Pandemia pokazała, że polski sektor finansowy – choć sam w sobie jest postrzegany jako bardzo innowacyjny – wciąż planuje kolejne inwestycje w obszarze technologii. W horyzoncie czasowym 2021–2024 za największe wyzwania technologiczne dla branży uznawane są m.in. personalizacja usług, kwestie regulacyjne czy rozwiązania chmurowe. Co ciekawe, w konsekwencji pandemii COVID-19, skutkującej przyspieszeniem procesów digitalizacji we wszystkich branżach, banki zaczęły zaliczać do tych wyzwań także nową organizację pracy i aspekty kadrowe, a zwłaszcza pozyskanie wykwalifikowanych pracowników IT. Takie konkluzje przyniosło badanie przeprowadzone przez KIR i Accenture wśród CIO dziewięciu kluczowych banków na polskim rynku. Eksperci podkreślają też, że kondycja sektora finansowego i jego innowacyjność będą odgrywać znaczącą rolę w budowaniu konkurencyjności polskiej gospodarki po pandemii.

– Polska pod względem innowacyjności zajmuje jedno z końcowych miejsc wśród krajów rozwiniętych i to jest niezmiernie istotne. Podobnie jak to, że źle wyglądają pod tym względem nasze mikro- i małe przedsiębiorstwa, które odgrywają w gospodarce ważną rolę. Dlatego w strategiach – zarówno państwa, jak i instytucji finansowych – muszą być zaprogramowane rozwiązania o charakterze ekonomicznym i prawnym, które będą sprzyjać innowacyjności. Pewne kroki w tym zakresie już zostały zrobione, ale nie są to jeszcze kroki wystarczające – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego kraje rozwinięte gospodarczo, do których zalicza się też Polska, relatywnie szybko powrócą do wzrostowego trendu sprzed pandemii. Potwierdza to wzrostowa tendencja PKB, który w II kwartale br. wzrósł realnie o rekordowe 11,1 proc. r/r. W porównaniu z ubiegłym rokiem silnie odbiła wymiana handlowa i konsumpcja gospodarstw domowych. Powoli odradzają się też inwestycje. Podtrzymanie szybkiego tempa rozwoju gospodarczego będzie – jak wskazują eksperci – wymagać jednak dużego wzrostu innowacyjności i dalszego upowszechniania technologii cyfrowych, które znajdują zastosowanie w każdej dziedzinie gospodarki.

– W krajach na dorobku, które chcą doganiać inne gospodarki, potrzebna jest też wiedza. Dlatego ważne jest budowanie współpracy między polskimi uczelniami, przedsiębiorcami i samorządami. Taki ekosystem powstaje i mam nadzieję, że będzie się rozwijał coraz lepiej – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – Mamy niepowtarzalną szansę, przed nami Krajowy Plan Odbudowy, polityka spójności rozpisana na wiele lat, Zielony Ład i program dekarbonizacji polskiej gospodarki, które będą realizowane przez dekady. To oznacza, że w wielu obszarach – począwszy od energetyki, poprzez ochronę zdrowia, aż po edukację – będą następować ogromne zmiany i pojawiać się ogromne szanse. Ważne, żebyśmy wiedzieli, co chcemy zrobić, i zgodnie budowali program wspierania polskiej innowacyjności.

Dużą rolę w budowaniu konkurencyjności krajowej gospodarki odgrywa sektor bankowy, który finansuje sektor przedsiębiorstw i dostarcza kapitał m.in. na rozwijanie innowacji. Jak podkreśla prezes ZBP, co roku udzielanych jest ok. 6–8 mln kredytów, z czego istotna część trafia właśnie do mniejszych firm. Co istotne, polski sektor finansowy jest postrzegany jako bardzo innowacyjny. Działające w Polsce instytucje finansowe inwestują i błyskawicznie adaptują nowinki technologiczne, do czego skłaniają je m.in. rosnące oczekiwania ze strony klientów, coraz surowsze otoczenie regulacyjne, presja ze strony fintechów i konieczność zadbania o cyberbezpieczeństwo.

– Praktycznie wszystkie usługi, które realizujemy, są związane z cyfryzacją. To m.in. rozliczenia międzybankowe, usługi płatnicze, w których KIR jest cyfrowy od dawna, podobnie jak w usługach identyfikacji zdalnej czy podpisu elektronicznego – mówi Piotr Alicki, prezes zarządu KIR.  – W ostatnim czasie okazało się, że te cyfrowe usługi są bardzo potrzebne na rynku i to nie tylko w sektorze finansowym. Nasze rozwiązania są intuicyjne dla użytkownika, a co najważniejsze bezpieczne i łatwe do zastosowania w szeroko pojętej gospodarce i usługach publicznych.

Polski sektor finansowy nadal ma jednak wiele do zrobienia w obszarze technologii. Ankieta przeprowadzona przez KIR i Accenture wśród zarządzających działami IT w dziewięciu działających w Polsce bankach pokazała, że w horyzoncie czasowym 2021–2024 za największe wyzwania technologiczne dla branży uznawane są m.in. personalizacja usług, kwestie regulacyjne czy rozwiązania chmurowe. Wskutek pandemii COVID-19 banki zaczęły zaliczać do tych wyzwań także nową organizację pracy i aspekty kadrowe.

– Największym wyzwaniem – oprócz cyberbezpieczeństwa, bo ono jest sektorowym standardem, o który wszyscy się troszczą – okazuje się kwestia dostępności wykwalifikowanych kadr. Ostra konkurencja o odpowiednio wyszkolonych pracowników jest jednym ze skutków pandemii. Ten okres pokazał konieczność cyfryzacji wielu procesów biznesowych i świadczenia usług w sposób zdalny, a wdrażanie rozwiązań opartych na technologii wymaga zaangażowania specjalistów IT na dużo większą niż dotychczas skalę – mówi Piotr Alicki. 

Cyberbezpieczeństwo jako najważniejszy trend w biznesie uzyskało wśród odpowiadających CIO 159 punktów, natomiast zarządzanie kadrami IT i bezpieczeństwa – 156. Kolejny trend – personalizacja usług bankowych – ma już ich 87, podobnie jak automatyzacja pracy i kompetencje pracownicze.

Długoterminowa strategia, stabilne regulacje, a przede wszystkim finansowanie – to niezbędne czynniki do przeprowadzenia w Polsce bardzo kapitałochłonnej transformacji energetycznej. – Trzeba znaleźć balans między projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, który będzie generował przychody. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy – mówi Bogdan Kucharski, prezes bp w Polsce. Jak wskazuje, w procesie transformacji rząd powinien też skorzystać z zasobów i know-how sektora prywatnego, który ma już doświadczenie w realizacji dużych przedsięwzięć energetycznych.

Cele neutralności klimatycznej to cele bardzo długoterminowe. Stąd bardzo ważne jest, aby rozpisać je na poszczególne kroki, uwzględniając też cele średnioterminowe. Z obecnej perspektywy wydaje nam się, że 2050 rok jest bardzo odległy, ale projekty energetyczne są wielkoskalowe, wymagające wielkich nakładów i trzeba je rozpoczynać już dzisiaj. Natomiast aby te projekty rzeczywiście mogły być zrealizowane, potrzebne jest przewidywalne, jasne prawo, które umożliwia konkurowanie wszystkim podmiotom na jasnych i ściśle określonych warunkach – mówi agencji Newseria Biznes Bogdan Kucharski.

W połowie lipca Komisja Europejska opublikowała Fit for 55, czyli pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych, które mają się przyczynić do realizacji celów przyjętych w Zielonym Ładzie. Te zaś zakładają 55-proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku) oraz osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej do 2050 roku. Innymi słowy, do połowy tego stulecia unijna gospodarka ma emitować tylko tyle gazów cieplarnianych, ile jest w stanie pochłonąć.

Polska, której miks energetyczny w ok. 70 proc. wciąż opiera się na węglu, musi jako członek UE wpisać się w ten kierunek. Aktualna, przyjęta na początku roku „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” (PEP 2040) zakłada stopniowe odchodzenie od węgla. Na koniec tej dekady jego udział w strukturze zużycia energii brutto ma już nie przekraczać 56 proc. (a nawet 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). Z kolei udział OZE ma do tego czasu wynosić nie mniej niż 23 proc. Coraz wyraźniej słychać jednak głosy, że w obliczu coraz ostrzejszych regulacji UE rząd będzie musiał te plany zrewidować i przyjąć bardziej ambitne cele.

Wszyscy wiemy, że do 2050 roku powinniśmy dojść do neutralności klimatycznej. Jednak realizacja tego celu wymaga planowania i dużych nakładów finansowych. Aby te nakłady finansowe były dostępne, trzeba znaleźć balans pomiędzy projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, prowadzonym obecnie, który będzie generował przychody. Te przychody mogą być reinwestowane właśnie w projekty dotyczące odnawialnej energii. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy. Trzeba zbudować moce, łańcuchy dostaw, to wszystko wymaga czasu – mówi prezes bp w Polsce.

Dekarbonizacja unijnej i polskiej gospodarki to z jednej strony szansa na skok rozwojowy, innowację i budowę nowych branż. Z drugiej strony oznacza też wielomiliardowe koszty. Według szacunków Europejskiego Banku Inwestycyjnego samo osiągnięcie połowicznej redukcji emisji przed końcem tej dekady będzie wymagać dodatkowych inwestycji rzędu 350 mld euro rocznie. Z kolei w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku” rząd przyjął, że koszt transformacji polskiej energetyki w latach 2021–2040 może sięgnąć aż 1,6 bln zł.

Prezes bp w Polsce podkreśla, że rząd może wykorzystać w tym procesie doświadczenie sektora prywatnego, który ma już know-how i potrafi realizować duże inwestycje energetyczne.

Sektor prywatny to doświadczenie, kapitał i umiejętność realizacji dużych projektów infrastrukturalnych czy energetycznych. Trzeba wykorzystać te zasoby, szczególnie w takich gospodarkach jak nasza, które dopiero zaczynają transformację. W Polsce nie mamy przykładowo rozwiniętego know-how dotyczącego energii odnawialnej z wiatru. Tymczasem duże firmy realizują już takie projekty globalnie, mają know-how, doświadczenie, zasoby i mogą je wykorzystać również tutaj – mówi Bogdan Kucharski.

Transformacja energetyki to wyzwanie również dla biznesu oraz firm, które czekają inwestycje w nowe technologie i źródła energii czy nowe rozwiązania dla klientów. Wiele z nich już w tym kierunku zmierza. Koncern energetyczny bp ogłosił w ubiegłym roku strategię, która zakłada ograniczenie wydobycia ropy naftowej i gazu (o 40 proc. do 2030 roku) na rzecz OZE. Do końca tej dekady ograniczy też swoje emisje o około 1/3, a w tym samym czasie 10-krotnie zwiększy wydatki na inwestycje w odnawialne źródła i technologie niskoemisyjne. W efekcie do 2050 roku koncern chce być już całkowicie neutralny dla klimatu.

Jest to rozpisane na konkretne cele średnio- i długoterminowe. Podjęliśmy zobowiązanie, że do 2030 roku będziemy mieć globalnie portfolio 50 GW energii odnawialnej. W tym samym okresie 10-krotnie zwiększymy skalę naszej sieci szybkich ładowarek. Będziemy też rozwijać energię wodorową i łańcuchy dostaw w oparciu o LNG – mówi prezes bp w Polsce. – Podjęliśmy również szereg zobowiązań dotyczących współpracy z lokalnymi władzami, samorządami i społecznościami po to, żeby edukować, wnosić know-how i rozwijać wspólne podejście do transformacji energetycznej.

– Dla Grupy PFR priorytetem będzie teraz już nie tylko ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy. Chcemy aktywnie włączyć się we wsparcie inwestycji w obszarach infrastruktury oraz transformacji energetycznej i cyfrowej – zapowiedział Paweł Borys, przewodniczący Rady Grupy PFR. Do boomu inwestycyjnego polskich firm szykują się wszystkie spółki z grupy. Agencja Rozwoju Przemysłu wśród swoich priorytetowych obszarów wymienia m.in. odtworzenie przemysłu stoczniowego w związku z planowanym rozwojem offshore. Zapowiada także prace nad innowacjami w transporcie kolejowym – pojazdem hybrydowym i napędzanym wodorem. Jak oceniają przedstawiciele grupy, inwestycjom nie powinna zagrozić nawet zbliżająca się czwarta fala pandemii.

– Gospodarka jest już w tej chwili na etapie dobrej koniunktury, odbicie jest bardzo dynamiczne. Kolejna fala pandemii stworzy pewne ryzyka, ale dla gospodarki nie będzie już tak groźna jak te poprzednie. My oczywiście cały czas prowadzimy programy wspierające przedsiębiorców w zakresie pożyczek płynnościowych i preferencyjnych, umarzamy subwencje dla małych i średnich firm. Jeżeli okaże się, że sytuacja niestety znów stanie się groźna, jesteśmy gotowi kontynuować to wsparcie, o ile rząd tak zadecyduje – podkreślił w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Borys podczas XXX Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Jak wskazuje, w momencie rozpoczęcia pandemii COVID-19 Polska była w szczególnie trudnej sytuacji, ponieważ podstawą krajowej gospodarki są mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie były przygotowane na tak duży szok.

Najważniejsze było to, żeby pomoc płynnościowa docierała do nich możliwie szybko. I to się udało w ramach Tarczy Finansowej PFR, gdzie wypłacaliśmy subwencje w ciągu 48 godzin. W sumie wypłaciliśmy je 348 tys. firm, chroniąc ponad 3 mln miejsc pracy. Jestem przekonany, że to rzeczywiście wielu firmom pozwoliło możliwie bezpiecznie przejść przez pandemię – zapewnia prezes PFR.

W ramach programu pomocowego Tarczy Finansowej PFR dla Firm i Pracowników prawie 348 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski otrzymało częściowo bezzwrotne subwencje finansowe na łączną kwotę blisko 61 mld zł. Branże, które w związku z sytuacją epidemiologiczną musiały ograniczyć lub zawiesić działalność, mogły też liczyć na wsparcie z Tarczy Finansowej 2.0, w której łączna wartość pomocy dla MŚP wynosiła 13 mld zł.

Narzędzia pomocowe dla MŚP w czasie pandemii dostarczały też inne podmioty należące do Grupy PFR, m.in. KUKE, specjalizująca się w ubezpieczeniu należności polskich eksporterów i wspieraniu ich ekspansji na zagraniczne rynki. W ubiegłym roku KUKE wsparła polskie firmy, chroniąc ich obrót ubezpieczeniami i gwarancjami ubezpieczeniowymi na łączną kwotę 68,4 mld zł. To wynik aż o 23 proc. wyższy niż w przedpandemicznym 2019 roku.

 Zwłaszcza w pierwszej fazie pandemii mieliśmy dość dużą liczbę nowych przedsiębiorców, którzy zgłaszali się do nas chociażby dlatego, że towarzystwa ubezpieczeń odmawiały im ubezpieczenia i nie dawały limitów na kontrahentów z poszczególnych krajów, ale i z Polski – mówi Janusz Władyczak, prezes KUKE. – My staraliśmy się być pewnym odgromnikiem dla rynku, dzięki czemu polscy przedsiębiorcy mogli nadal spokojnie i bezpiecznie prowadzić swoją wymianę handlową. Wprowadziliśmy nowe rozwiązania, które podratowały ich sytuację.

Według lipcowego, opracowanego przez PARP „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” pandemia nie zachwiała dominacją MŚP w krajowej gospodarce. W 2019 roku było ich w sumie 2,2 mln, czyli o prawie 3 proc. więcej r/r. Z kolei w 2020 roku – według danych z rejestru REGON – wykreślono z niego 170 tys. przedsiębiorstw, ale jednocześnie zarejestrowano 329 tys. nowych. Dane PARP pokazują, że zainteresowanie prowadzeniem biznesu sukcesywnie rośnie mimo pandemii. Tylko w I kwartale br. obsługiwana przez agencję infolinia udzieliła łącznie blisko 20 tys. konsultacji, z których połowa dotyczyła uruchomienia własnej działalności gospodarczej i finansowania jej rozwoju.

– Przed nami najprawdopodobniej fala bardzo dynamicznych inwestycji w 2022 i 2023 roku. Mamy dostęp do różnych źródeł finansowania z kolejnej perspektywy unijnej, z Krajowego Planu Odbudowy i programu Polski Ład, który właśnie został uruchomiony. Dla PFR priorytetem będzie teraz już nie tylko ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy, chcemy aktywnie włączyć się właśnie w to wsparcie inwestycji w obszarach infrastruktury oraz transformacji energetycznej i cyfrowej – zapowiedział Paweł Borys, który został laureatem Nagrody 30-lecia Forum Ekonomicznego za „bezprecedensowy sukces PFR w działaniach antykryzysowych podczas pandemii Covid-19 oraz udział w stworzeniu koncepcji grupy PFR.

Jak wskazuje, PFR pracuje nad kilkoma dużymi projektami z zakresu energetyki odnawialnej.

Mamy projekty, które dotyczą chociażby transformacji ciepłowni węglowych na gazowe, projekty w obszarze energii z wiatru i słońca. Już w tej chwili jesteśmy też największym inwestorem na rynku biogazu, o czym niewiele osób wie. Te inwestycje energetyczne stanowią dla nas priorytet, ale jednocześnie pojawia się też coraz więcej projektów z obszaru infrastruktury. Właśnie ogłosiliśmy rozbudowę Portu Północnego i terminala DCT, który stał się już największym terminalem na Morzu Bałtyckim. To są zarówno duże, flagowe projekty, jak i mniejsze inwestycje na poziomie samorządowym – wymienia prezes Grupy PFR.

Inwestycje w zakresie energetyki odnawialnej, a zwłaszcza morska energetyka wiatrowa, znalazły się także wśród priorytetów Agencji Rozwoju Przemysłu. W jej ramach powołano już Grupę Przemysłową Baltic, skupiającą spółki z rynku stoczniowego i offshore, której zadaniem będzie budowa m.in. wież dla morskich elektrowni wiatrowych, ale też współpraca przy budowie statków serwisowych oraz instalacyjnych dla tych obiektów.

– Agencja jest zaangażowana w wiele dziedzin gospodarki, ale niewątpliwie w tej chwili będziemy się mocno koncentrować na przemyśle ciężkim, wielkogabarytowych konstrukcjach stalowych, czyli np. projektach morskich czy wieżach wiatrowych, oraz odtworzeniu w pewnym sensie przemysłu stoczniowego. To będzie dla nas priorytet – zapowiada Cezariusz Lesisz, prezes ARP.

Innym celem strategicznym Agencji Rozwoju Przemysłu jest budowa kompetencji w zakresie gospodarki wodorowej.

– Jesteśmy mocno zaangażowani w inicjowanie trzech dolin wodorowych: podkarpackiej, dolnośląskiej i śląskiej. Myślimy o kolejnych i to będzie dla nas wyzwanie organizacyjne i gospodarcze – podkreśla Cezariusz Lesisz, – Jesteśmy zaangażowani w przemysł kolejowy, czyli budowę nowych wagonów i lokomotyw. Mamy Fabrykę Pojazdów Szynowych Cegielski, gdzie będziemy prowadzić badania nad pojazdem hybrydowym i ewentualnie z napędem wodorowym.

Również należąca do Grupy PFR spółka KUKE przygotowuje się na zwiększone inwestycje firm i planuje się skupić na rozwijaniu nowego – i jak wskazuje, jednego z najnowocześniejszych w Europie – systemu wsparcia eksportu. Obejmuje on pakiet rozwiązań z gwarancjami Skarbu Państwa, które pomogą nie tylko zabezpieczać transakcje eksportowe, ale też m.in. objąć gwarancjami finansowanie obrotowe, co pozwoli przedsiębiorcom zwiększyć dostępne limity kredytowe w bankach i firmach faktoringowych.

Nowy system wsparcia eksportu stworzyliśmy w zeszłym roku, wprowadziliśmy w życie w marcu i najbliższe lata chcemy poświęcić na jego rozwijanie. Po pierwsze, chcemy wyjść z nim do systemu bankowego, razem z bankami propagować go wśród polskich przedsiębiorców. Będziemy im uświadamiać, że mają możliwości korzystania z zupełnie nowego ekosystemu wsparcia eksportu. Chcemy, żeby stał się on powszechny, żeby wzmocnić konkurencję i pozycję polskich przedsiębiorców na rynkach światowych – mówi prezes KUKE Janusz Władyczak.

– Pakiet Fit for 55 jest szalenie ambitny i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. W polskim ciepłownictwie niemożliwe jest wprowadzenie zmiany technologicznej i przestawienie na OZE w tak krótkim czasie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Unijna polityka klimatyczna i dekarbonizacja to dziś największe wyzwanie, które stoi przed ciepłem systemowym w Polsce. Koszt transformacji tego sektora jest szacowany na ok. 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Branża wskazuje jednak, że szybkie przejście na OZE jest w jej przypadku niemal niemożliwe – chociażby z braku odpowiedniej technologii – a alternatywą jest kogeneracja oparta na gazie. W procesie transformacji liczy też na szeroką dostępność unijnych środków pomocowych.

– Przed branżą ciepłowniczą stoją dzisiaj gigantyczne zmiany związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej i dekarbonizacją. To jest wciąż branża oparta w większości na węglu. W tym procesie odchodzenia od węgla znaczącą rolę będzie odgrywał gaz, ale też oczywiście wykorzystanie odnawialnych źródeł energii i tych technologii, które dopiero przed nami, związanych i z magazynowaniem energii, z magazynowaniem ciepła, z wykorzystaniem wodoru, z większą ilością dekarbonizowanego gazu w ramach sieci gazowniczych. To wszystko oczywiście na dziś są wyzwania wymagające nakładów inwestycyjnych, ale jestem głęboko przekonany, że branża jest w stanie takie inwestycje zrealizować – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Według danych Forum Energii w Polsce prawie 1/4 ciepła powstaje w systemach ciepłowniczych (reszta to indywidualne instalacje grzewcze). Z sieci ogrzewane jest też ok. 40 proc. zasobu mieszkaniowego, a Polska dysponuje siecią ciepłowniczą, która liczy w sumie 21,4 tys. km i jest jedną z najbardziej rozwiniętych w Europie. Jednak krajowe ciepłownictwo opiera się głównie na węglu, rokrocznie zużywając go ok. 26 mln ton. Emituje przy tym około 68 mln ton CO2 rocznie – czyli aż 1/4 całej, krajowej emisji. Wyzwaniem jest też bardzo wysoki  przekraczający w Polsce aż 80 proc.  odsetek nieefektywnych systemów ciepłowniczych. Wszystko to ma wpływ na klimat i zdrowie publiczne, zaostrzając problem smogu, który rokrocznie kosztuje Polskę ok. 30 mld euro (raport „Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– Przed branżą stoi wiele wyzwań, przede wszystkim spełnienie wymogów polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Z niepokojem patrzymy na obecne propozycje, następuje próba forsowania kolejnych obostrzeń, kolejnych ograniczeń możliwości produkcji z paliw kopalnych – mówi Wojciech Dąbrowski.

Celem polityki klimatycznej UE jest redukcja emisji CO2 o 55 proc. do końca tej dekady i osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. W połowie lipca br. Komisja Europejska przedstawiła pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych Fit for 55, który ma umożliwić realizację tych założeń. Kierunek wyznaczony przez UE  a przy tym rekordowo wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 w systemie ETS  będzie mieć w nadchodzących latach ogromne przełożenie na ciepłownictwo, które czeka etap gruntownych zmian.

– Pakiet Fit for 55 to jest szalenie ambitny plan i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. Oczekiwany jest dwu-, niemalże trzykrotny wzrost produkcji z OZE, a w tak dużych systemach ciepłowniczych, jakimi są polskie miasta – gdzie mamy wytwarzanie, dystrybucję, duże przedsiębiorstwa ciepłownicze – niemożliwe jest przestawienie na OZE w tak krótkim czasie. Na dziś nie ma takiej technologii, która by to umożliwiała – podkreśla prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak wskazuje, obok braku odpowiedniej technologii problemem są też gigantyczne nakłady finansowe, których wymaga transformacje sektora. Te są szacowane na ponad 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Sama Polska Grupa Energetyczna zamierza do 2050 roku przeznaczyć na ten cel ok. 70 mld zł.

– Nie możemy kosztów całego procesu transformacji przerzucić na klienta – mówi Wojciech Dąbrowski. – Jeśli Unia Europejska oczekuje od nas zmian i przyspieszenia transformacji, to musi nam w tym pomóc finansowo.

– Warunki zawarte w pakiecie Fit for 55 są bardzo trudne do spełnienia – zarówno czasowo, jak i ekonomicznie. To są największe bolączki, bo technicznie można zrobić wiele rzeczy, ale potrzeba na to czasu i środków. Mamy nadzieję, że Unia Europejska – stawiając takie wymagania – będzie konsekwentna i powie: „mamy środki pomocowe i pomożemy wam w dojściu do tej neutralności klimatycznej” – dodaje Przemysław Kołodziejak, prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Ogłoszona w październiku ub.r. strategia Grupy PGE zakłada, że do 2030 roku udział produkcji ciepła ze źródeł zero- i niskoemisyjnych czyli innych niż węglowe – ma wynieść 70 proc. Należąca do niej spółka PGE Energia Ciepła, która na polskim rynku jest liderem (25-proc. udział w rynku ciepła z kogeneracji, 16 elektrociepłowni i ponad 670 km sieci ciepłowniczej), deklaruje, że ten cel jest jak najbardziej realny. Zwłaszcza że nie zaczyna od zera, bo już w tej chwili spółka produkuje ok. 40 proc. ciepła z paliw innych niż węglowe  głównie z gazu.

– Kierunek transformacji jest jasny, tu już nie mamy wątpliwości, musimy zmierzać w stronę zazieleniania ciepła i nasze inwestycje zmierzają w tę stronę. Oczywiście z racji tego, że działamy głównie w dużych miastach, szybkie zastosowanie technologii OZE w tak dużych systemach jest trudne. Dlatego etapem przejściowym jest wykorzystywanie gazu jako paliwa i zakładamy, że po 2040 roku technologie związane z innymi źródłami OZE, z wodorem czy magazynowaniem energii rozwiną się na tyle, że będzie można przejść na nie już w większym stopniu. Natomiast obecnie realizujemy przejście na gaz – mówi Przemysław Kołodziejak.

Gaz jest paliwem dostępnym „tu i teraz”, które z jednej strony pozwala ograniczyć emisje i wpływ branży na środowisko, a z drugiej – zapewnia, że klienci nie odczują rosnących cen na swoich rachunkach. PGE Energia Ciepła już w 2018 roku rozpoczęła prace zmierzające do zamiany węgla na gaz w swoich zakładach. W efekcie do 2023 roku praktycznie w większości zostaną już oddane do eksploatacji nowe instalacje, które przyczynią się do całkowitej albo częściowej rezygnacji z węgla.

– Nasza największa inwestycja, która jest już w trakcie, to budowa nowego bloku Czechnica w Siechnicach pod Wrocławiem, o mocy 170 MW elektrycznych i 160 MW cieplnych. Jest to elektrociepłownia zasilająca aglomerację wrocławską. W przygotowaniu jest budowa podobnej wielkości bloku dla Gdyni, toczą się też postępowania przetargowe na źródła gazowe dla Bydgoszczy i Kielc. Tam, gdzie do tej pory wykorzystywaliśmy kotły węglowe, będą budowane kotłownie gazowe, pełniące funkcję źródeł szczytowych i rezerwowych. Tak więc na dziś przechodzimy na gaz, natomiast przygotowujemy już także scenariusz dekarbonizacji ciepłownictwa – mówi prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Branża podkreśla też, że – wobec czekających ją wyzwań – potrzebne są zarówno środki na sfinansowanie przyszłych inwestycji, jak i odpowiednie, stabilne ramy regulacyjne.

– Fit for 55 to kolejne wyzwania przed polską energetyką i sektorem ciepłownictwa. Dzisiaj jeszcze nie znamy ich skali, bo propozycja Komisji Europejskiej musi wejść w życie i wtedy będziemy mogli się do niej dostosować. Ale już dziś polityka klimatyczna UE i sytuacja rynkowa wymagają gigantycznych nakładów inwestycyjnych, które szacujemy na 100 mld zł do roku 2030. Jednak do tych źródeł współfinansowania inwestycji, które już znamy – m.in. ze środków krajowych NFOŚiGW, z programu Infrastruktura i Środowisko i regionalnych programów operacyjnych – dochodzą środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, z Krajowego Planu Odbudowy. Tak więc możliwości współfinansowania inwestycji będzie sporo. Mam nadzieję, że wspólnie uda się wypracować taki program inwestycyjny, który pozwoli wypełnić zobowiązania i dostarczyć klientom nowoczesny produkt w dobrej cenie – mówi minister Artur Soboń.

– Polskie ciepłownictwo musi się rozwijać w kierunku źródeł niskoemisyjnych i rozszerzenia pakietu usług dla klientów. To już nie tylko ciepło, ale szerszy pakiet usług dodatkowych, których klienci od nas oczekują. Wśród wyzwań jest na pewno cyfryzacja, elastyczne taryfowanie klientów, zawieranie umów bilateralnych już bez nadzoru Urzędu Regulacji Energetyki. W tym kierunku ciepłownictwo będzie się rozwijać powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej, podczas II Kongresu Kogeneracji zorganizowanego przez Polskie Towarzystwa Elektrociepłowni Zawodowych. Branża ciepła systemowego podkreśla, że to właśnie kogeneracja oparta na gazie jest dla niej naturalnym etapem w drodze do pełnej dekarbonizacji, ale w nadchodzących latach czekają ją też inne, duże inwestycje, m.in. w nowe usługi, podyktowane rosnącymi oczekiwaniami klientów.

– Stoimy przed wyzwaniami, które są szalenie ważne dla przyszłości branży ciepłowniczej w Polsce, aby mogła ona dalej funkcjonować i zapewniać bezpieczeństwo energetyczne. Polska jest specyficznym rynkiem, jeśli chodzi o ciepłownictwo. Jesteśmy pod tym względem unikatowym, najbardziej rozbudowanym rynkiem w Europie. W dużej mierze, w większości naszych przedsiębiorstw ciepło jest produkowane w kogeneracji, czyli procesie jednoczesnego wytwarzania energii cieplnej i energii elektrycznej. Jest to najbardziej efektywny proces produkcji, który powoduje, że straty energii są jak najmniejsze, a emisja oczywiście dużo niższa – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Co istotne, kogeneracja oparta na paliwie gazowym jest  obok rozwoju OZE  skutecznym narzędziem w walce z emisją CO2 i jednym z rozwiązań technologicznych, które wpisują się w wymogi polityki klimatycznej UE. Miejsce dla kogeneracji  zarówno w ramach systemów ciepłowniczych, jak i elektroenergetycznych  zostało też przewidziane w unijnym pakiecie Fit for 55.

Specyfiką polskiego ciepłownictwa jest też to, że funkcjonuje w nim najwięcej w Unii Europejskiej systemów ciepłowniczych o dużych mocach. Jak wskazuje branża, najlepszym kierunkiem transformacji dla tego typu systemów są jednostki kogeneracyjne oparte na paliwach gazowych. A propozycja ich dzielenia w celu wykorzystania niskomocowych rozwiązań OZE nie ma ekonomicznego uzasadnienia.

– Dzisiaj jesteśmy skupieni na okresie przejściowym, w którym wprowadzamy do naszego mixu paliwowego gaz w większym procencie – mówi Elżbieta Kowalewska, dyrektor Oddziału Wybrzeże w PGE Energia Ciepła. – W ramach PGE Energia Ciepła budujemy też kotły elektrodowe do produkcji ciepła w okresie rezerwy bądź szczytu energetycznego. I z dumą powiem, że pierwsze takie wdrożenie, pilotaż, będzie mieć miejsce w Gdańsku w tym sezonie zimowym. Z punktu widzenia Pomorza – nie wprowadzimy do atmosfery ani grama CO2. I jeżeli zazielenimy tę energię, np. wykorzystując energię elektryczną wyprodukowaną w morskich farmach wiatrowych – to właśnie będzie odpowiedź na wyzwania, które nas czekają.

Założone jeszcze na początku lat 90. Polskie Towarzystwo Elektrociepłowni Zawodowych skupia elektrociepłownie, które produkują ciepło i energię elektryczną w kogeneracji. W tej chwili należy do niego ponad 150 członków, a celem PTEZ jest promowanie i rozwijanie kogeneracji jako najbardziej wydajnej i bezpiecznej dla środowiska technologii wytwarzania ciepła i energii.

PTEZ działa na rzecz tego, aby  tam gdzie jest to uzasadnione  wymieniać istniejące ciepłownie i kotłownie właśnie na jednostki kogeneracyjne. W tym tygodniu, podczas II Kongresu Kogeneracji w Kazimierzu Dolnym, PTEZ obchodziło jubileusz 30-lecia swojej działalności, w którym wzięli udział m.in. wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba, wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń i prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin.

– 30 lat PTEZ to przede wszystkim możliwość wymiany poglądów, kreowania rzeczywistości energetycznej i rozwiązywania wspólnych problemów. W ciągu tych 30 lat nasza spółka zmieniła się w fantastyczny sposób. Kiedyś skupialiśmy się wyłącznie na energetyce, a kiedy w 1997 roku weszło w życie Prawo energetyczne, wyszliśmy poza nasz obszar i stworzyliśmy departamenty handlowe, stając się nie tylko spółką produkcyjną, ale i handlową. Dzisiaj jesteśmy w miastach i regionach, gdzie aktywnie działamy na rzecz walki o czyste powietrze i mamy już pomysł na jutro. Myślę, że kolejnych 30 lat jawi się w zielonych barwach, mówiąc nie tylko dosłownie o zazielenieniu systemów ciepłowniczych, ale również o świetnych perspektywach przed nowym pokoleniem energetyków – mówi Elżbieta Kowalewska.

Ciepłownicy rozmawiali w Kazimierzu Dolnym nie tylko o ostatnich 30 latach, ale i kolejnych wyzwaniach dla branży, która w Polsce wciąż opiera się głównie na węglu. Dlatego największym wyzwaniem nadchodzących lat jest dla niej dekarbonizacja i konieczność spełnienia wymogów polityki klimatycznej UE. Według szacunków Forum Energii łączna moc instalacji opartych na węglu (w ciepłownictwie systemowym i indywidualnym), koniecznych do wycofania przed 2030 rokiem, sięga ok. 84 GWt.

W Polsce od 2019 roku obowiązuje nowy, zatwierdzony przez KE system wsparcia dla wysokosprawnej kogeneracji, oparty już nie na certyfikatach pochodzenia, ale aukcjach i naborach oraz systemie premii gwarantowanej i premii gwarantowanej indywidualnej. Nowy system wsparcia ma się przyczynić  do rozwoju kogeneracji i ciepła systemowego w Polsce, a ustawodawca szacuje, że do 2030 roku przyrost nowych mocy kogeneracyjnych wyniesie ok. 5 GW.

Branża wskazuje, że – oprócz wdrażania kolejnych projektów uwzględniających wymianę węglowych kotłów ciepłowniczych na jednostki kogeneracyjne wykorzystujące paliwo gazowe – w nadchodzących latach czekają ją też inne wyzwania, wymagające sporych nakładów finansowych. Do najważniejszych zalicza się cyfryzacja i konieczność rozwijania nowych usług, podyktowanych oczekiwaniami klientów.

– Musimy być coraz bardziej elastyczni, nasi klienci oczekują coraz szerszego wachlarza usług. Dzisiaj klient nie oczekuje od nas już tylko tego, żebyśmy zapewnili mu ciepło, chce także innych usług. Nie wspominając już o inteligentnych sieciach, czyli smart grid i cyfryzacji, która także postępuje w ciepłownictwie tak jak we wszystkich branżach. Za kilka lat takie rozwiązania jak np. możliwość sterowania ciepłem w domu za pomocą smartfona będą pewnie czymś naturalnym. Tak więc wyzwań inwestycyjnych jest mnóstwo, ale mam nadzieję, że przy wsparciu URE i administracji rządowej uda się te cele osiągnąć w zamierzonym czasie i tak, abyśmy mogli dalej produkować energię cieplną, zapewniać bezpieczeństwo energetyczne naszym klientom i dostarczać im usługę jak najwyższej jakości w akceptowalnej dla nich cenie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Mimo pandemii koronawirusa i zawirowań gospodarczych inwestorzy zagraniczni chętnie lokują kapitał nad Wisłą. Polska Agencja Inwestycji i Handlu obsłużyła w ubiegłym roku 58 inwestycji o łącznej wartości ponad 2,7 mld euro oraz potencjale stworzenia 10 tys. nowych miejsc pracy. – Ten rok będzie dla nas rekordowy. Już w pierwszym półroczu poziom inwestycji zagranicznych w Polsce jest taki jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski, członek zarządu PAIH. Najwięcej projektów pochodzi z branży usług dla biznesu, ale wysoko są także tak perspektywiczne branże jak elektromobilność.

Znaczenie i pozycja Polski w światowych łańcuchach dostaw konsekwentnie rośnie. Jesteśmy pod tym względem coraz bardziej doceniani na arenie międzynarodowej. Od czasu transformacji ustrojowej, która otworzyła nas na współpracę z globalnym rynkiem, miało miejsce wiele istotnych wydarzeń, stanowiących impulsy do rozwoju. To m.in. wejście Polski do Unii Europejskiej czy organizacja Euro 2012 – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Słomkowski.

Te wydarzenia, ale także strumień pieniędzy z UE umożliwiły znaczącą rozbudowę infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniczej czy portowej, co jest kluczowe dla inwestorów zagranicznych. Według rankingu fDi Markets Polska jest trzecią najpopularniejszą lokalizacją dla bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie w 2020 roku, przyciągając projekty o łącznej wartości 17 mld euro, szczególnie w sektorach elektromobilności, odnawialnych źródeł energii i IT. Plasuje się zaraz za Wielką Brytanią i Niemcami oraz jest numerem jeden w regionie.

Jak podkreśla członek zarządu PAIH, Polska od lat jest stabilnym gospodarczo partnerem, który ma wiele do zaoferowania inwestorom z bardzo różnych branż: od strategicznej lokalizacji i dobrze przygotowanej infrastruktury dla zakładów przemysłowych, aż po wykwalifikowane kadry i konkurencyjne koszty pracy dla inwestorów sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Partnerom spoza UE oferuje także dostęp do jednolitego rynku unijnego dzięki kulturowej i geograficznej bliskości do Europy Zachodniej. Poza tym w przeciwieństwie do gospodarek sąsiednich państw nasza nie opiera się wyłącznie na jednej gałęzi przemysłu, co daje nam istotną przewagę – różnorodność.

Nasz kraj jest jednym z największych producentów w 10 z 13 sektorów kluczowych, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu chemicznego, artykułów konsumpcyjnych trwałego użytku, przemysłu spożywczego i rolniczego, a także modowego. Te kluczowe branże są w pierwszej piątce pod względem wielkości bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie – uściśla ekspert.

W ostatnich latach zmienił się w Polsce system zachęt dla inwestorów zagranicznych. Zwolnienia z podatku dochodowego w ramach Polskiej Strefy Inwestycji możliwe jest obecnie na terenie całego kraju, a nie tylko na gruntach należących do specjalnych stref ekonomicznych. Ponadto na początku tego roku zmienił się także program wspierania inwestycji o kluczowym znaczeniu dla Polski – nowe kryteria umożliwiają wsparcie także dla mniejszych firm.

Jeśli chodzi o granty inwestycyjne, ułatwiono proces aplikacyjny firmom innowacyjnym, na rozwoju których szczególnie nam zależy. W ramach regionalnej pomocy publicznej inwestorzy mogą również w wielu miejscach skorzystać ze zwolnienia z podatku od nieruchomości. Ci, którzy realizują projekty z zakresu badań i rozwoju, mogą liczyć na odliczenie podatkowe w wysokości nawet 250 proc. kosztów ponoszonych na ten cel i nie wpływa to negatywnie na zwolnienie podatkowe w ramach Polskiej Strefy Inwestycji. Dodatkowo przychody z praw własności intelektualnej mogą następnie opodatkować bardzo korzystną, 5-proc. stawką podatkową – wymienia Grzegorz Słomkowski.

Jak podkreśla, system zachęt się sprawdza, dzięki czemu inwestycji zagranicznych w Polsce przybywa. Widać to także w działalności Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Wśród 58 projektów obsłużonych przez agencję w ubiegłym roku są zarówno inwestycje produkcyjne, jak i z sektora nowoczesnych usług.

To są głównie duże inwestycje, które mają perspektywę wieloletnią, więc inwestorzy zagraniczni nie kierowali się wpływem COVID-u. Wynik ubiegłego roku – ponad 2,7 mld euro i ponad 10 tys. potencjalnie stworzonych miejsc pracy – był w zasadzie taki sam jak w poprzednim, niecovidowym roku – mówi członek zarządu PAIH.

Pandemia zmieniła jednak podejście do obsługi inwestycji. Duża część wizyt lokalizacyjnych odbywa się wciąż online. Wydarzenia promujące Polskę, jako dobre miejsce dla inwestycji, również zmieniły formę ze stacjonarnej na wirtualną. PAIH uruchomiła cykl webinariów skierowanych do najbardziej perspektywicznych branż.

– Mogę z całą pewnością powiedzieć, że ten rok będzie dla nas rekordowy, bo już w pierwszym półroczu osiągnęliśmy taki poziom inwestycji jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski.

Według danych PAIH do lipca tego roku zostało sfinalizowanych 48 projektów inwestycyjnych o wartości ponad 1,7 mld euro. W porównaniu do lipca 2020 roku oznacza to wzrost liczby projektów o 167 proc. Liczba zadeklarowanych miejsc pracy jest ponadtrzykrotnie wyższa – prawie 8,5 tys. wobec 2,5 tys. w lipcu 2020 roku. Agencja prowadzi 184 projekty, podczas gdy przed rokiem było ich 175 w analogicznym czasie. Najwięcej inwestycji pochodzi z Białorusi (39), co jest efektem programu „Poland. Business Harbour”, ale to koreańskie, amerykańskie i chińskie dominują pod względem wartości (odpowiednio 3,2 mld euro, 1,18 mld euro i 1,04 mld euro). Najpopularniejsze branże to usługi wsparcia biznesu (36 inwestycji), motoryzacja (20) i elektromobilność (17). Jak podkreślają przedstawiciele PAIH, lokowanie się w Polsce branż z dużym potencjałem na przyszłość (np. wspomniana elektromobilność) potwierdza wysoką atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju i dodatkowo stale ją zwiększa. Polska staje się bowiem hubem dla projektów z tej branży, przyciągając inwestycje z pokrewnych sektorów, a także dostawców i poddostawców dla danego sektora.

Szybsze niż prognozowane odbicie w gospodarce sprawia, że aktywność klientów Citi Handlowy wraca do poziomów sprzed pandemii – wynika z raportu wynikowego banku za II kwartał. Widać to zarówno w segmencie korporacyjnym, jak i indywidualnym, m.in. po wzroście wolumenu transakcji kartami kredytowymi. Widoczna jest aktywność eksportowa firm – o 1/3 zwiększył się wolumen wymiany walut przez przedsiębiorstwa, a o 16 proc. wzrosła liczba przelewów zagranicznych. Po raz trzeci z rzędu bank znacząco zwiększył też akcję kredytową w branżach nastawionych na eksport.

Jak wynika z szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w II kwartale tego roku produkt krajowy brutto wzrósł o prawie 11 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. W ujęciu rocznym jest to najwyższy wzrost w historii.

 Oczekujemy, że szybsze niż prognozowane odbicie gospodarcze pozytywnie przełoży się na rozwój naszych klientów. Będziemy ich w tym wspierać, między innymi oferując nowoczesne rozwiązania, które ułatwią im prowadzenie biznesu w Polsce i na rynkach międzynarodowych – powiedziała podczas wideokonferencji Elżbieta Czetwertyńska, wiceprezes zarządu, kierująca pracami zarządu banku Citi Handlowego.

– Dla tych klientów, dla których rynek polski okazał się za mały i chcieli wyjść na rynki zagraniczne, Citi Handlowy jest oczywistym partnerem poprzez swoje przewagi zarówno w obszarze wymiany walut, jak i bankowości transakcyjnej oraz globalnej sieci – podkreśla Natalia Bożek, wiceprezes zarządu banku do spraw finansowych.

Według szacunków banku wzrost eksportu w całym 2021 roku sięgnie 15 proc., a w 2022 roku dołoży kolejne 10,7 proc.

– Dzięki doświadczeniu zdobytemu wśród globalnych firm digital Citi Handlowy stworzył unikatową ofertę dla klientów z obszaru e-commerce, która proponuje zarówno automatyzację procesów, jak i transakcje wymiany walut i zarządzanie płynnością. Jesteśmy bankiem pierwszego wyboru dla firm globalnych, natomiast w tym kwartale skoncentrowaliśmy się na małych firmach, które mają aspiracje, by działać globalnie, i do nich ta oferta została dostosowana – mówi Natalia Bożek.

W wolumenach transakcyjnych Citi Handlowego rośnie udział firm nowej ekonomii, zwłaszcza z segmentów gier mobilnych i dowozów jedzenia, dynamicznie się rozwijających podczas pandemii. Depozyty globalnych firm digital na koniec czerwca w banku były o ponad połowę wyższe niż w grudniu zeszłego roku. Wspieraniu tego segmentu służy nawiązana niedawno współpraca ze spółką PayU oferującą szybkie płatności online.

– Widzimy obiecującą dynamikę w segmencie bankowości przedsiębiorstw, czego zdecydowanym dowodem jest wzrost produkcji przemysłowej. Na podstawie danych z II kwartału widać, że jest on znacznie powyżej trendu jeszcze sprzed czasów pandemii – podkreśla wiceprezes zarządu do spraw finansowych. – Beneficjentami tej produkcji przemysłowej są główne gałęzie przemysłu, które stoją za wzrostem eksportu, zwłaszcza urządzenia elektryczne i elektroniczne. Cieszy nas fakt, że Bank Handlowy podąża za tymi trendami, że wolumeny kredytowe w branży produkcji urządzeń elektronicznych i elektrycznych osiągnęły 14 proc. wzrostu rok do roku.

Odbicie w gospodarce wiąże się także z większym optymizmem wśród klientów indywidualnych banków.

Zauważyliśmy prawie że powrót do zachowań sprzed pandemii, co się przejawia m.in. we wzroście transakcyjności. Analizując dane transakcyjne dla wydatków na karcie kredytowej, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, widzimy, że wolumeny w II kwartale tego roku były istotnie wyższe niż przed rokiem. Istotne jest również to, że w tym okresie one z miesiąca na miesiąc wykazywały trend wzrostowy – podkreśla Natalia Bożek.

O lepszych nastrojach konsumentów mogą świadczyć przykładowo dane o dobrej dynamice przychodów prowizyjnych na kartach kredytowych (o 12 proc. w ujęciu kwartalnym) czy wyższej transakcyjności w branży turystycznej. O ponad 120 proc. wzrosła sprzedaż kart kredytowych u partnera banku – sieci handlowej OBI.

W raportowanym okresie straciły na atrakcyjności depozyty, co nie dziwi, zważywszy na 5-proc. inflację i praktycznie zerowe stopy procentowe. W ujęciu kwartalnym ich wartość spadła o 4 proc., a rok do roku aż o 23 proc. Z kolei inwestycje i ubezpieczenia odnotowały wzrost o jedną czwartą w porównaniu ze stanem sprzed roku.

W II kwartale byliśmy świadkami wzrostu sprzedaży produktów inwestycyjnych. W efekcie w segmencie wealth management portfel środków pod zarządzaniem osiągnął rekordowy poziom, co w połączeniu ze spadkiem salda depozytów klientów indywidualnych kwartał do kwartału pokazuje, że nasi klienci bardzo aktywnie poszukują alternatyw dla ochrony wartości swoich aktywów finansowych – wyjaśnia Natalia Bożek

Sprzedaż produktów inwestycyjnych w II kwartale wzrosła aż o 34 proc., a saldo produktów inwestycyjnych – o 39 proc. w ujęciu rocznym. Jak podkreślają przedstawiciele banku Citi Handlowy, trend wzrostowy utrzymywał się również w lipcu, co dobrze wróży również na drugą połowę roku.

Zysk netto banku w II kwartale 2021 roku wyniósł 73 mln zł i był o 19 proc. niższy niż w I kwartale, co wynikało z niższej aktywności w obszarze działalności skarbcowej. Ten obszar odpowiadał jednak za dynamiczny wzrost w I kwartale. W całej I połowie roku zysk netto dla akcjonariuszy wyniósł blisko 468 mln zł i był trzy razy wyższy niż w 2020 roku. Przedstawiciele banku Citi Handlowy podkreślają, że dzięki silnej bazie kapitałowej może on wypłacić 100 proc. zysku za 2020 rok.

Firmy rodzinne są w Polsce jednym z kół zamachowych gospodarki, generują ok. 1/5 krajowego PKB. Ich wyróżnikiem jest to, że na tle ogółu lepiej radzą sobie z kryzysami i rynkowymi zawirowaniami. Potwierdził to też okres pandemii, w którym spółki rodzinne notowane na GPW zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż nierodzinne biznesy. Nie oznacza to jednak, że wszystkim udało się przetrwać ten trudny okres. – W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi dr hab. Krzysztof Safin z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

 Przedsiębiorstwa rodzinne dobrze radzą sobie z kryzysami, a z pewnością lepiej niż firmy nierodzinne. Przykładowo ostatni kryzys finansowo-ekonomiczny z lat 2008–2009 pokazał, że kiedy wszyscy się zamykali, przedsiębiorstwa rodzinne trwały. Kiedy wszyscy zwalniali, przedsiębiorstwa rodzinne pracowników zatrzymywały. Mamy wiele przesłanek, aby sądzić, że w okresie kryzysu pandemicznego sytuacja może być podobna – mówi dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego i inicjator Kongresu Firm Rodzinnych we Wrocławiu.

Z marcowego raportu opracowanego przez Grant Thornton („Firmy rodzinne na GPW”) wynika, że co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie jest przedsiębiorstwem rodzinnym. Na rynku głównym jest ich 139. Podczas wielu rynkowych zawirowań, w tym też w okresie pandemii COVID-19, zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż spółki nierodzinne. Między IV kwartałem 2019 roku a III kwartałem 2020 roku rentowność EBITDA dla spółek rodzinnych wyniosła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych – 10,8 proc. Zysk netto wyniósł w tym okresie 2,7 proc. w spółkach rodzinnych, a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc.

– Z wielu badań wynika, że firmy rodzinne szybko zareagowały na kryzys. Próbowały się ratować, np. kierując pracowników na urlopy, ograniczając czas zatrudnienia czy ograniczając inwestycje. Ratowały się też nowymi instrumentami, chociażby pracą zdalną. W przypadku wielu z nich zaskoczeniem było to, że w ogóle potrafiły to zrobić. Po pierwszym okresie szoku okazało się, że firmy rodzinne wychodzą z chwilowej zapaści, rozszerzając swoją paletę usług i obszar produkcji – podkreśla ekspert.

Grant Thornton wskazuje, że indeks GT Rodzinne, który obrazuje zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, w okresie luty 2020 – luty 2021 zyskał 57 proc., podczas gdy WIG20 stracił 5 proc. To powoduje, że podczas rynkowych i gospodarczych zawirowań inwestorzy darzą spółki rodzinne większym zaufaniem. Nie oznacza to jednak, że wszystkim takim podmiotom udało się przetrwać dotychczasowe pandemiczne turbulencje.

– Trudno powiedzieć, ile firm zostało zamkniętych albo zawiesiło działalność z powodu COVID-19. Firmy rodzinne są bardzo zróżnicowane i wiele zależy od tego, jak długą mają historię, w jakim sektorze funkcjonują, kiedy zaczęły swój rozwój etc. W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej, która musiała się zamknąć na wiele miesięcy, ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi profesor wrocławskiej WSB.

Dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego wskazuje, że ta grupa przedsiębiorstw boryka się z podobnymi problemami co cały rynek. Jednak ze względu na osobiste zaangażowanie właścicieli częstokroć radzi sobie z nimi dużo lepiej. 

– Okres pandemii sprawia, że modele biznesowe podlegają weryfikacji, bo nie wszystkie się sprawdziły. Firmy, które nie potrafiły szybko przejść na inne formy działalności przestały funkcjonować albo popadły w głęboki kryzys. Natomiast w firmach rodzinnych – i to jest ich duży wyróżnik – zdolność elastycznego reagowania jest dużo większa niż w pozostałych. To wynika m.in. z bezpośredniego zaangażowania przedstawicieli rodziny, bo w rodzinnych przedsiębiorstwach jest właściciel, lecz także jego dzieci, dalsza rodzina i każdy z nich identyfikuje się z firmą i angażuje się mocniej. Dzięki temu nowe pomysły i innowacje są zgłaszane intensywniej niż w firmach nierodzinnych – wyjaśnia dr hab. Krzysztof Safin.

Do głównych wyzwań, jakie stoją przed rodzinnym biznesem, trzeba doliczyć też sukcesję pokoleniową. Dane Instytutu Biznesu Rodzinnego, przytaczane przez Ministerstwo Rozwoju, pokazują, że w ciągu najbliższych pięciu lat sukcesję planuje ok. 57 proc. firm rodzinnych w Polsce, ale tyko 8,1 proc. następców chce poprowadzić w przyszłości firmy rodziców. Ekspert wrocławskiej WSB wskazuje, że ten problem dotyczy zwłaszcza małych biznesów.

– Istnieje cała rzesza firm rodzinnych – nie tylko w Polsce, lecz także na Zachodzie Europy – które nie mają sukcesorów nie dlatego, że właściciele nie mają dzieci, ale dlatego, że jest to dla nich zbyt małe wyzwanie. One często robią już kariery w dużych korporacjach. Tak więc jest to problem w przypadku małych firm. Natomiast w przypadku średnich i dużych istotnym czynnikiem będą z kolei fundacje firm rodzinnych – mówi dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego.

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej – opracowany przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii – został upubliczniony w marcu tego roku. Zakłada, że w Polsce od 1 stycznia 2022 roku pojawi się możliwość zakładania fundacji przez firmy rodzinne. Ma to umożliwić polskim przedsiębiorstwom kompleksowe zaplanowanie sukcesji pokoleniowej i określenie m.in. kto ma zostać właścicielem firmy, kto ma nią zarządzać i kto może czerpać z niej finansowe korzyści. Projektowana ustawa ma też wyeliminować ryzyko konfliktów okołospadkowych oraz zapewnić ochronę przed rozdrobnieniem majątku i niekontrolowanym podziałem firmy rodzinnej wskutek dziedziczenia. Resort finansów zakłada, że ustawa trafi do Sejmu po wakacjach.

– Ustawa ta – długo wyczekiwana, opracowywana już od dłuższego czasu ku zadowoleniu wielu przedsiębiorstw rodzinnych – będzie istotnym elementem wspierającym ich funkcjonowanie i rozwój. Dotyczy to jednak raczej większych i średnich firm rodzinnych. Szacuje się, że pozytywne efekty będą dotyczyć około 5 tys. takich  przedsiębiorstw, podczas gdy na rynku mamy ich w sumie setki tysięcy – mówi Krzysztof Safin.  

Z danych Ministerstwa Rozwoju wynika, że z ponad 2 mln polskich przedsiębiorstw prywatnych prawie 830 tys. to właśnie firmy rodzinne. Najwięcej jest ich w branży handlowej (32 proc.), przetwórstwa przemysłowego (16 proc.), budowlanej (12 proc. ) oraz usług profesjonalnych (11 proc.). Co istotne, ich wpływ na gospodarkę sukcesywnie rośnie. Podczas gdy jeszcze w 2009 roku firmy rodzinne wytwarzały ok. 10 proc. polskiego PKB, tak obecnie jest to już ok. 18 proc., czyli ponad 330 mld zł (dane PARP). To oznacza, że średnio co piąta wypracowana w kraju złotówka jest efektem działalności firm rodzinnych. Pod tym względem wciąż daleko nam jednak do rozwiniętych gospodarek, w których wpływ firm rodzinnych na PKB przekracza nawet 50 proc.

Z ubiegłorocznego raportu „Najmocniejsze marki rodzinne”, opracowanego przez Fundację Firm Rodzinnych, wynika, że dziesiątka najbardziej rozpoznawalnych marek rodzinnych w Polsce to: Grycan, Black Red White, Solaris, Komputronik, Koral, Wedel, Kania, Olewnik, Tarczyński i Ziaja. Dalej uplasowały się też m.in. dr Irena Eris, Mokate, Adamed, Roleski, Pruszyński, Blikle, W. Kruk i Gessler. W tym zestawieniu znalazło się jednak kilka firm, które – choć zmieniły właścicieli i już od kilku lat nie kwalifikują się jako firmy rodzinne – to nadal są tak przez Polaków postrzegane.

Podsumowanie dotychczasowych zmagań przedsiębiorców z pandemią i perspektywy na przyszłość będą głównymi tematami IV Kongresu Firm Rodzinnych, który odbędzie się na początku września we Wrocławiu.

– W czasie Kongresu chcemy pokazywać, w jaki sposób firmy rodzinne są przygotowane na wyzwania popandemiczne. Te wyzwania dotyczące samej przyszłości będą pewnie jeszcze przez wiele lat stygmatyzowane covidem. Chcemy porozmawiać o tym, jak firmy sobie poradziły, jakie są instrumenty, aby mogły sobie poradzić lepiej, jaka instytucja może im pomóc – wskazuje profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Pandemia COVID-19 i szybki rozwój e-commerce wywołały boom na rynku kurierskim. Według UKE w ubiegłym roku wolumen dostarczonych przesyłek wzrósł aż o 45 proc., a przychody operatorów działających na tym rynku – o 33 proc. UKE prognozuje, że w najbliższych latach ten wzrostowy trend się utrzyma. Najwięksi gracze inwestują więc w rozwój sieci punktów odbioru. Sieć DHL POP urośnie w najbliższych miesiącach do 12 tys. lokalizacji.

– Olbrzymie wzrosty, jakie kanał e-commerce odnotował w Polsce w czasie epidemii COVID-19, miały bezpośrednie przełożenie na rynek usług logistycznych. Zwiększona aktywność Polaków w zakresie zakupów internetowych napędzała liczbę przesyłek rozwożonych przez firmy kurierskie. Jeszcze przed epidemią rynek przesyłek rósł w szybkim, dwucyfrowym tempie, a w ubiegłym roku ten wzrost przyspieszył prawie dwukrotnie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Bandera-Sikorska, menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Pandemia COVID-19 zmieniła zwyczaje zakupowe Polaków, którzy dużą część swoich wydatków przenieśli do e-commerce. Z badania KPMG („Nowa rzeczywistość: konsument w dobie COVID-19”) wynika, że 71 proc. konsumentów rezygnowało w tym czasie z tradycyjnych zakupów i produkty inne niż spożywcze kupowali na ogół w sklepach internetowych. 34 proc. Polaków natomiast zaczęło kupować w internecie produkty, których wcześniej nie zamawiali online. W efekcie – jak pokazują z kolei szacunki PwC – w 2020 roku sprzedaż dóbr online w Polsce zwiększyła się o 35 proc. r/r, a kanał online zyskał już 14-proc. udział w wartości sprzedaży detalicznej. Z kolei cały rynek internetowego handlu w Polsce osiągnął już wartość ok. 100 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce pociągnął za sobą rekordowe wzrosty na rynku usług kurierskich i logistycznych. Urząd Komunikacji Elektronicznej – we wstępie do majowego „Raportu o stanie rynku pocztowego w 2020 roku” – wskazuje, że w ubiegłym roku można wręcz mówić o boomie, zwłaszcza w segmencie przesyłek kurierskich. Operatorzy działający na tym rynku zwiększyli swoje przychody łącznie aż o prawie 1,7 mld zł w stosunku do 2019 roku. To zaś oznacza blisko 33-proc. wzrost r/r. Wolumen dostarczonych przez nich przesyłek zwiększył się zaś aż o 196 mln sztuk, co oznacza prawie 45-proc. wzrost.

– W tej chwili wzrost rynkowy przechodzi z gwałtownego w stabilny, jednak większość Polaków deklaruje utrzymanie częstotliwości zakupów online na tym samym poziomie również po zakończeniu pandemii COVID-19. Ponadto milowy krok wykonany przez branżę kurierską w ciągu ostatniego roku sprawia, że prognozy na 2021 rok zakładają już przekroczenie progu 1 mld rozwiezionych przesyłek – wskazuje menedżer ds. analiz rynkowych i cen w firmie DHL Parcel Polska, która w ostatniej edycji branżowego badania satysfakcji klientów „Operator Logistyczny Roku” została wyróżniona tytułem najlepszego dostawcy usług logistycznych w e-commerce.

Firma doradcza PwC prognozuje średnioroczny wzrost branży e-commerce o 12 proc., do wartości 162 mld zł brutto w 2026 roku. Co istotne, badania przeprowadzone przez PwC pokazują, że nie jest to jednorazowy pik, ale trwałe zwiększenie popularności e-zakupów. Po zakończeniu pandemii COVID-19 aż 74 proc. Polaków planuje utrzymać dotychczasowy poziom zakupów internetowych, a 10 proc. zamierza je nawet zwiększyć.

Wpłynie to również na rozwój rynku usług logistycznych i kurierskich.

– Szybki rozwój e-commerce wymusza na firmach kurierskich coraz lepsze dostosowanie usług do potrzeb prywatnego odbiorcy, który chce mieć możliwość odbioru przesyłki w dogodnym dla siebie czasie i miejscu. W efekcie sektor odbiorów poza domem (OOH) przeżywa w ostatnich kilkunastu miesiącach okres rozkwitu. Jest on widoczny zarówno w rosnącej liczbie przesyłek kierowanych do punktów odbioru, jak i w rosnącym zadowoleniu klientów korzystających z tej formy dostawy – mówi Joanna Bandera-Sikorska.

Jak wskazuje UKE, wszyscy najwięksi gracze na rynku kurierskim zapowiadają m.in. dalsze inwestycje w sieci punktów odbioru. Należy do nich także DHL Parcel, którego sieć DHL POP w najbliższych miesiącach urośnie już do 12 tys. lokalizacji. W efekcie 80 proc. klientów będzie mogło w mniej niż 10 min dotrzeć do takiego punktu odbioru z domu bądź pracy. Już w tej chwili paczkę można odebrać przez siedem dni w tygodniu, nawet do godz. 23.00, płacąc kartą za pobranie. Z DHL POP współpracują też najwięksi gracze e-commerce, tacy jak np. Zalando czy CCC, którzy oferują swoim klientom tę formę dostawy. W efekcie wolumen przesyłek obsługiwanych w punktach DHL POP w ostatnich latach rósł nawet o 100 proc. rocznie. Ta forma dostawy jest też coraz bardziej popularna i doceniania przez klientów, notując bardzo dobre wyniki w badaniu lojalności Net Promoter Score.

 Wskaźnik lojalności NPS wśród klientów DHL POP w tym roku sięgnął 75 punktów i jest to wynik o kilka punktów lepszy niż jeszcze w ubiegłym oraz o kilkanaście punktów wyższy niż w 2019 roku – mówi menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Resort finansów upublicznił pod koniec lipca projekt przepisów podatkowych Polskiego Ładu. Nie pozostaną one bez konsekwencji dla finansów samorządów. W latach 2022–2030 z ich budżetów zniknie łącznie 145 mld zł. Najbardziej ucierpią duże miasta, takie jak Warszawa, którą Polski Ład będzie kosztował 1,7 mld zł. Jednostki samorządu terytorialnego obawiają się, że będą zmuszone likwidować część usług, z których korzystają mieszkańcy, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty. Dlatego zaapelowały do rządu o wprowadzenie mechanizmów, które uchronią je przed radykalnym spadkiem dochodów. Chcą m.in. większego udziału samorządów w podatkach PIT.

 Związek Miast Polskich wyliczył, że na Polskim Ładzie stracimy w ciągu dekady ok. 145 mld zł, więc są powody do obaw – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika, przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Ministerstwo Finansów opublikowało 26 lipca br. projekt zmian w ustawach o PIT i CIT, które są częścią zapowiadanego od kilku tygodni Polskiego Ładu. Najważniejsze projektowane zmiany to m.in. zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, podniesienie drugiego progu podatkowego z 85,5 do 120 tys. zł i wprowadzenie ulgi podatkowej dla klasy średniej.

Resort wyliczył, że na projektowanych zmianach ma skorzystać 18 mln Polaków, w których kieszeni zostanie w sumie ok. 14 mld zł rocznie. Podatek PIT przestanie płacić prawie 9 mln Polaków, w tym ok. 70 proc. emerytów i rencistów. Z kolei zwiększenie progu podatkowego o 40 proc. już od 2022 roku spowoduje, że liczba osób płacących 32-proc. podatek spadnie o połowę. Konsultacje społeczne projektu przepisów podatkowych Polskiego Ładu mają potrwać do 30 sierpnia br.

Planowane przez rząd zmiany podatkowe będą mieć duże przełożenie także na finanse samorządów. Środki z podatków dochodowych są dla nich główną pozycją w budżetach, stanowią ok. 20 proc. regularnych dochodów, więc Polski Ład je znacznie uszczupli. Jak wynika z oceny skutków regulacji przedstawionej przez Ministerstwo Finansów, w ciągu 10 lat jednostki samorządu terytorialnego stracą 145 mld zł. W przypadku Warszawy będzie to kwota 1,7 mld zł rocznie, a Krakowa – ponad 500 mln zł.

– Każde miasto posiada indywidualne wyliczenia, w przypadku Rybnika mówimy o stracie ok. 57 mln zł rocznie. Jesteśmy na etapie tworzenia budżetu na kolejny rok i czekamy na wskaźniki, które przychodzą co roku z Ministerstwa Finansów. Zobaczymy, jakie one będą. Wiadomo jednak, że wydatki bieżące miasta rosną, a to bardzo ważny element budżetu – mówi Piotr Kuczera.

Samorządowcy wskazują, że Polski Ład zabierze lokalnym wspólnotom pieniądze, z których opłacane są usługi najbliższe mieszkańcom, takie jak edukacja, komunikacja publiczna, gospodarka odpadami czy sport. W efekcie JST będą zmuszone likwidować część usług, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty.

– Z jednej strony mamy budżety inwestycyjne i tutaj obawy są mniejsze. Problemem będzie jednak bieżące funkcjonowanie miast. Ten dochód bieżący służy m.in. finansowaniu dopłat do oświaty, do komunikacji miejskiej i wszystkich innych rzeczy, które budują komfort funkcjonowania miasta i mieszkańców. Chcielibyśmy, żeby cena tego komfortu była jak najniższa. Niestety finansowanie wydatków bieżących będzie pochłaniało coraz większe kwoty, a to oznacza, że część będzie przerzucana na mieszkańców. To nigdy nie jest popularne, ale ekonomia jest jedna: rząd zabiera samorządom, więc te będą musiały szukać tych pieniędzy gdzie indziej – wyjaśnia prezydent Rybnika.

Osiem organizacji samorządowych na początku sierpnia wystosowało apel do rządu, w którym zwracają uwagę na skutki projektowanych zmian. Uruchomiony przez nie kalkulator na stronie www.natwojkoszt.pl pozwala też wyliczyć, ile poszczególne miasta stracą na Polskim Ładzie już w 2022 roku.

Tym samym korzyści, o których mówi rząd, w postaci kilkudziesięciu złotych miesięcznie dla najmniej zarabiających, znikną wraz z gigantycznym spadkiem budżetów powiatowych i gminnych i koniecznością większej dopłaty do obiadów dzieci w szkołach, likwidacji dodatkowej matematyki czy gminnego programu szczepień dla seniorów. Uderzy to przede wszystkim w najuboższych, najmniej zarabiających i pogorszy ich sytuację życiową – czytamy w liście, pod którym podpisały się m.in. Unia Metropolii Polskich, Związek Miast Polskich i Związek Gmin Wiejskich RP.

– Przede wszystkim bardzo byśmy chcieli, żeby dochody miast były czymś pewnym. Nie chcemy klientelizmu zakładającego, że o każdy wydatek  samorząd musi wnioskować. Pewne pieniądze to te, które są w budżecie i są stałym dochodem gminy – mówi Piotr Kuczera.

Szacunki Ministerstwa Finansów zakładają, że wskutek zmian podatkowych zapowiedzianych w Polskim Ładzie dochody samorządów mają spaść o ok. 13–14 mld zł rocznie (a budżetu centralnego o 5–7 mld zł), choć opracowania ekspertów samorządowych wskazują na kwoty wyższe. Ten ubytek ma zrekompensować zapowiedziana przez premiera Mateusza Morawieckiego subwencja inwestycyjna, której wysokość będzie wyliczana na bazie algorytmu określonego w ustawie o podatku dochodowym.

Samorządowcy liczą się jednak z tym, że obiecane subwencje nie pokryją im utraty dochodów. Krytykują również postępującą centralizację państwa ze szkodą dla lokalnych społeczności. Chcą zachowania obecnego systemu finansowania samorządów, w którym pieniądze podatników zostają najbliżej miejsca ich pracy i życia, oraz zwiększenia udziału JST w podatku PIT z obecnych 50,08 do 68,42 proc.

 Zwiększenie udziału samorządów w Picie byłoby elementem dobrze widzianym – mówi przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. – Nie ma co ukrywać, mamy w tej chwili do czynienia z procesem centralizacji państwa. Mam wrażenie, że przerzucenie akcentu na możliwość pozyskiwania pieniędzy w postaci konkursowej – też nie do końca transparentnej, jak wiemy z kilku ostatnich programów – to jest dominująca tendencja w ostatnich latach. Chcielibyśmy odwrócenia tego typu trendów.

Ogólnopolskie Porozumienie Organizacji Samorządowych, do którego należy również Śląski Związek Gmin i Powiatów, w swoim stanowisku z czerwca br. postuluje o wprowadzenie mechanizmu zapewnienia samorządom także udziału w podatku VAT, a także zapewnienie JST zwolnienia z VAT od towarów i usług nabywanych do realizacji projektów inwestycyjnych.