– Wyzwań, które stoją przed uczelniami, jest dziś wiele i można je zakwalifikować do kilku megatrendów, które zachodzą w całym społeczeństwie – mówi prof. dr hab. Grzegorz Mazurek, rektor Akademii Leona Koźmińskiego. Wśród nich jest cyfrowa transformacja, zmiany klimatu i zrównoważony rozwój społeczny, który pozwoli niwelować nierówności. O wpływie, jaki szkoły wyższe mogą wywierać...
Jakość obsługi klientów na polskim rynku sukcesywnie spada, na co wskazują cykliczne badania prowadzone przez Polski Program Jakości Obsługi. Z ostatniej edycji tego badania wynika, że Polacy najgorzej oceniają m.in. wiedzę i kompetencje pracowników, czas obsługi oraz ceny i dostępność asortymentu. Jednak autorzy badania wskazują, że na tegoroczne surowe oceny konsumentów mogły wpłynąć wysoka...
Ostatni tydzień przypomniał inwestorom na rynkach o kryzysie sektora finansowego z 2008 roku. Bankructwa dwóch banków w Stanach Zjednoczonych i popłoch na akcjach Credit Suisse spowodowały interwencje banków centralnych, ale niepokój co do kondycji i przyszłości sektora bankowego nie został jeszcze uśmierzony. Cezary Stypułkowski, prezes mBanku, uważa, że przeniesienie się tych problemów na globalny system...

Na razie banki będą czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które prawdopodobnie nastąpi w ciągu sześciu miesięcy – mówi Tadeusz Białek, wiceprezes Związku Banków Polskich, odnosząc się do czwartkowej opinii Rzecznika Generalnego TSUE. Zgodnie z nią kredytobiorcy mogą dochodzić względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale decydować o tym mają sądy krajowe. Jednocześnie w opinii wskazano, że banki nie mogą się domagać od klienta wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z kapitału. ZBP zauważa jednak nieścisłości w samej opinii i podkreśla, że takie stanowisko byłoby niezgodne z wcześniejszym orzecznictwem. – W opinii jest wprost napisane, że bank również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie – mówi ekspert.

 Opinia Rzecznika Generalnego nie ma charakteru wiążącego. To jest dosyć specyficzny instrument, pewnego rodzaju wskazówka dla TSUE, która nie do końca może być odzwierciedlona w treści ostatecznego rozstrzygnięcia. Nawet w polskich sprawach mieliśmy głośne przypadki, gdzie opinia i wyrok były rozbieżne. Tak było chociażby w przypadku powszechnie znanego, tzw. małego TSUE, czyli orzeczenia, które dotyczyło rozliczenia kosztów przedterminowej spłaty kredytu konsumenckiego. Dlatego też nie wiadomo, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie i czy Trybunał podzieli wnioski wynikające z opinii Rzecznika. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w treści komunikatu i szczegółowej treści opinii są pewne rozbieżności – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Białek.

Prawo do wynagrodzenia za korzystanie z kapitału to jedna z ostatnich kwestii, jakie pozostały do rozstrzygnięcia w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych. Chodzi o sprawę C-520/21, w której Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia zwrócił się do TSUE z tzw. pytaniem prejudycjalnym dotyczącym tego, czy w przypadku unieważnienia umowy kredytu frankowego ze względu na niedozwolone zapisy stronom przysługuje wynagrodzenie za wieloletnie, bezumowne korzystanie z kapitału.

W czwartek 16 lutego br. opinię w tej sprawie wydał Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości UE Anthony Michael Collins. Wskazał w niej, że unijna dyrektywa 93/13 nie stoi na przeszkodzie, aby kredytobiorcy, po uznaniu umowy kredytu frankowego za nieważną, dochodzili względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale o tym powinny decydować sądy krajowe. Jednocześnie unijna dyrektywa ma stać na przeszkodzie, aby takiego wynagrodzenia od kredytobiorców domagały się banki.

 Chciałbym zwrócić uwagę, że komunikat w tej sprawie nie jest spójny z treścią samej opinii i może nawet trochę wprowadzać w błąd – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – W treści samej opinii jest wprost napisane, że bank, poszukując dodatkowych roszczeń, np. zwrotu korzystania z kapitału, również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie.

Jak wynika z komunikatu Związku Banków Polskich, w opinii Rzecznika Generalnego TSUE dyrektywa 93/13 nie reguluje tego, jak powinny rozliczyć się strony umowy o kredyt indeksowany, jeśli zostanie ona uznana za nieważną. Dlatego odpowiedzi na pytanie, czy konsument może żądać od banku zwrotu kosztów korzystania z zapłaconych rat, należy szukać właśnie w prawie krajowym. Jeśli dopuszcza ono takie roszczenie konsumenta, to dyrektywa nie stoi temu na przeszkodzie.

W komunikacie dotyczącym opinii Rzecznika Generalnego TSUE wskazano, że dyrektywa 93/13 stoi na przeszkodzie roszczeniom banków. Jednak, jak zauważa ZBP,  to stanowisko jest sprzeczne z wcześniejszym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-395/21 i w sprawach połączonych C-349/18, C-350/18 oraz C-351/18, zgodnie z którymi to prawo krajowe decyduje o skutkach nieważności umowy.

Jednocześnie Rzecznik nie wypowiedział się też w kwestii roszczeń banku o waloryzację kapitału, a takie roszczenie uznał za zasadne Sąd Okręgowy w Warszawie w głośnym wyroku z 10 lutego br. (sygn. akt XXV C-1039/22).

Warto też zwrócić uwagę, że mamy w TSUE lustrzaną sprawę, która jest zawieszona do czasu rozstrzygnięcia tej obecnej. W tej lustrzanej sprawie pytanie brzmi, czy bankowi przysługuje jakiekolwiek roszczenie z tytułu zwrotu kosztów z korzystania z kapitału. Myślę, że przed nami co najmniej pół roku oczekiwania na finalne rozstrzygnięcie, które spowoduje również odwieszenie tej drugiej sprawy – zapowiada Tadeusz Białek.

Jak podkreśla, banki będą na razie czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które może się okazać inne niż opinia Rzecznika Generalnego.

– Oczywiście gdyby zdarzyło się tak, że TSUE podzieli wnioski wynikające z tej opinii, to odsyłam do treści stanowisk organów nadzoru, a zwłaszcza Komisji Nadzoru Finansowego. Wskazywała ona na ogromne konsekwencje finansowe dla stabilności polskiego sektora finansowego, ale również na aspekt niesprawiedliwości, jaka miałaby miejsce, porównując sytuację kredytobiorcy frankowego z analogiczną sytuacją kredytobiorcy złotowego, który jest zobowiązany nadal spłacać swoje raty w pełnej wysokości – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – To porównanie, jak wskazała KNF, prowadziłoby do dyskryminacji kredytobiorców złotowych względem frankowych, a mówiąc wprost – do sytuacji naruszającej elementarne zasady współżycia społecznego. Jeżeli ktoś kupił mieszkanie lub dom za kredyt, a następnie okazuje się, że poza zwrotem samego kapitału nie musi za to nic płacić, to jest sytuacja po prostu niesprawiedliwa.

Według KNF liczba spłacanych kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich wynosi nieco ponad 300 tys., a ich wartość to ok. 60 mld zł (dane na październik 2022 roku). Sprawy frankowe, których jest ok. 90 tys., stanowią obecnie istotną część sporów toczących się przed polskimi sądami. Dotychczasowe orzecznictwo w takich sprawach było raczej korzystne dla frankowiczów – sądy w prawie wszystkich przypadkach decydują o unieważnieniu umowy z bankiem. Wyrok TSUE w sprawie C-520/21 będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów sądowych.

Trzeba przypomnieć, że TSUE – chociażby w słynnej sprawie BPH C-19/20 – wyraźnie mówił o prymacie utrzymywania umów, a nie ich unieważnianiu. Tymczasem w Polsce obserwujemy zupełne pomijanie tego, o czym mówił trybunał, czyli konieczności badania abuzywności klauzul. To w ogóle nie ma miejsca, mamy do czynienia z pewnym automatyzmem orzeczeń. Jeżeli taka linia będzie dalej utrzymywana, to oznacza możliwość realizacji scenariuszy, o których mówiła Komisja Nadzoru Finansowego, czyli poważnych zagrożeń dla stabilności sektora finansowego w Polsce – mówi Tadeusz Białek.

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uchylił decyzję UOKiK-u, który przeszło dwa lata temu nałożył karę na Santander Bank Polska. Kara dotyczyła stosowania niedozwolonych zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. SOKiK w uzasadnieniu ustnym wskazał m.in., że mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny, a stosowanie spreadów jest normalną praktyką rynkową. Nieprawomocne na razie rozstrzygnięcie może mieć duży wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać go pod uwagę w swoim orzecznictwie.

 To rozstrzygnięcie, które jest niezwykle ważne z perspektywy kształtowania rynku usług finansowych – mówi agencji Newseria Biznes dr Piotr Bodył Szymala. – Sąd nie podzielił zarzutu dotyczącego nierzetelności, abuzywności klauzul zawartych w taryfach walutowych i uznał, że kara nałożona przez UOKiK w 2020 roku na Santander Bank Polska – ale podobne kary były nakładane też na inne banki – jest niezasadna. Mówiąc wprost: sąd uznał, że kształtowanie ceny walut na rynku usług finansowych w Polsce jest normalną i dopuszczalną praktyką, a taryfy bankowe, które przewidują takie rozwiązania, są legalne.

Ponad dwa lata temu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył w sumie ponad 60 mln zł kary na trzy banki – BNP Paribas (26,6 mln zł), Bank Millennium (10,5 mln zł) oraz Santander Bank Polska (23,6 mln zł) – za stosowanie niedozwolonych klauzul dotyczących zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. Według UOKiK-u wskutek tych zapisów banki mają możliwość subiektywnego kształtowania kursów walutowych, stanowiących podstawę ustalania wysokości rat płaconych przez kredytobiorców.

– Od strony technicznej zarzuty UOKiK-u dotyczyły tego, że bank sam ustala kurs, kierując się ceną rynkową, oraz stosuje w ramach tego kursu element wynagrodzenia, a na dodatek sposób opisania tego mechanizmu ustalenia kursu w klauzulach umownych nie daje konsumentowi szansy na zbadanie, czy bank rzetelnie przeprowadził ten proces – wyjaśnia Piotr Bodył Szymala.

Santander odwołał się od tej decyzji, a w ubiegłym tygodniu Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przyznał mu rację – 24 listopada br. uchylił decyzję UOKiK stwierdzającą abuzywność klauzul stosowanych przez bank.

– UOKiK uznał, że jeżeli bank zachowuje swobodę, nawet niewielką, w zakresie kształtowania kursów walutowych, to znaczy, że wykorzystuje swoją dominującą pozycję względem konsumenta. Natomiast sąd w listopadowym rozstrzygnięciu stwierdził, że to jest normalna praktyka rynkowa i rozwiązania umowne przewidujące, że konsument może spłacać swój dług albo w walucie, albo alternatywnie kupując walutę po kursie ustalonym przez bank, są legalne i usprawiedliwione – podkreśla radca prawny.

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ustnym orzeczeniu wskazał, że Santander nie ma dowolności w ustalaniu tabel kursowych, a mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny. Bank wskazywał źródło kursów rynkowych (serwis Reuters) i dopuszczał odchylenia o +/-1 proc., więc nie można tu mówić o rażącym odchyleniu. Ponadto konsument mógł zweryfikować rzetelność kursu zastosowanego przez bank. Mógł także sam ocenić, czy kurs banku mu odpowiada, i ewentualnie kupić walutę poza bankiem. SOKiK wskazał również, że bank może stosować spread i jest to działanie rynkowe.

– Sąd wyjaśnił, że nie każdy model kształtowania cen byłby z jego perspektywy akceptowalny. Jednak ten konkretny – w którym jest nawiązanie do stawek publikowanych w Reutersie i który dopuszcza rozsądne odchylenie od rynku – został oceniony jako rzetelny – mówi Piotr Bodył Szymala.

Ekspert wskazuje, że to stanowisko SOKiK może mieć wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać je pod uwagę w swoim orzecznictwie.

SOKiK nie badał jednej konkretnej sprawy, to było postępowanie w sprawie decyzji urzędu, ale przedmiotem analizy były klauzule umowne. Zatem jeżeli sąd stwierdza, że te klauzule umowne dotyczące sposobu ustalenia kursu nie są abuzywne, to z perspektywy wielu sporów dotyczących kredytów denominowanych we frankach lub indeksowanych do franka ma to znaczenie. Czy zamyka to postępowania indywidualne? Oczywiście nie, ponieważ inne sądy powszechne analizują każdą sprawę oddzielnie. Natomiast SOKiK – jako wyspecjalizowany sąd – ma wpływ także na orzecznictwo i zachowania innych sądów. A w ramach tego postępowania, które zakończyło się 24 listopada br., dał swego rodzaju świadectwo rzetelności tymże klauzulom, co powinno być uwzględniane w indywidualnych sprawach sądowych – mówi  radca prawny. – Trzeba jednak poczekać, w jaki sposób sądy powszechne przeanalizują to rozstrzygnięcie.

Jak wskazuje, podobne wyroki zapadały wcześniej też w innych europejskich krajach.

– To jest de facto powtórzenie rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego Austrii sprzed dwóch lat, który rozpatrywał podobną sprawę i także uznał, że normalną praktyką rynkową jest kształtowanie przez poszczególne banki kursów walut, a także stosowanie spreadów, czyli tej różnicy, na której bank zarabia. Tę myśl dostrzegamy w rozstrzygnięciu Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mówi ekspert Monitora Prawa Bankowego. – W ramach europejskiego rynku mamy jedną dyrektywę o niedozwolonych klauzulach umownych 93/13. I ona powinna w taki sam sposób obowiązywać i w Austrii, i w Polsce.

Na ubiegłotygodniowe orzeczenie SOKiK zareagował Santander Bank Polska, który wyraził zadowolenie, że sąd uznał jego argumenty. Orzeczenie na razie nie jest jeszcze prawomocne. Bank czeka na jego pisemne uzasadnienie. 

Banki w Polsce od lat pozostają liderem wykorzystania zaawansowanych technologii: sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i chmury. Z jednej strony to sposób na zapewnienie większej odporności sektora, m.in. na cyberzagrożenia i usprawnienie procesów, z drugiej strony – na oferowanie coraz nowszych i bardziej zaawansowanych usług klientom, którzy też mają w tym zakresie coraz większe oczekiwania. We wdrażaniu nowoczesnych technologii bankom pomagają fintechy, które stają się kluczowe dla całego procesu cyfryzacji, oraz firmy technologiczne. Priorytetem na najbliższe lata będzie większe upowszechnienie chmury, przede wszystkim hybrydowej, w sektorze finansowym.

Jak wynika z danych Eurostatu, w 2021 roku 41 proc. firm w UE aktywnie wykorzystywało aplikacje chmurowe. W Polsce ten wskaźnik był na poziomie 29 proc., wobec 24 proc. w 2020 roku. Jesteśmy więc znacznie poniżej średniej, a od liderów – czyli Finlandii i Szwecji, w których stopień wykorzystania chmury sięga 75 proc. – dzieli nas przepaść.

– Gdyby jednak wejść w detal, okazuje się, że niektóre sektory, w szczególności bankowość, mają poziom nasycenia wykorzystaniem technologii chmurowej w swoich codziennych działaniach na dużo wyższym poziomie – mówi Marcin Gajdziński, dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie.

– Kwestia migracji systemów centralnych do usług chmurowych odbędzie się w perspektywie kilku najbliższych lat. Widzimy tu długo oczekiwaną eksplozję, również na rynku polskim, projektów najpierw małych, za chwilę coraz większych w obszarze chmurowym. To, co ważne, to fakt, że polski sektor bankowy coraz odważniej wkracza w ten obszar i to jest prawidłowy trend, mocno już widoczny wśród liczących się podmiotów z sektora finansowego na świecie. Jeśli chcemy utrzymać wiodącą pozycję krajowego sektora bankowego, stale rozwijającego się pod kątem innowacji, to trzeba dotrzymywać tempa najbardziej zaawansowanym technologicznie instytucjom finansowym, równocześnie z zachowaniem najwyższych standardów w dziedzinie bezpieczeństwa migracji i zarządzania danymi w chmurze – podkreśla Bartłomiej Nocoń, dyrektor w Związku Banków Polskich w Warszawie, członek zarządu Europejskiej Rady ds. Płatności (EPC) w Brukseli.

Działające w Polsce banki od wielu lat są w czołówce cyfrowych zmian, m.in. w udostępnianiu kanałów cyfrowych swoim klientom. Raport Deloitte’a „Digital Banking Maturity 2022”, obejmujący 304 banki z 41 krajów, wskazuje, że stopień cyfryzacji krajowego sektora przekracza średnią światową. Aż sześć banków z Polski znalazło się w elitarnym gronie 30 cyfrowych liderów wyznaczających kierunki digitalizacji sektora bankowego.

– Obszarami, na których skupiają się w tym momencie banki, są przede wszystkim chmura, dodatkowo Big Data i sztuczna inteligencja. Nie mówię tutaj o sztucznej inteligencji i machine learning używanych tylko do analizy danych, ale także do innych celów, jak czatboty i dużo bardziej zaawansowane procesy – mówi Ewa Baranowska, dyrektor rozwoju oprogramowania dla klientów korporacyjnych w HSBC.

 – Najważniejsze, także w kontekście chmury, jest myślenie o kliencie końcowym, aby oferować mu produkty nowe lub w nieco inny sposób. Wykorzystując komponenty open bankingu, już teraz jesteśmy w stanie konsumenta, który nie jest naszym klientem, zaopatrzyć w kredyt ratalny, bez konieczności pojawiania się w placówce banku. Nadal jednak upraszczamy ten proces i wprowadzamy technologie chmurowe, by ułatwić klientowi złożenie podpisu pod umową. Połączenie open bankingu i technologii chmurowych będzie na pewno wpływało na pojawianie się kolejnych usprawnień w kooperacji klienta z bankiem – zaznacza Małgorzata Dąbrowska, open banking tribe leader, BNP Paribas Bank Polska.

W ubiegłorocznym raporcie McKinsey & Company „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce” wskazano, że wdrożenie chmury w polskich firmach i instytucjach publicznych może przynieść gospodarce dodatkowo 121 mld zł w 2030 roku. To dodatkowe 4 proc. PKB. To nie tylko wartość innowacji i nowych technologii przyszłości, które mogłyby powstać dzięki chmurze, ale także nowo powstałych przedsiębiorstw cyfrowych.

Jak wynika z  ostatnich prognoz IDC, mimo niesprzyjających warunków makroekonomicznych europejskie firmy utrzymają inwestycje w oprogramowanie i sprzęt na stabilnym poziomie. W tym roku wydatki związane z chmurą stanowią prawie jedną trzecią łącznych wydatków na technologię, a ich udział będzie rósł w ciągu najbliższych pięciu lat. Technologie chmurowe stały się kluczowe dla zwiększania odporności przedsiębiorstw na różnego typu zawirowania.

– Strategia IBM w zakresie technologii chmurowych opiera się na koncepcji chmury hybrydowej, której architektura zakłada połączenie chmury publicznej lub prywatnej z własnymi zasobami infrastrukturalnymi. Uważamy, że daje to olbrzymią elastyczność w dysponowaniu zasobami, czyli z jednej strony korzystam z infrastruktury własnej, to znaczy wykorzystuję zrealizowane już inwestycje, z drugiej strony w pewnych zastosowaniach, w pewnych obszarach korzystam z chmury publicznej lub chmury prywatnej – wyjaśnia Marcin Gajdziński. – Chmura hybrydowa jest jednym z trzech fundamentów strategii technologicznej IBM w Polsce i na świecie. Drugim elementem jest sztuczna inteligencja i wreszcie ostatnim, ale nie najmniej istotnym cyberbezpieczeństwo.

Rozwiązania hybrydowe pozwalają z jednej strony na szybsze wdrażanie nowych pomysłów, z drugiej na zapewnienie większej stabilności pracy i bezpieczeństwa danych. Chmura hybrydowa sprawdza się na przykład wtedy, kiedy następuje nawet przejściowa utrata dostępu do chmury publicznej. Wtedy usługa udostępniana jest z chmury prywatnej, a klient nie odczuwa tej zmiany.

– Kolejnym atutem jest dostępność podstawy systemów biznesowych lub aplikacji dla klienta końcowego wprost z chmury prywatnej. Chmura publiczna jest natomiast bardzo przydatna w sytuacji większego obciążenia infrastruktury. Można ją wtedy z powodzeniem wykorzystywać do zwiększania skali dostępnej mocy obliczeniowej. Potrzeby sektora bankowego w tym zakresie są coraz większe. Nasi klienci oczekują dostępności najnowszych rozwiązań, a my im je dostarczamy, co jednak wymaga dostępu do odpowiedniej infrastruktury chmurowej – wyjaśnia Jacek Cholc, dyrektor Pionu Eksploatacji i Infrastruktury PKO Banku Polskiego.

– Dynamika zmian, nowe typy usług, nowe oferty wprowadzane przez banki wymagają nowoczesnego podejścia również do zarządzania infrastrukturą. Stąd chmura jest niejako naturalnym komponentem cyfrowej transformacji banków. Po okresie pandemicznym wzrost zainteresowania korzystaniem z tzw. mobile bankingu w zależności od metryk szacuje się od 20 do nawet 50 proc. Innymi słowy do 50 proc. więcej klientów nowoczesnych banków oczekuje komunikacji, załatwienia większości spraw w relacji z bankiem poprzez kanał mobilny. Nowocześni klienci oczekują, że portfel usług świadczonych z wykorzystaniem kanału mobilnego będzie coraz szerszy i obejmie, poza operacjami na rachunkach, również inne czynności, w tym dostęp z poziomu aplikacji bankowej do usług zewnętrznych takich jak: prąd, gaz, usługi telekomunikacyjne lub na przykład wysłanie przesyłki – dodaje Marcin Gajdziński.

To właśnie w pracach nad takimi rozwiązaniami bankom pomagają fintechy, czyli młode spółki technologiczne wyspecjalizowane w produktach i usługach dla sektora finansowego. Według Allied Market Research światowy rynek fintechów w 2020 roku osiągnął wyceny na poziomie ponad 110 mld dol. Do 2030 roku jego obroty osiągną pułap ponad sześciokrotnie wyższy: niemal 700 mld dol. Rozwiązania mobilne czy chmurowe nie są już tworzone bezpośrednio przez wdrażające je banki, ale projektowane na ich zlecenie właśnie przez fintechy.

– Start-upy przynoszą nam bardzo unikatowe produkty bądź serwisy, mogą też do nas przychodzić z unikalnymi rozwiązaniami dla produktów już istniejących. Trzecią kategorią korzyści, które my jako banki możemy wynieść od start-upów, to jest wpływ na efektywność tradycyjnych procesów finansowych. Jeżeli mówimy tutaj o bardziej zaawansowanych fintechach, musimy wspomnieć też o klientach, którzy podążają za takimi firmami. A piątą korzyścią na pewno będzie sposób pracy. My jako tradycyjny bank, patrząc na sposób pracy fintechów, zaczynamy pracować w ten sam sposób – przyznaje Ewa Baranowska. – Jeżeli chodzi o budowanie ekosystemów innowacji, zazwyczaj przyjmuje się, że to jest relacja bank – fintech, ale nie możemy zapominać, że w skład bardzo często wchodzą firmy technologiczne już o ugruntowanej pozycji rynkowej i różnego rodzaju instytuty badawcze.

Innowacyjne rozwiązania dla klientów bankowych tworzą też firmy o ugruntowanej pozycji w branży informatycznej. IBM ma na swoim koncie wdrożenia m.in. dla CaixaBanku, State Bank of India czy Royal Bank of Scotland. W pierwszym przypadku chodziło o wielokanałowe rozwiązanie, usprawniające obsługę klienta w centrum zgłoszeniowym, w drugim o inteligentną platformę do obsługi klientów, a w trzecim – o system usprawniający i automatyzujący proces udzielania kredytów hipotecznych.

– Staramy się aktywnie uczestniczyć we współpracy między bankiem a fintechem czy bankiem a uczelnią. Jako partner technologiczny, wykorzystując nasze własne zasoby serwisowe, staramy się włączać w przygotowywanie nowych usług oferowanych przez banki dla ich klientów. Nasza organizacja IBM Client Engineering Team, czyli zespół, który dedykujemy do współpracy m.in. z bankami, to swego rodzaju IBM-owski fintech. Zespół z bankiem definiuje zakres nowych usług, a następnie wykorzystując technologię i rozwiązania IBM, przygotowuje prototyp rozwiązania do wdrożenia przez bank – wyjaśnia dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie. – To jest absolutne novum. Zespół został w Polsce uruchomiony z początkiem tego roku i cieszy się dużym zainteresowaniem.

Według Grand View Research rynek rozwiązań chmurowych dla sektora finansowego był w 2021 roku wyceniany na niemal 20 mld dol. Do 2030 roku przychody wzrosną pięciokrotnie i przekroczą poziom 105 mld dol.

Niesprzyjające otoczenie, na które składają się wojna w Ukrainie, nadchodzące spowolnienie światowej gospodarki i rosnące koszty działalności, może zniechęcać przedsiębiorców do inwestycji i ekspansji zagranicznej. Polskie firmy już niejednokrotnie pokazały jednak, że każdy kryzys potrafią wykorzystać do rozwoju. W tym przypadku szansą mogą być zakłócenia w łańcuchach dostaw, potrzeba zastąpienia produktów ze wschodniej Azji czy konieczność transformacji energetycznej. Kluczowe dla powodzenia planów inwestycyjnych polskich firm są jednak narzędzia, które ograniczą ryzyko podejmowanych przedsięwzięć. Jednym z takich rozwiązań są gwarantowane przez KUKE bankowe kredyty na inwestycje dla eksporterów. Tego typu finansowania będą mogły teraz udzielać banki ING w Polsce i w Niemczech.

Firmy potrzebują dzisiaj wsparcia od swoich partnerów bankowych w zapewnianiu bezpieczeństwa funkcjonowania w świecie, który z jednej strony jest nieprzewidywalny, a z drugiej strony oferuje również nowe możliwości rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Mrożek, wiceprezes odpowiedzialny za pion klientów strategicznych w ING Banku Śląskim SA. – Dla polskich przedsiębiorstw szansą są chociażby zawirowania dotyczące łańcuchów dostaw, co stwarza możliwości wejścia na rynek, pozyskania nowych odbiorców czy dostawców.

Od ubiegłego roku KUKE oferuje różne rodzaje ubezpieczeń i gwarancji, w tym gwarancji spłaty kredytu udzielonego na przeprowadzenie krajowych inwestycji generujących eksport. Do grona banków korzystających z gwarancji KUKE dołączyły właśnie ING Bank Śląski SA i ING w Niemczech.

– Takie struktury jak ta zawarta w umowie podpisanej z KUKE są bardzo pomocne, bo umożliwiają efektywne zarządzanie ryzykiem podejmowania decyzji inwestycyjnych w kontekście eksportowym – mówi Michał Mrożek.

– Narzędzia wsparcia biznesu, różnego rodzaju gwarancje, których za pomocą takich agencji jak KUKE Skarb Państwa udziela sektorowi i docelowo przedsiębiorcom, powodują, że ich rozwój jest zrównoważony, nie ma przerw w rozwoju – wyjaśnia Janusz Władyczak, prezes KUKE. – Koniunktura czasami mocno wpływa na to, czy dany sektor jest finansowany, natomiast w tym przypadku „wygładzamy” cykl koniunkturalny, a jednocześnie zachęcamy przedsiębiorców do inwestowania zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Zgodnie z podpisaną właśnie umową KUKE będzie gwarantować spłatę kredytów udzielonych przez oba banki na projekty inwestycyjne realizowane przez eksporterów lub spółki dopiero planujące sprzedaż na rynkach zagranicznych. Gwarancja KUKE służy jako zabezpieczenie kredytu pokrywające do 80 proc. jego wartości. Minimalna kwota kredytu wynosi 5 mln zł i musi zostać spłacona w ciągu maksymalnie 14 lat. Ponadto gwarancje KUKE mogą obejmować projekty inwestycyjne realizowane przez spółki, które w okresie trzech lat uzyskiwały co najmniej 20 proc. przychodów z eksportu lub zamierzają dzięki inwestycji osiągnąć taki poziom. Istnieje także możliwość udzielenia takiej gwarancji na finansowanie już rozpoczętych projektów. Instrument ten jest już wykorzystywany na polskim rynku na potrzeby finansowania pozyskanego na przykład przez producentów z branży motoryzacyjnej i stalowej.

Dzięki tej współpracy będziemy w stanie bardziej efektywnie podejmować decyzje, mam na myśli zarówno czas, jak i otwartość na okres oraz koszt finansowania – mówi  ekspert. – W pierwszej kolejności upatrywałbym możliwość bardziej efektywnego wsparcia polskich przedsiębiorstw w ich ekspansji międzynarodowej, która początkowo na ogół przyjmuje formę eksportu, a potem również inwestycji. Ciekawym elementem w strukturze tych gwarancji jest ich długi okres finansowania – 14 lat. To jest na pewno ważny element w walce o rynek.

Sygnatariusze umowy podkreślają, że sytuacja, w której zmieniają się warunki prowadzenia biznesu, jest zarówno zagrożeniem, jak i szansą, a jak wynika z historii, polscy przedsiębiorcy potrafią takie okazje wykorzystywać. Hitami eksportowymi z Polski stały się dzięki temu m.in. sprzęt AGD, samochody i części samochodowe, wagony, baterie do samochodów elektrycznych, stolarka otworowa czy meble. Z raportu przygotowanego przez KUKE we współpracy z ośrodkiem analitycznym SpotData wynika, że w ciągu ostatnich 30 lat polski eksport zwiększył się 25-krotnie, a rocznie średnio rósł w tym czasie pod względem wartości wyrażonej w dolarach o niemal 12 proc.

– Mamy mnóstwo cech, które jesteśmy w stanie bardzo pozytywnie przekuć na sukces, nadal mamy koszty pracy niższe niż w Europie Zachodniej, ceny energii porównywalne bądź czasami nawet niższe. Ale też mamy takie cechy charakteru, które pozwalają nam na nadganianie tego dystansu. W związku z czym wydaje się, że mamy dużą szansę na to, żeby taką sytuację podbramkową przekuć na swój sukces – ocenia Janusz Władyczak.

Eksporterzy znad Wisły szukają także odbiorców na nowych rynkach, choć dominującym partnerem handlowym wciąż pozostają Niemcy: w pierwszym półroczu br. odpowiadały za 27,6 proc. eksportu i 20,7 proc. importu. Podpisana umowa umożliwi nie tylko rozbudowę mocy eksportowych polskim firmom, ale też umożliwi pozyskanie większego finansowania niemieckim przedsiębiorstwom chcącym inwestować nad Wisłą. Zapewni im to niemiecka gałąź Grupy ING.

 Rozwiązanie to z jednej strony pomoże polskim eksporterom w otrzymywaniu wsparcia finansowego, a także w finansowaniu i ubezpieczaniu transakcji zagranicznych. Z drugiej strony podmioty oczekujące na możliwość finansowania długoterminowego działalności w Polsce mogą uzyskać ubezpieczenie i wsparcie finansowe od KUKE – tłumaczy Eddy Henning, członek zarządu ING w Niemczech. – Żyjemy we wspólnej Europie, mamy banki europejskie, takie jak ING, i duże gospodarki odgrywające istotną rolę, takie jak Polska. Dotychczas nie mieliśmy jednak odpowiednich ram działania. To dość dziwne, że zmiana następuje tak późno. Podejmujemy więc kroki konieczne do wspólnego rozwoju dla przyszłości i bardzo się cieszę, że nareszcie uzupełniamy tę lukę. 

Ostatnie siedem lat przyniosło znaczące przyspieszenie wzrostu dochodów z tytułu CIT – wynika z raportu Polityki Insight. Choć podatek ten odpowiada za niecałe 6 proc. wpływów do budżetu państwa, to już na poziomie samorządów jego udział może sięgać nawet 50 proc. To dlatego tak istotne są działania, które ograniczają agresywną optymalizację podatkową, czyli chociażby możliwość uciekania z zyskami do rajów podatkowych. W czołówce największych rzetelnych płatników CIT ostatniej dekady najwięcej jest banków, ale znalazły się w niej także firmy z branży handlowej, telekomunikacyjnej, tytoniowej czy energetycznej.

– Część firm, zwłaszcza międzynarodowe korporacje, decyduje się na coś, co my, ekonomiści, nazywamy optymalizacją podatkową, czyli takie księgowanie przychodów i kosztów, żeby ograniczać dochody podlegające opodatkowaniu w krajach, gdzie stawki podatku są wysokie, i niejako przepychać te dochody do krajów, gdzie stawki opodatkowania są stosunkowo niskie. Takimi krajami są np. Luksemburg, Cypr, a także inne raje podatkowe znajdujące się poza Unią Europejską – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Adam Czerniak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, główny ekonomista Polityki Insight.

Jak wskazuje współautor raportu „Liderzy CIT. Jak polskie firmy płacą podatki”, luka CIT w Polsce w 2018 roku wynosiła według różnych badań między 6 a 22 mld zł. To orientacyjna wartość należnego państwu podatku CIT, który nie trafił do budżetu ze względu na agresywną optymalizację podatkową lub ukrywanie dochodów. Jeśli te szacunki okazałyby się być bliżej górnych widełek, znaczyłoby to, że luka może wynosić niemal połowę wszystkich dochodów z podatku od osób prawnych. W 2020 roku wpływy te wyniosły 52,9 mld zł. To ponad trzykrotnie mniej niż z VAT i ponad dwukrotnie mniej niż z PIT. Za blisko dwie trzecie tej kwoty odpowiadają najwięksi podatnicy (z przychodami przekraczającymi kwotę 50 mln euro). To łącznie grupa 2,6 tys. przedsiębiorców.

– Rząd ma szereg narzędzi, które mogą pomóc w obniżaniu optymalizacji podatkowej i zachęcaniu do rzetelnego płacenia podatku CIT. Można je podzielić na narzędzia kija i marchewki – mówi dr Adam Czerniak. – Po stronie marchewki mamy takie działania jak ujawnianie dochodów podatkowych z tytułu CIT od największych firm. Dzięki temu każdy podatnik i każdy obywatel może się zapoznać z informacją, która firma płaci rzetelnie CIT, a która nie, jak kształtują się dochody państwa z tytułu płaconych przez nie podatków. Dzięki temu firmy mają zachętę do tego, żeby być rzetelnymi płatnikami i żeby pokazywać na tle swojej branży, jak płacą podatki w Polsce.

Z zestawienia przygotowanego przez Politykę Insight wynika, że najwyższe podatki CIT płacą instytucje finansowe. Na 13 podmiotów, które w latach 2012–2020 przekazały do budżetu państwa ponad 1 mld zł podatku, siedem to banki działające w Polsce. W pierwszej trójce są Bank Pekao, Santander Bank Polska i ING Bank Śląski (odpowiednio 6,1 mld, 5,2 mld, 4,3 mld zł). W dalszej kolejności znalazły się także Alior Bank, Bank Handlowy w Warszawie, Santander Consumer Bank oraz BNP Paribas Bank Polska.

Z kolei najliczniejszą grupą wśród największych płatników CIT (2,6 tys. podmiotów) są firmy z branży handlu detalicznego i hurtowego. W pierwszej trzynastce znalazły się Jeronimo Martins Polska i Rossmann Supermarkety Drogeryjne Polska (odpowiednio 3,9 mld oraz 1,6 mld zł). Pozostałe podmioty w rankingu to PKN Orlen (3,4 mld zł), Polskie Sieci Elektroenergetyczne (1,5 mld zł), Philip Morris Polska Distribution (1,3 mld zł, co stanowi 75 proc. CIT zapłaconego przez wszystkie podmioty z branży tytoniowej porównywane w raporcie) czy P4, czyli właściciel sieci komórkowej Play (1 mld zł).

– Po stronie kija mamy szereg działań zbierających informacje dotyczące firm i badających, czy raportowane przez nie dochody odpowiadają generowanym w danym kraju przychodom, czy nie następują jakieś transakcje finansowe polegające na eksportowaniu zysków za granicę po to, żeby je opodatkować w rajach podatkowych – wyjaśnia ekonomista.

Jak podkreśla, na optymalizacjach podatkowych traci budżet państwa, a co za tym idzie, cierpi też kasa samorządów. W 2020 roku z tytułu CIT trafiło do niej łącznie 11,4 mld zł, co stanowiło 10,9 proc. całości ich dochodów budżetowych.

– CIT stanowi niewiele, bo 6 proc. dochodów finansowych państwa. Natomiast w przypadku niektórych samorządów, które także otrzymują swoją część podatku CIT, może on stanowić ponad 50 proc. Dzieje się tak wtedy, kiedy w danym samorządzie mamy ulokowane duże przedsiębiorstwo płacące wysoki podatek – mówi dr Adam Czerniak.

To dlatego również gminom zależy na ukróceniu możliwości agresywnej optymalizacji podatkowej. Jak wyjaśnia ekspert, to zjawisko na dłuższą metę szkodzi wszystkim – mniejsze dochody budżetowe z tytułu podatku CIT oznaczają mniej pieniędzy na infrastrukturę, inwestycje czy obronność. W ostatnich kilku latach do państwowej i samorządowej kasy wpływa jednak coraz więcej podatku od osób prawnych.

Pomiędzy 2005 a 2014–2015 rokiem dochody z podatku CIT od firm były w miarę na stabilnym poziomie [25–35 mld zł rocznie – red.]. Potem zaczęły rosnąć, dlatego że mieliśmy do czynienia z uszczelnieniem systemu podatkowego przez państwo – mówi główny ekonomista Polityki Insight. – Działania obecnego rządu i te zapoczątkowane przez poprzedni rząd, bo jeszcze w 2015 roku zostało wprowadzonych kilka zmian mających na celu uszczelnianie systemu podatkowego, faktycznie przełożyły się na wzrost spłacalności podatku CIT. Więcej firm płaci rzetelnie ten podatek, mniej firm decyduje się na agresywną optymalizację podatkową. Szereg furtek, które umożliwiały taką optymalizację, zostało zamkniętych, a to przekłada się na wzrost dochodów z podatku CIT.

Jak podkreślono w raporcie, testem dla długookresowej skuteczności tych rozwiązań będą najbliższe lata spowolnienia gospodarczego i wysokiej inflacji, która może zachęcać przedsiębiorców do szukania oszczędności poprzez optymalizację podatkową.

Z najnowszej projekcji NBP wynika, że z dwucyfrową inflacją będziemy się borykać jeszcze w tym i kolejnym roku, a pod koniec 2024 roku zbliżymy się do pasma dopuszczalnych wahań celu inflacyjnego. Jak podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, nie jest pewne, czy uda się tak szybko ten poziom osiągnąć, ale obecną politykę Rady Polityki Pieniężnej uważa za o wiele bardziej realistyczną, niż była przez większość ubiegłego roku. Podwyżki stóp nie są jedynym dostępnym jej narzędziem.

 Inflacja będzie nadal wysoka w drugiej połowie tego roku i w przyszłym roku. Zmiana ma nastąpić dopiero w 2024 roku. Pod tym względem mamy różnicę między NBP a założeniami budżetowymi Ministerstwa Finansów, które zostały zbudowane w oparciu o ocenę z wiosny tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów. – NBP przewiduje silny spadek inflacji w roku 2024 do poziomu niewiele odbiegającego od celu inflacyjnego, ale zakłada kontynuację wysokiej, dwucyfrowej inflacji nie tylko w tym roku, ale także w roku przyszłym, dlatego że podniesienie stóp procentowych, jakie miało miejsce ostatnio, oddziałuje ograniczająco na inflację po trzech–czterech kwartałach.

W lipcowym „Raporcie o inflacji” NBP w górę zrewidował prognozy inflacji, a w dół – wzrostu PKB. Jeszcze w marcu Departament Analiz i Badań Ekonomicznych zakładał, że w 2022 roku inflacja średnio wyniesie 10,8 proc.; obecnie prognoza wzrosła do 14,2 proc. W 2023 roku ma ona wynieść 12,3 proc. zamiast wcześniej przewidywanych 9 proc. (założenia do ustawy budżetowej na 2023 rok, przyjęte niedawno, bo 15 czerwca, zakładają średnią inflację rzędu 7,8 proc.). Za to zgodnie z najnowszą projekcją NBP w 2024 roku inflacja będzie minimalnie niższa, niż wcześniej sądzono, i wyniesie 4,1 proc. zamiast 4,2 proc.

W rozbiciu na kwartały oznacza to, że szczyt przypadnie na I kwartał 2023 roku (centralna ścieżka 18,8 proc.), a w ostatnim kwartale 2024 roku wyhamuje do 3,5 proc., czyli dotknie górnej granicy pasma dopuszczalnych wahań od celu inflacyjnego.

Mam wątpliwości, czy rzeczywiście dojdzie do takiego gwałtownego spadku inflacji, jaki NBP przewiduje w roku 2024, ale jeśli chodzi o te najbliższe półtora roku, to prognoza NBP jest z grubsza zbieżna z prognozami ekonomistów, moimi również – mówi prof. Stanisław Gomułka. – Prezes Glapiński w ostatnim wystąpieniu publicznym bardzo podkreślał, że podstawowym konstytucyjnym celem NBP jest utrzymanie inflacji na poziomie około 2,5 proc. plus minus 1. Jesteśmy daleko od tego celu i Rada Polityki Pieniężnej jak gdyby zobowiązała się, również podkreślając to przy okazji swoich decyzji podnoszenia stóp procentowych, że zamierza ten cel konstytucyjny zrealizować.

Rada Polityki Pieniężnej prowadzi cykl podwyżek stóp procentowych od października 2021 roku. Było ich do tej pory 10, a stopa referencyjna wzrosła już z 0,1 proc. do 6,5 proc. Nie jest wykluczone, że będą kolejne, bo w razie, gdyby przyszłe odczyty inflacji zaskoczyły wysokością, szef NBP zapowiedział dalszą walkę ze wzrostem cen. Możliwe jednak, że Rada poczeka na skutki dotychczasowych podwyżek, gdyż rynek reaguje na nie z opóźnieniem minimum dwóch kwartałów, ale czasem skutki mogą być widoczne po dwóch latach. Z tego powodu, zdaniem dużej części ekonomistów, Rada zwlekała z podnoszeniem kosztu pieniądza zbyt długo.

– Zmiany w Radzie Polityki Pieniężnej oraz silny wzrost inflacji zmusiły i prezesa, i Radę do dosyć drastycznej zmiany stanowiska, do bycia bardziej realistycznym w tych sprawach – ocenia były wiceminister finansów.

Najbardziej inflacjogenne okazały się wzrosty cen surowców energetycznych, a także silny wzrost płac, jednostkowych kosztów produkcji oraz osłabienie złotego. Rząd zapowiada zresztą dalszy silny wzrost cen energii elektrycznej w najbliższych miesiącach. Problemem było też wspieranie konsumpcji przez rząd poprzez transfery socjalne. W ocenie prof. Stanisława Gomułki do tej pory nie było dobrej współpracy przy programie antyinflacyjnym między rządem a Narodowym Bankiem Polskim.

 Na początku problem był raczej po stronie NBP niż rządu, ale doszło do bardzo istotnej zmiany na korzyść realizmu ze strony NBP w ostatnich dwóch kwartałach i teraz jest pytanie, co zrobi rząd. Zapowiada już możliwość podwyższenia podatku od zysków dla przedsiębiorstw energetycznych, tzn. gazowych i produkujących energię elektryczną, to jest jedna z możliwości – wskazuje ekonomista. 

Jak dodaje, także NBP ma inne możliwości obniżania presji inflacyjnej.

– Przykładowo wydanie i sprzedaż wysoko oprocentowanych bonów NBP, o tym mówił np. były członek Rady Polityki Pieniężnej Bogusław Grabowski. To zmniejszyłoby nadpłynność w sektorze bankowym i w związku z tym presję inflacyjną od strony popytu. Nie jest pewne, co zrobi NBP w tej sprawie, i w związku z tym w tej chwili trudno przesądzać, czy to zbliżenie do celu inflacyjnego NBP zapowiadane przez prezesa na rok 2024 będzie możliwe. Nie jest wykluczone, że to się przesunie o dalszy rok czy dwa – mówi prof. Stanisław Gomułka.

W ubiegłym tygodniu sejmowa Komisja Finansów Publicznych pozytywnie zaopiniowała kandydaturę prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję w fotelu prezesa Narodowego Banku Polskiego. – Jego wybór powinien być dość szybki. Przeciąganie tego procesu zbyt długo oznaczałoby, że są jakieś problemy, napięcia, nie ma konsensu co do tej kandydatury, że nie wiadomo, co może się zdarzyć – wskazuje dr hab. Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert podkreśla, że za przedłużeniem kadencji obecnego szefa NBP przemawia m.in. konieczność uspokojenia sytuacji polityczno-ekonomicznej w obliczu wojny w Ukrainie, a im szybciej to się stanie, tym efekty będą szybsze i silniejsze. Dla samego Glapińskiego będzie to z kolei możliwość sprowadzenia inflacji w granice celu.

 Ponowny wybór Adama Glapińskiego na prezesa NBP jest ruchem stabilizującym polską gospodarkę – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bartłomiej Biskup z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Ten proces wyboru powinien być dość szybki. To jest ważne, ponieważ w czasie wojny w polityce pieniężnej czy ekonomicznej takie ruchy stabilizujące są bardzo cenne.

Obecna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku prezesa NBP upływa w czerwcu tego roku. Jednak prezydent Andrzej Duda już w styczniu br. zawnioskował o powołanie go w tej roli na drugą kadencję, a wniosek w tej sprawie trafił do Sejmu. To, czy prof. Adam Glapiński pozostanie na stanowisku szefa banku centralnego do 2028 roku, zależy teraz od sejmowej większości. Głosowanie w tej sprawie poprzedza opinia sejmowej Komisji Finansów Publicznych – w środę, 13 kwietnia br. udzieliła ona pozytywnej rekomendacji. Za tą kandydaturą było 27 posłów, przeciw – 26.

Podczas drugiej kadencji polityka prowadzona przez prof. Glapińskiego będzie zapewne kontynuowana, oczywiście z pewnymi zmianami wymuszonymi czynnikami zewnętrznymi, takimi jak wzrost cen surowców, na które Narodowy Bank Polski musi reagować – mówi ekspert. – Mimo to wiadomo już jednak, czego się spodziewać. Odpadnie niepewność związana z tym, że pojawi się ktoś inny, kto będzie mieć inne pomysły na gospodarkę. W przypadku prof. Glapińskiego zaletą jest też to, że jego współpraca z rządem jest już wieloletnia i nie widać tam specjalnych konfliktów.

Podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia sejmowej Komisji Finansów Publicznych prof. Adam Glapiński wziął udział w debacie, odpowiadając na pytania posłów. Prezes NBP wskazał, że priorytetem jego drugiej kadencji będzie sprowadzenie inflacji w granice celu, czyli poziomu 2,5 proc. z możliwością odchylenia o 1 punkt procentowy w górę lub w dół.

Głównym wyzwaniem najbliższej kadencji będzie z pewnością niestabilna sytuacja zewnętrzna i sytuacja na rynku surowców. Mowa tu o wojnie w Ukrainie, która wpłynie na politykę monetarną i w ogóle na całą ekonomię Europy i świata. To będzie wyzwaniem – mówi ekspert Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Bezpośrednim jego skutkiem, widocznym dla nas, jest oczywiście inflacja. Pytanie, jak zadziałają ostatnie podwyżki stóp, czy będą w stanie trochę ją zmniejszyć. Nie oczekiwałbym tu jednak szybkiego spadku i zejścia do 2–3 proc., ponieważ w krajach o dynamicznie rosnącym PKB – a takim jest Polska, ale też kraje bałtyckie i cały region Europy Środkowo-Wschodniej, inflacja zawsze będzie trochę wyższa niż w krajach, które rozwijają się wolniej.

Ekspert wskazuje, że średnia inflacja CPI w czasie kadencji prof. Adama Glapińskiego wyniosła 2,9 proc. i była zgodna ze średniookresowym celem NBP. Jednak od ubiegłego roku stale rośnie, a w marcu – według pełnych danych GUS – osiągnęła dwucyfrowy poziom 11 proc. r/r. To oznacza, że wzrost cen jest obecnie największy od prawie 22 lat. Wśród przyczyn takiej sytuacji ekonomiści zaliczają m.in. pandemiczne zaburzenia produkcji, bardzo silny wzrost cen surowców energetycznych i skutki rosyjskiej agresji przeciw Ukrainie. To problem nie tylko Polski, ale i wielu innych gospodarek Europy. W marcu br. inflacja w całej strefie euro wyniosła 7,5 proc., co oznacza, że była najwyższa w historii.

Podstawowym narzędziem walki z rosnącymi cenami są stopy procentowe, dlatego NBP rozpoczął jesienią ub.r. cykl podwyżek i proces zacieśniania polityki pieniężnej. 6 kwietnia br. Rada Polityki Pieniężnej po raz siódmy z rzędu podniosła stopy o 100 pb., w wyniku czego główna stopa referencyjna NBP wynosi w tej chwili 4,5 proc. Część ekonomistów ocenia, że bank centralny spóźnił się z reakcją, a podnoszenie stóp procentowych należało zacząć co najmniej o kilka miesięcy wcześniej.

Dzisiejsza polityka stóp procentowych jest zupełnie inna niż przez większość kadencji prezesa Glapińskiego, ponieważ teraz ona musi być dostosowana do wyzwań ostatniego roku – wskazuje dr hab. Bartłomiej Biskup. – Pierwsza kadencja prof. Glapińskiego była zróżnicowana – jej pierwsza część przypadała w spokojnych czasach dobrej koniunktury, natomiast jej końcówka przypadła już na czas pandemii i wojny, więc pojawiły się różne wyzwania. I można powiedzieć, że prof. Glapiński prowadził politykę dostosowaną do tych wyzwań. Całościowa ocena będzie uzasadniona pewnie dopiero za kilka lat, ale wskaźniki, którymi kierują się międzynarodowe instytucje finansowe, są dobre.

Podczas posiedzenia sejmowej komisji jako plus pierwszej kadencji obecnego szefa NBP wskazano utrzymujący się od kilku lat wysoki wzrost gospodarczy przy znikomym bezrobociu i utrzymującym się wzroście wynagrodzeń. W trakcie prezesury Adama Glapińskiego PKB w Polsce wzrósł o 23 proc., chociaż w tym czasie polska gospodarka mierzyła się m.in. z pandemicznym kryzysem. W tym samym czasie PKB w strefie euro wzrósł o 7 proc. NBP w odpowiedzi na zahamowanie ekonomiczne na skutek pandemii m.in. obniżył stopy procentowe i rozpoczął skup aktywów, co umożliwiło działania fiskalne wspierające gospodarkę, zapewniając jednocześnie niski koszt tych działań dla podatników. W IV kwartale ub.r. PKB w Polsce był o 4,9 proc. wyższy niż przed pandemią, podczas gdy wiele gospodarek (np. Niemcy, Włochy, Hiszpania, Czechy) nie osiągnęło jeszcze przedpandemicznego poziomu PKB.

– Po pierwszej kadencji prof. Glapińskiego mamy zwiększone rezerwy walutowe, rezerwy złota, zmniejszenie długu w stosunku do PKB i zadłużenia w ogóle – wymienia ekspert UW.

W ostatnich pięciu latach bank centralny zwiększył poziom rezerw walutowych o 55,8 mld dol. (na koniec 2021 roku osiągnęły równowartość 166 mld dol.), wzmacniając tym samym polskie bezpieczeństwo finansowe. NBP istotnie zwiększył także zasób złota, co przyczynia się do obniżenia ryzyka finansowego. W latach 2018–2019 zakupił 125 t złota, zwiększając zasób kruszcu do około 230 t. Jednocześnie w latach 2016–2021 relacja kredytu do PKB spadła do ok. 46 proc. (wobec ok. 53 proc. na koniec 2015 roku). Polska ograniczyła też zależność finansową od zagranicy, bo zadłużenie zagraniczne spadło z 75,7 proc. PKB w II kwartale 2016 roku do 56,6 proc. PKB w roku ubiegłym.

Prof. Adam Glapiński został powołany na stanowisko prezesa NBP 10 czerwca 2016 roku. Objął urząd 21 czerwca. Prezes NBP jest powoływany i odwoływany przez Sejm na wniosek Prezydenta RP na sześcioletnią kadencję. Ta sama osoba nie może jednak pełnić funkcji szefa NBP dłużej niż przez dwie kolejne kadencje. Ewentualny wybór prof. Adama Glapińskiego na to stanowisko będzie więc oznaczać, że pokieruje on bankiem centralnym do 2028 roku i będzie to jego ostatnia kadencja w tej roli.