania bądź domu chroni właściciela przed finansowymi skutkami szkód katastroficznych. Rozróżniamy dwa warianty takich ubezpieczeń: ubezpieczenie od ryzyk nazwanych oraz ubezpieczenie od wszystkich ryzyk, czyli tzw. all risk – tłumaczy Monika Lis-Stawińska. – Ubezpieczenie od ryzyk nazwanych obejmuje kilkanaście zdarzeń, jak np. pożar czy uderzenie pioruna. Natomiast wariant all risk obejmuje wszelkie możliwe szkody, które nie są wskazane w ogólnych warunkach ubezpieczeń jako wyłączone.

Ubezpieczenie w wariancie all risk oferuje tylko część ubezpieczycieli. Polisa ta ma najszerszy zakres ochrony i uwzględnia także te ryzyka, które nie są dostępne w polisie od ryzyk nazwanych (jak np. pęknięcie czy stłuczenie mienia).

– Oczywiście oprócz zakresu ważna jest też suma ubezpieczenia, na jaką zawieramy polisę. Stanowi ona górną granicę odpowiedzialności ubezpieczyciela. Jeżeli suma ubezpieczenia będzie zaniżona w stosunku do wartości mienia, ubezpieczyciel pokryje koszty naprawy tylko do wysokości sumy ubezpieczenia wskazanej w polisie. W praktyce może to oznaczać, że koszty naprawy mienia mogą okazać się wyższe – podkreśla  dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensie.

Po powstaniu szkody, np. przepięcia czy zalania po oberwaniu chmury – właściciele mienia objętego polisą często nie wiedzą, czy mogą zacząć likwidować jej skutki przed kontaktem z ubezpieczycielem. Boją się działać na własną rękę i wolą zaczekać na przyjazd rzeczoznawcy, żeby przypadkiem nie zamknąć sobie drogi do wypłaty odszkodowania.

Te obawy są jednak nieuzasadnione. Jeżeli trzeba zabezpieczyć mienie, aby uniknąć powiększania się strat, właściciel może od razu przystąpić do jego zabezpieczenia. Jednak najpierw trzeba dokładnie sfotografować zniszczone mienie, tak aby po czasie możliwe było określenie rozmiaru i zakresu szkody. Później można już zająć się naprawą. Należy tylko pamiętać, aby zgromadzić do późniejszego okazania rzeczoznawcy uszkodzone przedmioty, np. wypaczone drzwi czy wilgotne deski podłogowe. Nie należy ich wyrzucać. Natomiast jeżeli w toku naprawy konieczny był zakup jakichś przedmiotów lub pomoc fachowców – trzeba zgromadzić wszystkie rachunki i faktury, a następnie przekazać je ubezpieczycielowi. 

Coraz więcej kontroli firm pod kątem pracy na czarno. Mimo zmian w przepisach skala...

W I półroczu br. znacząco wzrosła liczba kontroli Państwowej Inspekcji Pracy w obszarze legalności zatrudnienia. Przeprowadzono ich w sumie ok. 15 tys., sprawdzając legalność zatrudnienia w odniesieniu do nieco ponad 17 tys. zagranicznych i blisko 120 tys. polskich pracowników. – Skala nieprawidłowości utrzymuje się na porównywalnym poziomie, co w poprzednich latach – mówi Dariusz Górski z Głównego Inspektoratu Pracy. Jak ocenia, powodem są m.in. zbyt niskie kary, bo wiele firm ma je wkalkulowane w swój model biznesowy. Na razie nie pomogła także zmiana przepisów, które gwarantują zgłaszającemu nieprawidłowości pracownikowi brak konsekwencji.

 Liczba przedsiębiorstw na polskim rynku pracy sięga kilku milionów, natomiast nasza działalność kontrolna dotycząca legalności zatrudnienia to jest tylko pewien wycinek. Nie jesteśmy w stanie skontrolować wszystkich. Niemniej jednak, porównując dane z tego roku i lat ubiegłych, widzimy, że skala tych nieprawidłowości utrzymuje się na zbliżonym poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Górski, dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia w Głównym Inspektoracie Pracy.

W ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła ponad 54 tys. kontroli, z których 11,5 tys. dotyczyło legalności zatrudnienia obywateli polskich i cudzoziemców. Prawie połowa z nich skończyła się stwierdzeniem nieprawidłowości. Dane za I półrocze br. pokazują natomiast, że liczba kontroli w tym obszarze znacząco wzrosła. Między styczniem a czerwcem br. inspektorzy pracy przeprowadzili w sumie ok. 15 tys. kontroli, z których 10 tys. dotyczyło legalności zatrudnienia i innej pracy zarobkowej obywateli polskich, a 5 tys. – cudzoziemców. Duża różnica między tym a ubiegłym rokiem wynika głównie z covidowych restrykcji obowiązujących w I półroczu 2021 roku.

– Legalność zatrudnienia jest przez nas analizowana przez pryzmat trzech elementów formalnych. Pierwszym jest zgłoszenie do ubezpieczenia społecznego, drugim – umowa o pracę zawarta na piśmie w wymaganym terminie. Z kolei trzeci dotyczy osób bezrobotnych zgłoszonych do rejestrów powiatowych urzędów pracy, które nie powiadamiają tegoż urzędu o fakcie podjęcia pracy i popełniają w ten sposób nadużycie – tłumaczy ekspert.

Jak wynika z wstępnych danych udostępnionych przez PIP, w I półroczu br. przeanalizowano rodzaj i warunki zawartej umowy w stosunku do 50,2 tys. polskich pracowników. Okazało się, że 610 osób umowy nie miało w ogóle, a w ponad 890 przypadkach stwierdzono w tym zakresie uchybienia. Zgłoszenie do ubezpieczeń społecznych zbadano w stosunku do 48,7 tys. pracowników i 13,7 tys. zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych. Niedopełnienie tego obowiązku stwierdzono odpowiednio w 476 oraz 445 przypadkach. Tutaj dużo wyższa okazała się jednak liczba uchybień, PIP stwierdził ich w sumie 6,8 tys. (5,3 tys. w stosunku pracowników i 1,5 tys. uchybień w stosunku do zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych).

W ostatnim aspekcie – czyli w zakresie zawiadomienia przez bezrobotnego urzędu pracy o podjęciu zatrudnienia – inspektorzy skontrolowali prawie 5,3 tys. osób, z których 97 w ogóle nie dopełniło tego obowiązku, a uchybienia stwierdzono w 64 przypadkach.

Inspektorzy pracy przeprowadzili w I półroczu br. również ok. 5 tys. kontroli i sprawdzili legalność powierzenia pracy ponad 17,1 tys. cudzoziemcom. Powierzenie cudzoziemcowi nielegalnego wykonywania pracy stwierdzono podczas 728 kontroli. Odsetek nielegalnie zatrudnionych obcokrajowców wyniósł 11,4 proc., co przekłada się na 1,96 tys. osób pracujących na czarno.

– Budownictwo, handel i usługi administrowania, pod którymi kryją się także przedsiębiorstwa świadczące usługi agencji zatrudnienia – to branże, w których identyfikujemy nieprawidłowości związane z nielegalnym powierzeniem i wykonywaniem pracy. Nasze kontrole są ukierunkowane właśnie na te podmioty, gdzie ryzyko występowania tych patologii jest największe – mówi dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia GIP.

Rząd już w ubiegłym roku – w ramach Polskiego Ładu – zapowiedział walkę z zatrudnianiem na czarno i wypłacaniem wynagrodzeń pod stołem, wskazując, że obowiązujące do tej pory przepisy nie chronią pracowników przed nadużyciami. Dlatego od stycznia br. weszły w życie nowe narzędzia prawno-podatkowe, które mają skłonić pracodawców do legalizacji zatrudnienia i wyjścia z szarej strefy.

To jest ogromny problem społeczny – mówi Dariusz Górski. – Podjęte działania mają na celu eliminowanie szarej strefy poprzez zniechęcenie przedsiębiorców do tego, żeby zatrudniali nielegalnie. Z drugiej strony mają zachęcić pracowników, żeby zgłaszali się do inspekcji pracy czy do organów skarbowych i powiadamiali o fakcie nielegalnego zatrudnienia bez ryzyka konsekwencji. Z naszych danych wynika, że jak na razie ta świadomość braku negatywnych konsekwencji nie jest znaczna, co powoduje, że trafia do nas niewiele zgłoszeń. Niemniej jednak w naszej pracy już widzimy pozytywne efekty tej zmienionej regulacji prawnej.

Jak wskazuje, nielegalne powierzenie wykonywania pracy jest w Polsce wykroczeniem zagrożonym grzywną od 1 do nawet 30 tys. zł.

Tak mówi kodeks. Natomiast sankcje nakładane przez inspektora pracy w drodze mandatu karnego są określone pewnym limitem. Jest możliwość nałożenia takiego mandatu w kwocie od 1 do 2 tys. zł – mówi ekspert. – W sytuacji, kiedy inspektor stwierdzi znaczną liczbę nieprawidłowości, może jednak nie skorzystać z tej prostszej ścieżki, ale skierować wniosek o ukaranie do sądu. Wtedy decyzja o wysokości sankcji zależy już od organu, który w tej sprawie orzeka.

Dyrektor w GIP zauważa też, że wiele firm ma wkalkulowane w swój model biznesowy kary za nadużycia dotyczące legalności zatrudnienia. Przedsiębiorcy świadomie łamią przepisy, bo wiedzą, że kary nie są wysokie, więc i tak im się to opłaci.

Sankcje nakładane przez inspektorów pracy są przez wielu postrzegane jako nieodstraszające. I dlatego też są nieskuteczne – mówi Dariusz Górski. – Wnioskujemy nie tylko o podwyższenie wysokości tych kar, ale i o zmianę filozofii nakładania takich sankcji, tzn. za każdego nielegalnie zatrudnionego pracownika do kwoty nie wyższej niż. Są kraje takie jak Austria, Finlandia czy Norwegia, gdzie wysokość kar za nielegalne zatrudnienie jest bardzo wysoka.

Z opublikowanego w zeszłym roku raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że aż 1,4 mln pracowników w Polsce (12 proc. osób zatrudnionych na umowie o pracę) otrzymuje część wynagrodzenia pod stołem. Skala tego zjawiska jest największa w mikrofirmach, zatrudniających do dziewięciu pracowników, gdzie dotyczy to 31 proc. pracowników. Ogółem w ten sposób wypłacanych jest 6 proc. wynagrodzeń w polskiej gospodarce. W 2018 roku suma tego typu wypłat wyniosła 34 mld zł, a straty budżetu państwa z tego tytułu zostały oszacowane na 17 mld zł. Z badań PIE wynika również, że 57 proc. przedsiębiorców działających w drobnych usługach (m.in. gastronomia, zakwaterowanie, uroda) ocenia, że zjawisko płacenia pod stołem jest obecne w ich branży, ten odsetek był wysoki także w handlu i budownictwie.

Ekstremalne zjawiska pogodowe powodują coraz więcej strat. Ubezpieczyciele są na ten scenariusz coraz lepiej...

Koszty wywołane ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi są coraz wyższe. Już w I półroczu ub.r. burze, gradobicia, wichury, podtopienia i ulewy spowodowały, że liczba szkód katastroficznych wzrosła aż o 41 proc. r/r. W pierwszej połowie tego roku ten wzrost sięga już ok. 80 proc. Z prognoz PIU wynika, że Polska będzie coraz bardziej narażona na negatywne efekty zmian klimatu i ekspozycji na ryzyko, ale z drugiej strony ubezpieczyciele są na ten scenariusz coraz lepiej przygotowani. Aby usprawnić proces likwidacji szkód i wypłaty odszkodowań, wprowadzają szereg usprawnień, m.in. podnoszą limit wartości szkód kwalifikowanych do obsługi na uproszczonych zasadach albo przekazują zaliczki na poczet pełnego odszkodowania, dzięki czemu można od razu przystąpić do naprawy zniszczonego majątku. 

Zmiany klimatu powodują wzrost częstotliwości i intensywności występowania szkód żywiołowych. Patrząc historycznie, te szkody występowały zazwyczaj w okresie letnim, ale w tej chwili obserwujemy zmieniającą się sezonowość. W tym roku szkody żywiołowe wystąpiły już w lutym. Dlatego branża ubezpieczeniowa musi być na nie przygotowana praktycznie przez cały rok. I dlatego stworzyliśmy dodatkowy zespół, który jest uruchamiany w przypadku wzmożonej liczby zgłaszanych szkód z tytułu anomalii pogodowych – mówi agencji Newseria Biznes Monika Lis-Stawińska, dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Podczas słynnej wielkiej powodzi w Polsce w 2010 roku ucierpiało łącznie 24 tys. rodzin, a straty oszacowano na ponad 12 mld zł. Tylko niecałe 13 proc. tych strat było wówczas ubezpieczonych. Gdyby ta powódź wydarzyła się teraz, jej skutki mogłyby kosztować gospodarkę co najmniej 4 mld zł więcej – wynika z raportu „Klimat ryzyka”, który krótko przed pandemią opublikowała Polska Izba Ubezpieczeń. Według niego coraz częstsze w ostatnich latach ekstremalne zjawiska pogodowe powodują wzrost ekspozycji na ryzyko. Są zarówno zagrożeniem dla majątku publicznego i prywatnego, jak i wyzwaniem dla ubezpieczycieli.

– Porównując pierwsze półrocze tego roku z analogicznym ubiegłego, zanotowaliśmy aż 80-proc. wzrost szkód zgłaszanych z tytułu anomalii pogodowych. Zlikwidowaliśmy w tym czasie 16 tys. szkód i wypłaciliśmy w sumie 54 mln zł za straty spowodowane anomaliami pogodowymi – mówi Monika Lis-Stawińska.

Ubiegłoroczny raport „Global Insurance” firmy BlackRock pokazuje, że obecnie już 95 proc. ubezpieczycieli uważa zmiany klimatu za zagrożenie i czynnik, który w nadchodzących latach będzie mieć znaczący wpływ na budowę ich portfela. To pokazuje, że firmy ubezpieczeniowe są coraz bardziej świadome konsekwencji zmian klimatycznych. Podobnie jak i zwykli Polacy. Na potrzeby ubiegłorocznego raportu „Mapa ryzyk Polaków” PIU zapytała ich, czego najbardziej się obawiają i jakie ryzyka uważają za najbardziej prawdopodobne w swoim życiu. W pierwszej dziesiątce najczęstszych odpowiedzi uplasowało się ocieplenie klimatu, huragany i silne wiatry.

W ostatnich latach występują one w Polsce coraz częściej, podobnie jak intensywne burze, gradobicia, lokalne podtopienia, trąby powietrzne czy pożary wywołane suszą. W efekcie rośnie też – i to aż o kilkadziesiąt procent rok do roku – liczba wywołanych nimi szkód w mieniu, takich jak np. przepięcia, zalania czy zerwane dachy. Ekstremalna pogoda daje się we znaki zwłaszcza latem, dlatego w tym okresie ubezpieczyciele angażują dodatkowe siły, żeby usprawnić proces likwidacji szkód i wypłaty odszkodowań.

– Ubezpieczyciele wprowadzają w tym celu różnego rodzaju usprawnienia. W Compensie na bieżąco obserwujemy sytuację pogodową w kraju i – w przypadku otrzymania informacji o wystąpieniu szkód katastroficznych – wysyłamy naszym klientom z rejonu dotkniętego tymi szkodami SMS-a z informacją, jak najwygodniej zgłosić do nas szkodę. Relokujemy też rzeczoznawców na tereny objęte szkodami żywiołowymi i w ciągu kilku dni wypłacamy zaliczki na poczet odszkodowania, aby poszkodowani mogli jak najszybciej przystąpić do naprawy mienia – mówi dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Ubezpieczyciele mają swoje systemy monitoringu szkód katastroficznych i  w zależności od zjawiska przygotowane scenariusze działania. Dzięki temu konsultanci na call center, rzeczoznawcy mobilni i likwidatorzy są w stanie obsłużyć większą liczbę zgłaszanych szkód. W momencie kulminacji zgłoszeń zyskują też większe uprawnienia, aby móc finalizować sprawy na tzw. szybkiej ścieżce albo kontaktować się z poszkodowanymi i informować, co mogą samodzielnie robić z powstałymi zniszczeniami.

Co istotne, dla wielu ubezpieczonych właścicieli domów i mieszkań nie jest jasne, czy mogą zacząć naprawiać je na własną rękę. Wolą czekać na przyjazd rzeczoznawcy, żeby przypadkiem nie zamknąć sobie drogi do wypłaty odszkodowania. To błąd, bo jak podkreśla Monika Lis-Stawińska z Compensy w przypadku szkód spowodowanych warunkami atmosferycznymi bardzo ważne jest szybkie działanie i niedopuszczenie do powiększania się strat.

– Informujemy naszych klientów, aby – w przypadku szkód, w których istnieje ryzyko powiększania się strat – wykonali jak najdokładniejszą dokumentację zdjęciową, obrazującą wielkość zniszczeń, i nie czekali na przyjazd rzeczoznawcy – mówi ekspertka. – Jest to bardzo ważne np. w szkodach spowodowanych deszczami nawalnymi, bo klienci mogą od razu przystąpić do osuszania pomieszczeń, a także w szkodach spowodowanych silnym wiatrem, gdzie zostało uszkodzone poszycie dachowe. Wtedy klienci mogą od razu przystąpić do zabezpieczenia tego dachu.

Po wystąpieniu szkody trzeba ją zgłosić ubezpieczycielowi – telefonicznie, przez formularz kontaktowy na stronie internetowej albo w aplikacji na smartfona. Tak jest m.in. w Compensie, gdzie mniej skomplikowaną szkodę klient może zgłosić w aplikacji do samodzielnej likwidacji szkód. To najprostszy i najszybszy sposób na otrzymanie odszkodowania. Trwa to średnio około trzech–czterech dni, a dzięki wprowadzonej niedawno opcji tzw. automatycznej wypłaty ten proces może ulec skróceniu nawet do kilkunastu godzin.

Po zgłoszeniu szkody trzeba dokładnie sfotografować zniszczone mienie – tak, aby po czasie możliwe było określenie rozmiaru i zakresu strat. To ważne o tyle, że przy dużej liczbie szkód katastroficznych ubezpieczyciel może się zdecydować na obsługę zgłoszeń wyłącznie na podstawie dokumentacji zdjęciowej. To zaś oznacza, że decyzję o odszkodowaniu podejmie bez wizyty rzeczoznawcy na miejscu zdarzenia.

Później można już zająć się naprawą. Należy tylko pamiętać, aby zgromadzić do późniejszego okazania rzeczoznawcy uszkodzone przedmioty, np. wypaczone drzwi czy wilgotne deski podłogowe. Nie należy ich wyrzucać. Natomiast jeżeli w toku naprawy konieczny był zakup jakichś przedmiotów lub pomoc fachowców, trzeba zgromadzić wszystkie rachunki i faktury, a następnie przekazać je ubezpieczycielowi. 

Bezrobocie w Polsce najniższe od 32 lat. Mimo zapotrzebowania na roboty sezonowe spada liczba...

Według statystyk Głównego Urzędu Statystycznego bezrobocie w czerwcu br. wyniosło 4,9 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż w maju oraz o 1,1 pkt proc. niż w czerwcu 2021 roku. To najniższy wynik od 32 lat. W dużej mierze jest to efekt dużego zapotrzebowania na pracowników sezonowych – dlatego latem z reguły bezrobocie spada najmocniej. Jednak na rynku widać już zmniejszającą się liczbę ogłoszeń o pracę i słabnącą presję płacową. Firmy spodziewają się recesji, nie wydaje się jednak, by miały redukować zatrudnienie.

Obserwujemy spadek liczby ogłoszeń o pracę o kilka punktów procentowych w stosunku i do zeszłego roku, i nawet w maju do kwietnia, co może być w pewien sposób niepokojące, bo wiemy, że jest więcej ogłoszeń na prace sezonowe. To oznacza, że jest ich znacznie mniej w innych dziedzinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR, prezes zarządu agencji zatrudnienia Trenkwalder. – Główne zagrożone dziedziny to jest bankowość, finanse, ubezpieczenia.

W gospodarce nadchodzi spowolnienie spowodowane wysoką inflacją i będącymi jej konsekwencją podwyżkami stop procentowych. Według odczytu GUS w czerwcu inflacja sięgnęła 15,5 proc., najwięcej od marca 1997 roku. Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe od października 2021 roku; w tym czasie referencyjna stopa podniosła się z 0,1 proc. do 6,5 proc., a nie brakuje głosów, że będą kolejne podwyżki. Przekłada się to na aktywność gospodarczą, a więc także na rynek pracy.

W czerwcu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających co najmniej 10 osób) było wyższe o 2,2 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., a tylko o 0,1 proc. niższe niż w maju br.  

Firmy badane przez nas wykazują bardzo duży stopień niepewności. 50 proc. firm przewiduje recesję, tylko 8 proc. firm przewiduje wzrost, jednocześnie tylko 25 proc. firm przewiduje zatrudnianie nowych pracowników, jeszcze jesienią 2021 roku było to ponad 30 proc. – mówi Wojciech Ratajczyk. – Tylko 8 proc. przedsiębiorstw przewiduje spadek zatrudnienia, zwolnienia. Oznacza to, że firmy, pomimo dużej niepewności, chcą budować albo co najmniej utrzymać swoje stałe zespoły, co według mnie świadczy o tym, że bezrobocie w najbliższym czasie, jeśli nie wydarzy się jakaś ekonomiczna katastrofa, nie będzie znacząco wzrastać.

Krajowa Izba Gospodarcza w komentarzu do czerwcowych danych GUS prognozuje, że w okresie sierpień–październik stopa bezrobocia może nawet jeszcze spaść – do 4,8 proc., a zimą spodziewa się powrotu do poziomu 5 proc.

Zgodnie z metodologią Eurostatu bezrobocie w Polsce wyniosło w maju 2,7 proc., co było drugim najniższym wynikiem w Unii Europejskiej (niższe jest tylko w Czechach, 2,5 proc.). Dla porównania średnia dla UE wyniosła 6,1 proc., a dla strefy euro – 6,6 proc. Gorzej sytuacja wygląda wśród młodych poniżej 25. roku życia, gdzie zajmujemy ósme miejsce ex aequo z Danią – 8,8 proc.

GUS wskazuje, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu było wyższe o 13 proc. niż rok temu i wyniosło 6554,87 zł brutto. Względem maja br. wzrosło o 2,4 proc.

 Do tej pory presja na wzrost wynagrodzeń jest bardzo silna, jednocześnie mamy badania, które pokazują, że tylko poniżej 1/3 firm planuje dzisiaj podwyżki płac, jeszcze niedawno było to ponad 50 proc. Pokazuje to, że na tym rynku 50 proc. firm przewiduje w jakiś sposób recesję lub zahamowanie wzrostu. Wydaje nam się, że presja płacowa w najbliższych miesiącach, może kwartałach zmaleje, choć biorąc pod uwagę wysoki stopień inflacji, nie możemy wykluczyć, że w ogóle jej nie będzie – przewiduje prezes agencji Trenkwalder. – W dzisiejszej sytuacji skłonność do dawania podwyżek prawdopodobnie będzie maleć, ponieważ całość kosztów przedsiębiorstwa, w tym koszty personalne, rośnie w związku właśnie z inflacją.

Pensje mogą rosnąć w tych branżach, w których najmocniej odczuwalny jest brak pracowników.

– Nadal jest to branża informatyczna, nadal są to inżynierowie, nadal są to specjaliści do obsługi wysokich technologii w przemyśle. Jednocześnie obserwujemy mniejsze zainteresowanie przedsiębiorców zatrudnianiem pracowników w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia, a więc prawdopodobnie tam ta presja jest niższa i wzrost zarobków będzie również niższy – ocenia członek zarządu Polskiego Forum HR.

Jak wskazuje raport ManpowerGroup „Niedobór talentów”, siedmiu na dziesięciu pracodawców boryka się z trudnościami w zrekrutowaniu nowych pracowników z odpowiednimi umiejętnościami. Najtrudniej jest znaleźć u kandydatów umiejętności z obszaru IT & analizy danych, logistyki & operacji oraz obsługi klienta.

Owoce i warzywa są droższe niż przed rokiem. Przez wzrost kosztów niektórzy producenci muszą...

Upały i spowodowana nimi susza obniżają jakość warzyw i owoców, jednocześnie wymuszając na producentach sztuczne nawadnianie plantacji. Największym problemem są jednak wielokrotnie droższe nawozy, do produkcji których potrzebny jest bardzo drogi obecnie gaz, a także wyższe koszty energii oraz pracowników. Wzrost kosztów produkcji jest często wyższy niż wzrost cen owoców i warzyw. Wszystko to powoduje, że uprawa warzyw i owoców stała się mniej opłacalna.

Ceny większości owoców i warzyw, jeżeli je porównamy z cenami sprzed roku, są wyższe, natomiast wzrost średniej ceny jest niższy niż stopień inflacji rok do roku. Czyli można powiedzieć, że bardziej drożeją inne produkty czy usługi niż owoce i warzywa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w czerwcu 2022 roku owoce były droższe niż przed rokiem o 6,2 proc., zaś warzywa – o 8,5 proc. To sporo mniej niż średnia inflacja wszystkich towarów i usług konsumpcyjnych, która wyniosła 15,5 proc., a także mniej niż wzrost cen żywności ogółem (14,8 proc.).

Ceny w skupie w połowie lipca były mocno zróżnicowane w stosunku do tych sprzed roku. W przypadku warzyw część produktów skupowana jest w cenach wyższych nawet o kilkadziesiąt procent od tych rok wcześniej (kalafiory, brokuły, kapusta czerwona, kapusta biała, cebula – głównie te, których jednostkowa cena jest nominalnie raczej niska. Natomiast za bób, sałatę czy pomidory rolnicy dostają niższe stawki niż przed rokiem. W przypadku owoców w górę poszły wszystkie ceny z wyjątkiem wiśni deserowych, które skupowane są po cenach nieznacznie niższych niż w 2021 roku.

– Na wzrost cen wpływają przede wszystkim koszty produkcji, które są wyższe z racji wzrostu cen energii, wyższe koszty robocizny, brak pracowników, co też powoduje, że koszty robocizny rosną. To również wyższe ceny innych środków do produkcji, nawozy, środki ochrony roślin – mówi Witold Boguta.

Pod koniec 2021 roku ceny nawozów wzrosły nawet cztero-, pięciokrotnie. Przyczyną był gwałtowny wzrost cen gazu niezbędnego do ich produkcji. Agresja Rosji na Ukrainę spowodowała dodatkowo wykluczenie tych rynków, a także Białorusi z dostaw nawozów. Przed atakiem Rosja i Białoruś odpowiadały łącznie za blisko 40 proc. globalnej produkcji nawozów potasowych oraz wieloskładnikowych. Ekonomiści z PKO BP w swoim raporcie z 11 marca 2022 roku napisali, że polskie zapotrzebowanie na nawozy najmocniej zaspokajane jest importem właśnie w segmencie nawozów potasowych, w tym wieloskładnikowych zawierających potas. Rosja jest również ważnym graczem na światowym rynku nawozów azotowych (12 proc.), ale tu polscy producenci są w stanie zaspokoić krajowy popyt.

– To powoduje, że producent ponosi znacznie większe koszty. Ten wzrost kosztów produkcji jest większy niż wzrost cen, z jakim mamy obecnie do czynienia. Czyli to stawia producentów w dosyć trudnej sytuacji. Z tym że część tych środków do produkcji, które obecnie tak mocno zdrożały, producenci wykorzystywali jeszcze z roku ubiegłego czy np. część warzyw, jabłka sprzedawane były jeszcze do niedawna ze zbiorów z ubiegłego roku, kiedy koszty były niższe – mówi prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. – Natomiast z niepokojem patrzymy na to, co się będzie działo na dobre już jesienią i co się dzieje teraz w odniesieniu do owoców jagodowych, czy jednak producenci nie będą do tego po raz kolejny, i to w sporej ilości, dokładać.

Do 31 maja rolnicy mogli składać wnioski o dopłaty do nawozów, a 11 lipca Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczęła wypłacać pierwsze pieniądze. Złożono niemal 427 tys. wniosków. Do 21 lipca ARiMR przekazała rolnikom prawie 1,3 mld zł. Co oznacza, że wsparcie dostało już 221 tys. rolników. Dopłaty będą przekazane do końca sierpnia, jednak dotyczą nawozów zakupionych między początkiem września 2021 roku a połową maja br. Maksymalna kwota niezbędna do realizacji programu wyniosła 3,5 mld zł, a pula dostępnych środków na wsparcie – 3,9 mld zł.

Dodatkowym problemem przy produkcji rolniczej, ogrodniczej i sadowniczej są kwestie pogodowe. Niewielkie opady śniegu zimą i suchy początek wiosny nie zapewniły dostatecznego nawodnienia glebie. Wprawdzie sady jabłkowe czy plantacje borówek są nawadniane, ale temperatury są dużo wyższe niż zazwyczaj, co przyspiesza dojrzewanie owoców i pogarsza ich jakość. Problemem są nie tylko deszcz i słońce, ale też gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak burze, nawałnice, wichury, gradobicia czy podtopienia. Na przykład w przypadku jabłek co roku 5–10 proc. zbiorów nie nadaje się do sprzedaży jako owoce deserowe (do zjedzenia) i musi być przerabiane na sok czy przecier. Jest to dla producentów strata, bo jabłka takie są o ok. 60 proc. tańsze.

Trudno powiedzieć, jaki będzie dalszy przebieg pogody w odniesieniu do kolejnych gatunków owoców jagodowych, w odniesieniu do owoców z drzew: jabłka, śliwki, gruszki czy wiśnie. Tutaj warunki pogodowe mogą bardzo modyfikować sytuację, tym samym i wielkość zbiorów – ocenia Witold Boguta. – Podobnie, jeśli chodzi o warzywa. Wiadomo, że zbiór warzyw korzeniowych, kapustnych, dyniowatych, tych uprawianych w polu jest dopiero przed nami, jesienią czy latem w przypadku dyniowatych, więc mamy jeszcze kilka tygodni tej wegetacji. Przebieg pogody będzie bardzo istotnie wpływał na nią, w końcowym efekcie na plony. Zatem o tym, co i w jakiej ilości zbierzemy, będziemy mogli coś powiedzieć praktycznie w końcu października, kiedy będziemy po zbiorach.