– Tym, czego może nam brakować w najbliższych latach i co stanowi wąskie gardło w rozwoju morskiej energetyki wiatrowej, są regulacje, które wciąż w niewystarczający sposób zapewniają, że proces developmentu będzie przeprowadzony wystarczająco szybko – mówi Michał Piekarski, partner w kancelarii Baker McKenzie. Jego zdaniem realizacja tak ogromnych inwestycji może wymagać nie kosmetycznych zmian w ustawach czy rozporządzeniach, ale dedykowanej specustawy. Potrzebne jest m.in. zdecydowane przyspieszenie procesu wydawania decyzji administracyjnych i przyznawania nowych pozwoleń lokalizacyjnych na Morzu Bałtyckim. Inaczej nie uda się dotrzymać ambitnych harmonogramów inwestycyjnych, zgodnie z którymi przed 2030 rokiem moc zainstalowana w offshore mogłaby sięgnąć nawet 10 GW, o wiele więcej, niż zakłada aktualna Polityka energetyczna Polski do 2040 r​oku.

Otoczenie prawne dla rozwoju branży offshore dziś wygląda bez wątpienia lepiej niż jeszcze kilka lat temu, głównie za sprawą ustawy o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, która weszła w życie na początku 2021 roku i stworzyła podstawy dla rozwoju takich projektów. Mimo to pod względem regulacyjnym sytuacja branży offshore’owej wciąż jest jednak daleka od ideału.

Projekty w Polsce rozwijane są w dwóch fazach. Pierwsza, która teraz jest już praktycznie na etapie zakupów, czyli procurementu, zamawiania dóbr i usług na potrzeby realizacji tych projektów. Natomiast druga jest w kluczowym momencie przyznawania nowych pozwoleń lokalizacyjnych na Morzu Bałtyckim. Ta druga faza jest regulowana tzw. rozporządzeniem rozstrzygającym. I tutaj pojawiają się problemy związane z interpretacją tegoż rozporządzenia i emocje związane z tym, do czego to rozporządzenie nas zaprowadzi, kto otrzyma pozwolenia lokalizacyjne na Bałtyku. Jest więc przestrzeń do tego, żeby tę regulację wciąż poprawiać i sprawić, że ona będzie jednoznaczna, niekoniecznie promująca określone grupy inwestorów, a takie zagrożenie rzeczywiście może w tej chwili istnieć – mówi agencji Newseria Biznes Michał Piekarski, partner i szef praktyki Energetyki i Infrastruktury w kancelarii Baker McKenzie.

Jesienią ubiegłego roku zawarte zostało porozumienie sektorowe na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce, którego sygnatariuszami są m.in. organy administracji rządowej i kluczowe ministerstwa, podmioty z sektora oświaty i nauki, inwestorzy oraz organizacje branżowe – łącznie ponad 200 podmiotów. Dokument, który został dobrze przyjęty przez branżę, ma stanowić bazę do współpracy i przyczynić się do maksymalizacji tzw. local content, czyli udziału polskich przedsiębiorców w łańcuchu dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej. Rząd zapowiedział też uproszczenia dotyczące postępowań administracyjnych związanych z budową farm wiatrowych w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku. Ekspert ocenia jednak, że to wciąż za mało, aby przyspieszyć rozwój takich projektów.

– Pewne nowelizacje przepisów zostały wprowadzone, ale to jeszcze stanowczo za mało. Przy projektach o łącznej mocy niemal 11 GW, a docelowo mówimy łącznie o 15–16 GW z uwzględnieniem trzeciej fazy, nie ma przestrzeni do drobnych zmian w przepisach. To jest miejsce być może do zaprojektowania i wdrożenia specustawy, która – na wzór innych, krytycznych dla sektora energetycznego obszarów – pozwoliłaby dać impuls do rozwoju i radykalnie uprościć ścieżkę otrzymywania pozwoleń – ocenia ekspert Baker McKenzie. – Niestety szanse oceniam jako umiarkowane, de facto nie jest to aktualnie przedmiot dyskusji.

Jak wynika z szacunków WindEurope, przytaczanych w raporcie PSEW („Wizja dla Bałtyku. Wizja dla Polski”), na polskich wodach Bałtyku jest potencjał do zainstalowania 28 GW mocy. W perspektywie 2050 roku farmy wiatrowe na morzu mogłyby zaspokoić prawie 60 proc. krajowego zapotrzebowania na prąd. To jednak długofalowa, optymistyczna perspektywa, która wymagałaby mocnego impulsu rozwojowego i dużych ułatwień dla branży przy realizacji takich projektów. Jak na razie rządowa strategia zakłada, że do końca obecnej dekady moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW, a w 2040 roku – 11 GW.

– Cały czas jest wiara w to, że te harmonogramy – już teraz szalenie ambitne – w aktualnym otoczeniu prawnym są możliwe do realizacji. Chciałbym być dobrej myśli, ale wydaje mi się, że te cele i daty, o których mówimy, są jednak niewyobrażalnie optymistyczne. Aby móc ich dotrzymać, trzeba by rozpocząć rozmowy już dzisiaj – mówi Michał Piekarski. – Musimy mieć silny impuls ze strony rządu, program rozwoju morskiej energetyki wiatrowej musi być programem z całą mocą wspieranym przez państwo, również w drodze administracyjnych ułatwień, i zmobilizować inwestorów, łańcuchy dostaw i urzędy odpowiedzialne za wydawanie pozwoleń, aby druga oraz trzecia faza tych projektów rozwijała się jak najszybciej. Ten impuls i wspólne działanie są absolutnie kluczowe.

Zainteresowanie inwestorów zagranicznych realizacją inwestycji na polskich wodach Bałtyku jest ogromne, co widać po wnioskach złożonych w drugiej fazie realizacji projektów offshore’owych, czyli o wydanie pozwoleń lokalizacyjnych. W grze są najwięksi światowi gracze.

Istniejące przepisy mogą jednak – w sposób niebezpośredni – powodować, że balans między podmiotami z Polski, należącymi do Skarbu Państwa, versus podmiotami zagranicznymi w wolumenie rozdanych pozwoleń lokalizacyjnych może być lekko zachwiany. Natomiast to nie jest jeszcze przesądzone. Tajemnicą przedsiębiorstwa podmiotów zagranicznych jest to, jakie mają asy w rękawie i czego użyją w procedurze rozstrzygającej – mówi szef praktyki Energetyki i Infrastruktury w Baker McKenzie. – Perspektywa rozwoju energetyki to nie miesiące czy lata, ale dekady. Jestem pewien, że w ciągu najbliższej dekady projekty morskiej energetyki wiatrowej w Polsce będą rozwijane wspólnie przez krajowe podmioty – takie jak PKN Orlen czy PGE oraz podmioty zagraniczne, zarówno z sektora odnawialnego, a może i z branży oil and gas, która w tym momencie przechodzi transformację energetyczną.

Poza kwestiami regulacyjnymi konieczne dla przyspieszenia rozwoju offshore w Polsce jest tworzenie lokalnego łańcucha dostaw.

Aby zrealizować projekty o wartości 10, 20 czy 30 mld zł, potrzebne są nie tylko wola i finansowanie, ale też ręce do pracy. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli te projekty realizować polską kadrą. Potrzebne są również fabryki, porty instalacyjne i cały łańcuch dostaw, który już w tym momencie powinniśmy budować, żeby móc realizować projekty offshore teraz i za kilka lat – mówi Michał Piekarski.

Innowacyjne technologie cyfrowe mogą pomóc zredukować globalne emisje gazów cieplarnianych nawet o 15 proc. – wskazuje Komisja Europejska, podkreślając, że są one kluczem do osiągnięcia celów zielonej transformacji ujętych w Zielonym Ładzie. Innowacje technologiczne takie jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe już dziś pomagają przestawiać tradycyjną energetykę na zielone tory. Co więcej, znacząco obniżają także jej koszty. Dzięki nim możliwe będzie także szybsze uniezależnianie się od rosyjskich surowców: węgla, gazu i ropy naftowej. 

Jak wskazuje Komisja Europejska, cyfrowe technologie są filarem zielonej transformacji. Mają kluczowe znaczenie dla osiągnięcia przez UE neutralności klimatycznej do 2050 roku, co jest głównym celem Europejskiego Zielonego Ładu. Według szacunków, które przytacza KE, cyfrowe technologie mają potencjał, aby zredukować w tym czasie globalne emisje gazów cieplarnianych nawet o 15 proc.

Zaawansowane technologie wspierają rozwój zielonej energii, np. dostarczając nam systemy predykcji pogody czy systemy uczenia maszynowego, które zwiększają efektywność OZE – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Bednarski, prezes Vast Energy i ekspert Krajowej Izby Klastrów Energii. – Już w tej chwili koszt produkcji zielonej energii ze źródeł OZE możemy obniżyć dwukrotnie dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego np. do przewidywania pogody.

Eksperci Cleantech for Europe wskazują, że rozwój technologicznych innowacji może szybciej zapewnić Europie niezależność od rosyjskich surowców. Chodzi o rozwiązania m.in. w takich obszarach jak elektryfikacja transportu, przyspieszenie wykorzystania zielonego wodoru, zwiększanie efektywności energetycznej i magazynowanie energii. Ich wykorzystanie może być znaczącym elementem unijnej strategii REPowerUE, która została przyjęta w marcu br. w odpowiedzi na agresję Rosji na Ukrainę, co zachwiało współpracą na polu energetycznym.

Rozwiązania takie jak sztuczna inteligencja, 5G, chmura, edge computing czy internet rzeczy mogą się przyczynić m.in. do optymalizacji funkcjonowania sieci elektroenergetycznej, zapewniać cyberbezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego oraz przyczyniać się do zmniejszenia jednostkowego zużycia energii i innych zasobów, np. wody, o czym podczas Ekonomicznego Kongresu Gospodarczego w Katowicach przekonywali m.in. eksperci z takich firm jak Huawei, Vast Energy, OVHcloud czy ABB.

Takie innowacje są dziś główną siłą napędzającą rozwój energetyki, umożliwiając koncernom energetycznym zwiększenie konkurencyjności, uzyskiwanie dodatkowych źródeł przychodu, optymalizację kosztów czy podnoszenie jakości produktów i usług. Mają zastosowanie w całym łańcuchu wartości – począwszy od wydobycia surowca, poprzez wytwarzanie, przesył, dystrybucję i sprzedaż, a kończąc na zarządzaniu zużyciem energii. Dlatego wielu rynkowych graczy stawia na nie mocny akcent. Przykładem może być m.in. Tauron, który tylko w 2020 roku uzyskał pięć patentów na nowe rozwiązania, jak np. innowacyjne sposoby wychwytywania związku siarki i dwutlenku węgla. Mimo to, jak wskazuje ekspert Krajowej Izby Klastrów Energii, Polsce wciąż daleko do pozycji lidera w wykorzystaniu innowacji i cyfrowych technologii na rzecz zielonej transformacji.

– Na tle innych krajów nie jesteśmy liderem. Dobrze wypadamy pod względem procesów automatyzacji w przemyśle, szczególnie związanym z eksportem, ponieważ tam mamy narzucone pewne reguły gry, których się musimy trzymać. U dużych wytwórców przemysłowych ta cyfryzacja postępuje bardzo szybko, ale to jest grupa liderów. Natomiast za nią mamy ogromną rzeszę wyzwań związanych z efektywnością energetyczną czy tykającą bombę w postaci elektrociepłowni zasilanych węglem, które musimy przebudować. Nie zrobimy tego efektywnie bez cyfryzacji, która obniża koszty transformacji energetycznej – mówi Mariusz Bednarski.

Zielona transformacja to poważne wyzwanie nie tylko dla energetyki i przemysłu, ale i dla samorządów. W jej wdrażaniu kolosalne znaczenie mają cyfrowe technologie m.in. z zakresu efektywności energetycznej, które wpisują się w koncepcję tzw. smart city. Polskie miasta wciąż mają jednak problemy z ich wdrażaniem.

– Smart city to pojęcie znane w Polsce od wielu lat, ale wdrażane w sposób chaotyczny, nieskoordynowany. Dla przykładu wiele miast w Polsce wdrożyło już system ITS, czyli inteligentny system zarządzania ruchem, który pozwala zapewnić pierwszeństwo autobusom czy tramwajom. Z drugiej strony są w miastach takie obszary, gdzie tej cyfryzacji nie ma w ogóle. Jako użytkownicy energii wciąż nie możemy sprawdzić sobie, jaki jest koszt tej energii w czasie rzeczywistym. Tak więc przed smart city jeszcze długa droga, ale jest nadzieja, że technologia zawita pod strzechy do każdego mieszkańca, zarówno miast, jak i wsi – mówi prezes Vast Energy.

Postępująca cyfryzacja oddaje też w ręce końcowych użytkowników narzędzia pozwalające na optymalizację zużycia energii. Przykładem są inteligentne liczniki ze zdalnym odczytem energii, które pomagają konsumentom monitorować zużycie prądu, zarządzać nim i oszczędzać. W Polsce, zgodnie ze znowelizowaną ustawą Prawo energetyczne, takie inteligentne liczniki przed końcem 2028 roku mają być zainstalowane u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii.

Coraz bliżej powołania Krajowej Grupy Spożywczej. Po przyjętej w ubiegłym tygodniu uchwale Rady Ministrów trwają prace nad statutem nowego podmiotu i jego rejestracją w Krajowym Rejestrze Sądowym. Minister rolnictwa Henryk Kowalczyk zapowiada, że finalizacja procesu nastąpi na przełomie maja i czerwca. Jak podkreśla, nowy holding spożywczy ma być z jednej strony dobrym partnerem dla rolników, który wzmocni ich ochronę przed nieuczciwymi praktykami ze strony dużych kontrahentów, a z drugiej strony – zapewni niższe ceny konsumentom. Może też odpowiadać za zapasy strategiczne żywności. – Więc tych zadań może być bardzo dużo, a może nawet w przyszłości to będzie jakaś sieć handlowa, kto wie – mówi minister.

20 kwietnia Rada Ministrów przyjęła uchwałę powołującą do życia Krajową Grupę Spożywczą, a właściwie zezwalającą na włączanie do Krajowej Spółki Cukrowej, która będzie trzonem holdingu, majątku innych spółek rolnych.

Tak naprawdę zostaje nam już tylko wypracowanie statutu, podpisanie aktu notarialnego i rejestracja w Krajowym Rejestrze Sądowym. W tym momencie możemy powiedzieć, że holding spożywczy już powstał. Sądzę, że formalne powstanie, czyli wpis do KRS-u, powinno nastąpić na przełomie maja i czerwca – mówi agencji Newseria Biznes Henryk Kowalczyk, wicepremier, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Będzie to państwowy koncern rolno-spożywczy, w skład którego wejdzie 15 spółek z takich sektorów jak produkcja nasienna, produkcja cukru, skrobi czy przetwórstwo. Będą to m.in. Elewarr, odpowiadające za zapasy zbóż, Danko Hodowla Roślin, Hodowla Zwierząt i Nasiennictwo Roślin Polanowice, Kutnowska Hodowla Buraka Cukrowego czy Kombinat Rolny Kietrz.

Jest to wspólna inicjatywa Ministerstwa Aktywów Państwowych, który nadzoruje spółki Skarbu Państwa, oraz resortu rolnictwa. Jak wyjaśnia rząd, zadaniem holdingu będzie budowa przewagi konkurencyjnej na krajowym rynku rolnym i wzmacnianie pozycji polskiego rolnictwa na rynkach zagranicznych.

– Narodowy holding spożywczy przede wszystkim ma być bardzo dobrym partnerem dla rolników i łamać zmowy cenowe, bo niestety zdarzają się bardzo często takie sytuacje – mówi Henryk Kowalczyk. – Przykładowo kiedy zakłady przetwórcze wykorzystują sytuację choćby z ASF i to, że rolnik ze strefy nie może sprzedać swojej trzody, chociaż to są całkowicie zdrowe świnie. Zakłady przetwórcze oferują ceny całkowicie poniżej wartości, nawet zdarzały się, że poniżej 2 zł za kilogram żywca. Podobnie przy owocach miękkich – kiedy rolnicy zbiorą owoce, których nie są w stanie przetrzymać nawet kilkunastu godzin, więc wtedy zakłady przetwórcze proponują ceny czasami absolutnie niegodne tej wartości.

Jak podkreśla, tego typu praktyki rynkowe powodują, że konieczne są działania ochronne dla rolników. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych, takich właśnie jak występowanie ASF. Reagowanie na nieuczciwe wykorzystywanie przewagi kontraktowej na rynku rolno-spożywczym leży w gestii Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Od 2017 roku, kiedy takie interwencje zostały dopuszczone, do grudnia 2021 roku urząd wszczął 16 postępowań, w wyniku których wydanych zostało 10 decyzji dotyczących nieuczciwych praktyk. Wystosował również ponad 90 wystąpień do przedsiębiorców w sprawie praktyk nieuczciwie wykorzystujących przewagę kontraktową, a łączne kary finansowe wyniosły ponad 800 mln zł.

– Ostatnio byli u mnie też producenci chmielu, którzy narzekają na zmowy cenowe, na to, że przetwórcy od nich nie kupują chmielu, mimo że go bardzo dużo potrzebują, tylko sprowadzają z Niemiec, zamiast kupować od polskich rolników. Więc tych przykładów można by wskazywać dużo – mówi minister rolnictwa.

Rząd wyjaśnia, że jednym z celów polskiego holdingu spożywczego będzie budowa łańcucha dostaw w ramach strategii od pola do stołu. Powiązania pomiędzy spółkami w ramach grupy pozwolą zapewnić kontrolę nad każdym etapem produkcji w segmentach cukru, skrobi, zbożowo-młynarskim i przetwórstwa spożywczego. Dzięki temu spółki będą mogły zrezygnować z usług pośredników.

– Jeśli liczba pośredników pomiędzy rolnikiem a końcowym konsumentem będzie mniejsza i ci pośrednicy będą mniej zarabiać, to będzie po pierwsze wyższa cena dla rolnika, a po drugiej stronie tego łańcucha żywnościowego będzie niższa cena dla konsumenta. Więc tutaj rola holdingu jest rzeczywiście duża i mam nadzieję, że będzie to wykorzystywał – mówi Henryk Kowalczyk. – Obawy, że holding może dyktować ceny, są całkowicie nieuzasadnione. Łamanie zmów cenowych tak, natomiast dyktowanie cen nie jest możliwe. To nie jest jednak sto procent rynku ani nawet większość rynku, będzie to jednak mały udział w rynku, ale ten impuls cenowy jest dość istotny. Natomiast myślę, że obawy, że holding może dyktować ceny, są całkowicie nieuzasadnione.

Jako przykład dobrego funkcjonowania rynku minister wskazuje polskie mleczarstwo. Jego zdaniem to wynik tego, że przetwórstwo mleczarskie należy do polskiego kapitału.

– Ten rynek jest bardzo stabilny. Są godziwe dochody dla rolników, stabilna produkcja, sprzedaż, więc widać bardzo wyraźnie, że tam akurat nie potrzeba interwencji holdingu spożywczego, bo mleczarstwo ma się znakomicie. Myślę, że nie jest to przypadek, właśnie dlatego że całe przetwórstwo jest w polskich rękach, najczęściej w rękach rolników – podkreśla Henryk Kowalczyk.

Realizacja zadań Polskiej Grupy Spożywczej ma się przyczynić do poprawy bezpieczeństwa żywnościowego kraju.

– Powinniśmy również myśleć o jakimś przetwórstwie, przetwórstwie na zapasy strategiczne, na przechowalnictwo strategiczne, przecież teraz obawiamy się, czy wystarczy nam zboża na pół roku, czy na jakiś dłuższy czas z powodu wojny w Ukrainie. Holding mógłby być takim podmiotem, który skupuje zboża na zapasy strategiczne. Więc tych zadań może być bardzo dużo, a może nawet w przyszłości to będzie jakaś sieć handlowa, kto wie, to są też takie elementy, które mogłyby powodować, że rolnik nie będzie bezradny wobec wielkich koncernów – mówi minister rolnictwa.

W ubiegłym tygodniu sejmowa Komisja Finansów Publicznych pozytywnie zaopiniowała kandydaturę prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję w fotelu prezesa Narodowego Banku Polskiego. – Jego wybór powinien być dość szybki. Przeciąganie tego procesu zbyt długo oznaczałoby, że są jakieś problemy, napięcia, nie ma konsensu co do tej kandydatury, że nie wiadomo, co może się zdarzyć – wskazuje dr hab. Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert podkreśla, że za przedłużeniem kadencji obecnego szefa NBP przemawia m.in. konieczność uspokojenia sytuacji polityczno-ekonomicznej w obliczu wojny w Ukrainie, a im szybciej to się stanie, tym efekty będą szybsze i silniejsze. Dla samego Glapińskiego będzie to z kolei możliwość sprowadzenia inflacji w granice celu.

 Ponowny wybór Adama Glapińskiego na prezesa NBP jest ruchem stabilizującym polską gospodarkę – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bartłomiej Biskup z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Ten proces wyboru powinien być dość szybki. To jest ważne, ponieważ w czasie wojny w polityce pieniężnej czy ekonomicznej takie ruchy stabilizujące są bardzo cenne.

Obecna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku prezesa NBP upływa w czerwcu tego roku. Jednak prezydent Andrzej Duda już w styczniu br. zawnioskował o powołanie go w tej roli na drugą kadencję, a wniosek w tej sprawie trafił do Sejmu. To, czy prof. Adam Glapiński pozostanie na stanowisku szefa banku centralnego do 2028 roku, zależy teraz od sejmowej większości. Głosowanie w tej sprawie poprzedza opinia sejmowej Komisji Finansów Publicznych – w środę, 13 kwietnia br. udzieliła ona pozytywnej rekomendacji. Za tą kandydaturą było 27 posłów, przeciw – 26.

Podczas drugiej kadencji polityka prowadzona przez prof. Glapińskiego będzie zapewne kontynuowana, oczywiście z pewnymi zmianami wymuszonymi czynnikami zewnętrznymi, takimi jak wzrost cen surowców, na które Narodowy Bank Polski musi reagować – mówi ekspert. – Mimo to wiadomo już jednak, czego się spodziewać. Odpadnie niepewność związana z tym, że pojawi się ktoś inny, kto będzie mieć inne pomysły na gospodarkę. W przypadku prof. Glapińskiego zaletą jest też to, że jego współpraca z rządem jest już wieloletnia i nie widać tam specjalnych konfliktów.

Podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia sejmowej Komisji Finansów Publicznych prof. Adam Glapiński wziął udział w debacie, odpowiadając na pytania posłów. Prezes NBP wskazał, że priorytetem jego drugiej kadencji będzie sprowadzenie inflacji w granice celu, czyli poziomu 2,5 proc. z możliwością odchylenia o 1 punkt procentowy w górę lub w dół.

Głównym wyzwaniem najbliższej kadencji będzie z pewnością niestabilna sytuacja zewnętrzna i sytuacja na rynku surowców. Mowa tu o wojnie w Ukrainie, która wpłynie na politykę monetarną i w ogóle na całą ekonomię Europy i świata. To będzie wyzwaniem – mówi ekspert Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Bezpośrednim jego skutkiem, widocznym dla nas, jest oczywiście inflacja. Pytanie, jak zadziałają ostatnie podwyżki stóp, czy będą w stanie trochę ją zmniejszyć. Nie oczekiwałbym tu jednak szybkiego spadku i zejścia do 2–3 proc., ponieważ w krajach o dynamicznie rosnącym PKB – a takim jest Polska, ale też kraje bałtyckie i cały region Europy Środkowo-Wschodniej, inflacja zawsze będzie trochę wyższa niż w krajach, które rozwijają się wolniej.

Ekspert wskazuje, że średnia inflacja CPI w czasie kadencji prof. Adama Glapińskiego wyniosła 2,9 proc. i była zgodna ze średniookresowym celem NBP. Jednak od ubiegłego roku stale rośnie, a w marcu – według pełnych danych GUS – osiągnęła dwucyfrowy poziom 11 proc. r/r. To oznacza, że wzrost cen jest obecnie największy od prawie 22 lat. Wśród przyczyn takiej sytuacji ekonomiści zaliczają m.in. pandemiczne zaburzenia produkcji, bardzo silny wzrost cen surowców energetycznych i skutki rosyjskiej agresji przeciw Ukrainie. To problem nie tylko Polski, ale i wielu innych gospodarek Europy. W marcu br. inflacja w całej strefie euro wyniosła 7,5 proc., co oznacza, że była najwyższa w historii.

Podstawowym narzędziem walki z rosnącymi cenami są stopy procentowe, dlatego NBP rozpoczął jesienią ub.r. cykl podwyżek i proces zacieśniania polityki pieniężnej. 6 kwietnia br. Rada Polityki Pieniężnej po raz siódmy z rzędu podniosła stopy o 100 pb., w wyniku czego główna stopa referencyjna NBP wynosi w tej chwili 4,5 proc. Część ekonomistów ocenia, że bank centralny spóźnił się z reakcją, a podnoszenie stóp procentowych należało zacząć co najmniej o kilka miesięcy wcześniej.

Dzisiejsza polityka stóp procentowych jest zupełnie inna niż przez większość kadencji prezesa Glapińskiego, ponieważ teraz ona musi być dostosowana do wyzwań ostatniego roku – wskazuje dr hab. Bartłomiej Biskup. – Pierwsza kadencja prof. Glapińskiego była zróżnicowana – jej pierwsza część przypadała w spokojnych czasach dobrej koniunktury, natomiast jej końcówka przypadła już na czas pandemii i wojny, więc pojawiły się różne wyzwania. I można powiedzieć, że prof. Glapiński prowadził politykę dostosowaną do tych wyzwań. Całościowa ocena będzie uzasadniona pewnie dopiero za kilka lat, ale wskaźniki, którymi kierują się międzynarodowe instytucje finansowe, są dobre.

Podczas posiedzenia sejmowej komisji jako plus pierwszej kadencji obecnego szefa NBP wskazano utrzymujący się od kilku lat wysoki wzrost gospodarczy przy znikomym bezrobociu i utrzymującym się wzroście wynagrodzeń. W trakcie prezesury Adama Glapińskiego PKB w Polsce wzrósł o 23 proc., chociaż w tym czasie polska gospodarka mierzyła się m.in. z pandemicznym kryzysem. W tym samym czasie PKB w strefie euro wzrósł o 7 proc. NBP w odpowiedzi na zahamowanie ekonomiczne na skutek pandemii m.in. obniżył stopy procentowe i rozpoczął skup aktywów, co umożliwiło działania fiskalne wspierające gospodarkę, zapewniając jednocześnie niski koszt tych działań dla podatników. W IV kwartale ub.r. PKB w Polsce był o 4,9 proc. wyższy niż przed pandemią, podczas gdy wiele gospodarek (np. Niemcy, Włochy, Hiszpania, Czechy) nie osiągnęło jeszcze przedpandemicznego poziomu PKB.

– Po pierwszej kadencji prof. Glapińskiego mamy zwiększone rezerwy walutowe, rezerwy złota, zmniejszenie długu w stosunku do PKB i zadłużenia w ogóle – wymienia ekspert UW.

W ostatnich pięciu latach bank centralny zwiększył poziom rezerw walutowych o 55,8 mld dol. (na koniec 2021 roku osiągnęły równowartość 166 mld dol.), wzmacniając tym samym polskie bezpieczeństwo finansowe. NBP istotnie zwiększył także zasób złota, co przyczynia się do obniżenia ryzyka finansowego. W latach 2018–2019 zakupił 125 t złota, zwiększając zasób kruszcu do około 230 t. Jednocześnie w latach 2016–2021 relacja kredytu do PKB spadła do ok. 46 proc. (wobec ok. 53 proc. na koniec 2015 roku). Polska ograniczyła też zależność finansową od zagranicy, bo zadłużenie zagraniczne spadło z 75,7 proc. PKB w II kwartale 2016 roku do 56,6 proc. PKB w roku ubiegłym.

Prof. Adam Glapiński został powołany na stanowisko prezesa NBP 10 czerwca 2016 roku. Objął urząd 21 czerwca. Prezes NBP jest powoływany i odwoływany przez Sejm na wniosek Prezydenta RP na sześcioletnią kadencję. Ta sama osoba nie może jednak pełnić funkcji szefa NBP dłużej niż przez dwie kolejne kadencje. Ewentualny wybór prof. Adama Glapińskiego na to stanowisko będzie więc oznaczać, że pokieruje on bankiem centralnym do 2028 roku i będzie to jego ostatnia kadencja w tej roli.

Inflacja w Polsce jest najwyższa od ponad 21 lat, podobnie rekordowe poziomy osiąga w wielu innych krajach świata. W tej sytuacji banki centralne są zmuszone do zacieśniania polityki, co może zdławić wzrost gospodarczy, a to przy wysokiej dynamice wzrostu cen oznacza ryzyko stagflacji. Zdaniem dr. Artura Bartoszewicza z SGH podwyżki stóp są nieuniknione, a rozwój gospodarki trzeba pobudzić poprzez ułatwienia dla przedsiębiorców. Najmocniejszym pozytywnym impulsem byłby jednak koniec wojny w Ukrainie.

– Stagflacja ciąży nad Polską i nad gospodarką europejską, dlatego że skutki wojenne zakłócają łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim wprowadzają niepewność, co ograniczy potencjalny wzrost gospodarczy. Równolegle wojna połączona z ogromnymi skokami cen surowców powoduje zjawisko inflacyjne, które jest importowane do poszczególnych krajów, a Polska to dzisiaj bardzo istotnie odczuwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Artur Bartoszewicz, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Jeżeli te zjawiska zostaną połączone, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której przy wysokiej inflacji będziemy mieli niski wzrost gospodarczy, zbliżony do 2–2,5 proc. Ta wartość jest traktowana jako zbyt niska, żeby można mówić o realnym wzroście gospodarczym.

Zazwyczaj inflacja towarzyszy szybkiemu wzrostowi gospodarczemu; gdy gospodarka jest rozgrzana, pracodawcy poszukują pracowników, zwiększają moce, kuszą wyższymi płacami, co powoduje, że spada bezrobocie, konsumenci mają więcej pieniędzy w kieszeniach i rośnie konsumpcja, a konsumpcja i inwestycje to główne składowe PKB. Wówczas banki centralne, by nie dopuścić do nakręcania się spirali płacowo-cenowej i wzrostu oczekiwań inflacyjnych, czyli przyzwyczajenia się konsumentów do myśli, że inflacja będzie wysoka, zaczynają zacieśniać politykę monetarną. Robią to poprzez podwyżki stóp procentowych, interwencje walutowe, także interwencje słowne, czyli sposób komunikacji z rynkiem.

I odwrotnie: przy słabym wzroście gospodarczym inflacja zwykle jest niska, bezrobocie rośnie, firmy ograniczają inwestycje, a konsumenci – wydatki. Wtedy banki obniżają stopy procentowe i osłabiają walutę, żeby pobudzić wzrost gospodarczy, a towarzyszący tym działaniom wzrost inflacji nie jest groźny. Jednak z sytuacji, w której stagnacji lub spowolnieniu gospodarczemu towarzyszy wysoka inflacja, wybrnąć jest o wiele trudniej.

– Stagflacja jest trudna do usunięcia, dlatego trzeba z jednej strony pobudzić wzrost gospodarczy. To jest możliwe przy ustabilizowaniu sytuacji społeczno-gospodarczej, a przede wszystkim dzisiaj politycznej i geopolitycznej – tłumaczy dr Artur Bartoszewicz. – Z drugiej strony trzeba jednoznacznie ograniczać inflację. Państwo jest w stanie ograniczać czynniki wewnętrzne. Ta zmienność, która wynika z importu inflacji, a szczególnie surowcowa, może być zmniejszona, ale to wymaga czasu, dywersyfikacji dostaw, znalezienia nowych, tańszych źródeł i przełożenia tego wszystkiego na obniżenie cen surowców ostatecznie trafiających na rynek. To zajmuje dosyć dużo czasu, dlatego możemy się spodziewać, że jeżeli gospodarka wpadnie w taki stan, to nawet programy pomocowe nie będą na tyle skuteczne, by natychmiast dławić to zjawisko.

Narodowy Bank Polski rozpoczął podwyższanie stóp procentowych w październiku 2021 roku po szybkim szacunku inflacji za wrzesień, który wyniósł 5,8 proc. r/r. Zrobił to, zaskakując rynek zarówno samym faktem podwyżki, jak i jej wielkością, co natychmiast przełożyło się na wzrost rentowności polskich obligacji. Niezasygnalizowana była też kolejna, listopadowa podwyżka. Jednak od grudnia do lutego RPP działała w sposób oczekiwany przez ekonomistów. Podwyżka w marcu o 75 pb. nie była dużym zaskoczeniem, w przeciwieństwie do kwietniowej o 100 pb. Zdaniem Artura Bartoszewicza nie jest to jednak najistotniejszy czynnik dla rozwoju gospodarczego Polski.

– Wzrost gospodarczy nie będzie zależny od tego, czy zwiększymy o 100 czy 200 punktów procentowych stopy procentowe, ale od tego, jak będzie stabilizowała się sytuacja w wymiarze globalnym, międzynarodowym, a przede wszystkim jaka będzie perspektywa zakończenia wojny przy naszej granicy. Jeżeli wojna się zakończy, euforia rynku będzie na tyle duża, że nastąpi bardzo silny wzrost gospodarczy i wówczas zjawisko stagflacyjne będzie mniej ryzykowne zarówno na poziomie krajowym, jak i europejskim – argumentuje ekonomista z SGH.

W marcu inflacja w Polsce sięgnęła 10,9 proc., czyli tempa najwyższego od 2000 roku, tymczasem cel inflacyjny NBP nadal pozostaje na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym pasmem wahań +/-1 proc. Powyżej górnego ograniczenia tego pasma jesteśmy od kwietnia 2021 roku. Tak samo było przed COVID-em i tylko lockdowny spowodowały zahamowanie i gospodarki, i wzrostu cen. Dlatego stopy procentowe będą jeszcze rosły, co wyraźnie zapowiedział w kwietniowym wystąpieniu prezes Adam Glapiński. Wraz ze stopami rosną raty kredytów złotowych, choć to jest o tyle niezależne od NBP, że kredyty oparte są na rynkowych stopach, czyli WIBOR-ach.

– Podwyżki stóp procentowych są nieuniknione, bo to jest realne narzędzie walki z inflacją. Również równolegle będą musiały wzrosnąć rezerwy obowiązkowe, które nakładane są na banki komercyjne. Te dwa narzędzia mają spowodować zupełną zmianę na rynku, ważne jest, żeby one przekładały się nie tylko na wzrost kosztu kredytów, ale przede wszystkim na wzrost oprocentowania depozytów, bo trzeba ściągnąć pieniądze z rynku, trzeba zahamować nadwyżkę konsumpcji – przekonuje dr Artur Bartoszewicz.

Lokaty należą do najchętniej wybieranych instrumentów oszczędzania. Polacy niechętnie podejmują ryzyko inwestycyjne, a „bezpieczne” fundusze obligacji przyniosły pod koniec 2021 roku i na początku obecnego niewidziane w historii straty.  Banki jednak mocno wstrzemięźliwie podnoszą oprocentowania lokat. Jest to problem nie tylko konsumentów, ale i firm, które chciałyby, żeby ich nadwyżki finansowe pracowały w bankach, a w sytuacji niepewnego otoczenia i geopolitycznego, i prawno-podatkowego wstrzymują się z inwestycjami.

Pobudzanie gospodarki jest możliwe przy założeniu, że trzeba bezpośrednio wzmagać inwestycje prywatne. Oczywiście mamy narzędzia przede wszystkim usytuowane na poziomie inwestycji publicznych, zarówno środki krajowe, jak i środki europejskie przewidziane na nową perspektywę finansową, programy transferów funduszy unijnych, które będą uruchamiane, na pewno pobudzą gospodarkę. Ale przede wszystkim należy zmniejszać obciążenia dla przedsiębiorców i osób fizycznych, które decydują się podejmować działalność gospodarczą, ułatwiać takie działania, licząc się z tym, że dzisiaj dostęp do pieniądza i koszt pieniądza będzie większy  konkluduje ekonomista SGH.

– Nasze cele klimatyczne są absolutnie spójne z odejściem od paliw kopalnych z Rosji. Jeżeli chcemy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku na poziomie unijnym, musimy przecież odchodzić od paliw kopalnych w energetyce – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński, wiceminister klimatu i środowiska. Zastąpienie paliw kopalnych odnawialnymi źródłami to jednak proces zakrojony na lata, a równolegle w krótkiej perspektywie trzeba szukać dywersyfikacji dostaw tych surowców, na których w dużej mierze opiera się unijna gospodarka. Potrzebna będzie także zmiana podejścia do gazu, który miał być paliwem przejściowym w procesie transformacji energetycznej i alternatywą dla węgla.

 Wojna w Ukrainie pokazała, jak ważna w obecnych okolicznościach jest kwestia bezpieczeństwa energetycznego. To jest kierunek, nad którym Polska od lat pracuje, dywersyfikując dostawy paliw energetycznych, żeby nie być zależnym od jednego dostawcy z Rosji – mówi agencji Newseria Biznes Adam Guibourgé-Czetwertyński.

Według danych GUS, które przytacza w swojej analizie Forum Energii, obecnie 46 proc. polskich potrzeb energetycznych jest zaspokajanych przez surowce z importu. Na własne potrzeby Polska produkuje tylko 3 proc. ropy, 20 proc. gazu i 80 proc. węgla. Reszta jeszcze do niedawna pochodziła głównie z Rosji – w ciągu ostatnich 20 lat na zakup rosyjskich surowców energetycznych Polska wydała przeszło 900 mld zł. To się jednak zmienia, bo kolejne polskie rządy już od kilkunastu lat prowadzą strategię dywersyfikacji dostaw, głównie ropy i gazu. Według informacji, które na ubiegłotygodniowej konferencji przytaczał premier Mateusz Morawiecki, jeszcze w 2015 roku rosyjski gaz miał 72 proc. w polskim imporcie. Z kolei w 2021 roku ten udział spadł już do 57 proc.

Kraje Europy Środkowej i Zachodniej są w tej chwili nawet bardziej uzależnione od dostaw rosyjskich surowców niż państwa Europy Wschodniej, które w obawie przed szantażami Rosji już od dawna prowadzą politykę dywersyfikacji. Według PIE głównymi odbiorcami rosyjskiego gazu były w ostatnich latach Niemcy, Włochy i Węgry. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier przyznał ostatnio, że jego poparcie dla budowy gazociągu Nord Stream 2 i prowadzona ostatnimi laty polityka wobec Rosji okazały się błędne.

Widać rosnącą świadomość w tym aspekcie – nie tylko w Polsce, ale i w innych państwach członkowskich UE. Dla niektórych to jest być może trudna pobudka do rzeczywistości, która powoduje konieczność rewizji wcześniej prowadzonych polityk i wdrożenia dywersyfikacji, jaką w Polsce prowadzimy od lat – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska. – Derusyfikacja polityki unijnej to jest priorytet naszych działań w tym momencie.

Na forum unijnym już od kilku tygodni trwa dyskusja dotycząca konieczności wprowadzenia embarga na import surowców z Rosji. W tym tygodniu Komisja Europejska w ramach piątego pakietu sankcji zaproponowała zakaz importu węgla, natomiast Parlament Europejski prawie jednogłośnie opowiedział się w rezolucji za pełnym embargiem także na ropę, gaz i paliwo jądrowe. Na odcięcie od rosyjskiego błękitnego surowca wcześniej zdecydowały się Estonia, Łotwa i Litwa. Plan przedstawiony przez polski rząd zakłada, że u nas stanie się to do końca tego roku, podobnie jak rezygnacja z importu ropy. Z kolei węgiel z Rosji mamy przestać sprowadzać już w maju. Ustawę, która zakaże importu czarnego surowca, w czwartek przegłosował Sejm.

– Na krótką metę będą potrzebne działania dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, szybszy rozwój energetyki odnawialnej i poprawa efektywności energetycznej, które redukują zapotrzebowanie na energię produkowaną z paliw kopalnych. Po drugie – przedłużenie życia istniejących bloków energetycznych zamiast budowy nowych, które mogłyby zwiększyć naszą zależność od rosyjskich paliw kopalnych – podkreśla wiceminister.

Dotychczasowa polityka unijna w dużym stopniu opierała się na wykorzystaniu gazu ziemnego jako paliwa przejściowego – bo bardziej ekologicznego niż węgiel – w  transformacji energetycznej.

Jeśli nie będziemy w stanie importować tego paliwa z innych źródeł niż rosyjskie, to możemy być podatni na szantaż, który stosuje Rosja – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński. – Wojna w Ukrainie uświadomiła nam wagę bezpieczeństwa energetycznego. Nie możemy sobie dłużej pozwolić na politykę energetyczno-klimatyczną, która zwiększyłaby naszą zależność od rosyjskich paliw kopalnych.

Zgodnie z rządowym planem rezygnacja z rosyjskich surowców do końca 2022 roku ma być możliwa m.in. dzięki poprawie efektywności energetycznej, rozwojowi energetyki jądrowej i technologii magazynowania energii oraz inwestycjom w OZE. Jednak dla zapewnienia ciągłości dostaw energii podjęte zostaną też działania mające na celu utrzymanie gotowości do pracy jednostek węglowych.

Na długą metę nasze cele klimatyczne są absolutnie spójne z odejściem od paliw kopalnych z Rosji. Jeżeli chcemy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku na poziomie unijnym, musimy przecież odchodzić od paliw kopalnych w energetyce – mówi wiceminister klimatu i środowiska.

Jak wskazuje, w dążeniu zarówno do neutralności klimatycznej, jak i niezależności od rosyjskich paliw rząd zamierza też postawić na wykorzystanie nowych technologii.

Jedną z takich technologii są niewątpliwie magazyny energii, potrzebne do stabilizacji systemu energetycznego opartego na źródłach odnawialnych. Ale to są też między innymi tzw. technologie CCS, umożliwiające pochłanianie i składowanie dwutlenku węgla. Wiadomo, że w niektórych procesach przemysłowych w niektórych obszarach naszej gospodarce trudno będzie zupełnie zrezygnować z emisji gazów cieplarnianych. Właśnie dla takich obszarów potrzebne są technologie, które pomogą wychwytywać CO2 i składować je na długi okres – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński.

Jak poinformowała minister klimatu i środowiska Anna Moskwa, Polska posiada alternatywną drogę dostaw ropy – przez terminal naftowy w Gdańsku, którego możliwości przeładunkowe wynoszą 36 mln t rocznie i są wystarczające dla zapewnienia zapotrzebowania polskich rafinerii. Większego problemu nie będzie stanowić też rezygnacja z rosyjskiego węgla, którego w 2021 roku Polska kupiła 8 mln t. Z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że choć udział Rosji w imporcie węgla do Polski sięga ok. 70 proc., to jego udział w całym krajowym zużyciu tego surowca wynosi ok. 8,5 proc., a polskie zapotrzebowanie na ten surowiec jest w większości (ok. 80 proc.) zaspokajane przez źródła krajowe. Importowany węgiel trafia niemal wyłącznie do gospodarstw domowych, a sektor energetyczny jest od niego niezależny. Ewentualne braki importu węgla rosyjskiego nie stanowią też ryzyka dla dostarczania ciepła do gospodarstw domowych oraz stabilnych dostaw prądu. Ewentualne zapotrzebowanie można zaś uzupełnić dostawami węgla z Czech, które obok Australii są największym eksporterem tego surowca do Polski.

Bardziej problematyczna będzie natomiast rezygnacja z rosyjskiego gazu, ale jak wskazuje rząd, ma to być możliwe m.in. dzięki prowadzonym od lat inwestycjom w projekty dywersyfikacyjne. Gazociąg Baltic Pipe ma już niedługo umożliwić przesył 10 mld m³ gazu ziemnego rocznie z Norwegii do Polski oraz 3 mld m³ gazu z Polski do Danii. Z kolei prowadzona obecnie rozbudowa terminalu LNG w Świnoujściu znacznie zwiększy jego moce regazyfikacyjne i wprowadzi nowe funkcjonalności dotyczące m.in. zwiększenie elastyczności dostaw do terminalu oraz dywersyfikacji transportu lądowego przez instalację przeładunkową LNG. Z kolei nowy terminal LNG (FSRU) w rejonie Gdańska ma umożliwić efektywne rozprowadzenie gazu do klientów zarówno w Polsce, jak i w regionie CEE.

– Realizujemy cztery programy w Rumunii, Bułgarii, Chorwacji i Grecji, ale skala programu w Polsce jest mniej więcej taka sama albo nawet większa niż w tych czterech pozostałych razem wziętych – mówi Magnar Ødelien z agencji Innovation Norway, która jest norweskim partnerem PARP we wdrażaniu programu „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje” finansowanego z Funduszy Norweskich. – Ten program spotyka się z dużym zainteresowaniem polskich przedsiębiorców – dodaje Mikołaj Różycki, zastępca prezesa PARP. Obecnie dobiega końca nabór w po raz drugi ogłoszonym konkursie „Blue Growth – Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. Jeszcze tylko do 7 kwietnia br. o dofinansowanie mogą się ubiegać projekty dotyczące zrównoważonego rozwoju obszarów wodnych.

 Na tle innych możliwości finansowania projektów inwestycyjnych w firmach Fundusze Norweskie są relatywnie wysoko popularne. Konkurs w schemacie Blue Growth ogłaszamy po raz drugi, natomiast w trzech innych obszarach tematycznych (zielone technologie, technologie poprawiające jakość życia czy projekty realizowane przez firmy kobiece) środki norweskie zostały już przyznane i trwa realizacja projektów – mówi agencji Newseria Biznes Mikołaj Różycki.

Norwegia nie jest członkiem UE, jednak poprzez specjalny, bezzwrotny instrument finansowy – czyli właśnie Fundusze Norweskie – zapewnia swój wkład w tworzenie zielonej, nowoczesnej i zintegrowanej Europy. Mechanizm ten jest dostępny w państwach, które przystąpiły do UE po 2003 roku, czyli również w Polsce. W ramach tego instrumentu polskie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa mogą się ubiegać o granty na realizację projektów związanych np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych i ekonomicznych.

– Dla polskich MŚP te fundusze to kolejna – poza środkami europejskimi czy krajowymi – możliwość, żeby się rozwijać, więc przedsiębiorcy są nimi żywo zainteresowani – mówi zastępca prezesa PARP.

Jak zauważa, na tle programów unijnych Fundusze Norweskie wyróżniają wyspecjalizowane ścieżki tematyczne, a środki są dedykowane przedsiębiorcom z wąskiej grupy ściśle określonych branż.

– Te fundusze bardzo dobrze pasowały do naszej koncepcji rozwoju, bo w naszych produktach też mamy dużo rozwiązań związanych z energooszczędnością, a to było jednym z podstawowych parametrów otrzymania dotacji – mówi Witold Levén, jeden z beneficjentów, prezes firmy Leven Group, specjalizującej się w rozwiązaniach i specjalistycznych urządzeniach dla branży gastronomicznej.

Kończony przez spółkę projekt Green Growth został sfinansowany ze środków norweskich na lata 20142021. Obejmował on budowę nowoczesnej hali produkcyjno-magazynowej wraz z panelami fotowoltaicznymi i innymi energooszczędnymi rozwiązaniami.

Stwierdziliśmy, że potrzebujemy w naszych okapach nowych rozwiązań i jednym z wariantów dojścia do tego celu było pozyskanie dotacji, żeby można to było lepiej sfinansować, niż sami byśmy to zrobili. Dotację wykorzystaliśmy na budowę nowej hali i maszyny do produkcji nowych rozwiązań. Mamy tu także zainstalowane pompy ciepła i fotowoltaikę – wymienia Witold Levén.

Przyznaliśmy dofinansowanie ponad 180 projektom na kwotę prawie 95 mln euro. W tym momencie minęliśmy półmetek, bo ponad 60 proc. z tych projektów już ma podpisane umowy i jest realizowanych. Konkurs po raz pierwszy ogłosiliśmy w 2019 roku, a w maju 2020 roku był termin składania wniosków. Nasze oczekiwania zupełnie minęły się z rzeczywistością, ponieważ zainteresowanie było ponad trzykrotnie większe niż budżet, jakim dysponowaliśmy wtedy. Teraz mamy już zwiększony budżet, właśnie dlatego że było bardzo dużo dobrych projektów, które były na liście rezerwowej – wyjaśnia Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP. – Natomiast z niektórych programów zostały nam oszczędności i z nich uruchomiliśmy kolejny konkurs.

Dodatkowym konkursem jest prowadzony właśnie nabór do „Blue Growth – innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie – wynoszące od 200 tys. do nawet 2 mln euro – mogą się ubiegać projekty dotyczące zrównoważonego rozwoju obszarów wodnych, ekologii i turystyki. Środki otrzymane w konkursie Blue Growth firmy będą mogły przeznaczyć na inwestycje, np. na zakup maszyn, roboty budowlane, eksperymentalne prace rozwojowe albo usługi doradcze. O wsparcie mogą się ubiegać mikro-, mali i średni przedsiębiorcy zarejestrowani na terenie Polski, a wnioski można składać jeszcze do 7 kwietnia br., za pośrednictwem specjalnej aplikacji dostępnej na stronie PARP.

– Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest operatorem Funduszy Norweskich po raz pierwszy i jesteśmy wdzięczni za zaufanie, jakim obdarzyła nas Norwegia jako kraj darczyńcy – mówi Monika Karwat-Bury.

– Pracujemy z PARP już od kilku lat i w porównaniu z innymi programami, które organizujemy, ta współpraca układa się naprawdę dobrze – mówi Magnar Ødelien, Programme Director EEA Norway Grants w Innovation Norway. – Realizujemy jeszcze cztery takie programy w Rumunii, Bułgarii, Chorwacji i Grecji, ale jego skala w Polsce jest mniej więcej taka sama albo nawet większa niż tych czterech programów razem wziętych. Główna różnica pomiędzy Polską a przynajmniej częścią pozostałych państw realizujących podobne programy polega na tym, że polskie firmy są bardziej zaawansowane, mają bardziej zbliżony charakter do tych z północnej części Europy i często są po prostu lepiej rozwinięte niż w innych krajach.

Co istotne, jednym z głównych celów Funduszy Norweskich jest też stymulowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami z Polski i Norwegii. Dlatego firmy, które zgłaszają się po granty w ramach tego instrumentu, otrzymują możliwość budowania partnerstwa z norweskimi firmami i wejścia na tamtejszy rynek.

– Te stosunki dwustronne są ważnym elementem Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Polskie MŚP współpracują z norweskimi partnerami, co przekłada się na obopólne korzyści. Tworzą coś wspólnie, współpracują, uczą się od siebie nawzajem, dzielą się wiedzą i technologią oraz zdobywają doświadczenie w zakresie współpracy międzynarodowej i na rynku wewnętrznym – mówi Margrethe Asserson, Programme Manager w Financial Mechanism Office.

W ramach Funduszy Norweskich na realizację programów w państwach UE w latach 20142021 przewidziano 1,25 mld euro.


d

Zgodnie z zapowiedziami rządu Polska już w maju ma zrezygnować z zakupów rosyjskiego węgla, a do końca roku przestanie importować ropę i gaz z Rosji. Zmieniona „Polityka energetyczna Polski do 2040” więcej uwagi poświęca niezależności energetycznej kraju, zakłada szukanie nowych kierunków dostaw surowców i przyspieszenie rozwoju OZE. Wojna w Ukrainie, która wywindowała ceny energii i paliw, skłania także firmy do szukania bezpieczeństwa energetycznego i inwestowania w zielone źródła. Na tym trendzie chce skorzystać spółka Luneos, która planuje budowę farm wiatrowych i fotowoltaicznych oraz chce się stać dostawcą zielonej energii dla biznesu.

 Znaczna część energii w Polsce i Europie pochodzi z Rosji. Importujemy rosyjski gaz, ropę naftową i węgiel, ale będziemy musieli uniezależnić się od dostaw paliw kopalnych z Rosji – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Prokopowicz, prezes zarządu i współzałożyciel Luneos.

Według danych podawanych przez Forum Energii z Rosji pochodzi obecnie ok. 55 proc. sprowadzanego do Polski gazu, 66 proc. importowanej ropy naftowej i ok. 75 proc. węgla. Analitycy oszacowali, że w ciągu ostatnich 20 lat na zakup rosyjskich surowców energetycznych Polska wydała ponad 900 mld zł. Te pieniądze bezpośrednio finansują reżim Władimira Putina, bo sprzedaż surowców energetycznych stanowi aż 1/3 dochodów do rosyjskiego budżetu.

Dlatego rząd przedstawił w środę plan odejścia od rosyjskich węglowodorów, który jest najbardziej radykalny w Europie. Najszybciej, bo jeszcze w maju, Polska ma zrezygnować z zakupów rosyjskiego węgla, w kolejnych miesiącach przestanie kupować też ropę i gaz. Rada Ministrów przyjęła już niezbędne w tym celu założenia do aktualizacji „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, które obejmują m.in. większą dywersyfikację dostaw surowców, poprawę efektywności energetycznej, rozwój magazynowania energii oraz inwestycje w OZE.

Premier zaapelował też do innych krajów UE o podjęcie podobnych kroków. Proponuje też wprowadzenie podatku od rosyjskich surowców, który utrudni Rosji wykorzystywanie ich jako narzędzia politycznego szantażu. Na forum UE już od kilku tygodni trwa dyskusja o konieczności rezygnacji z importu rosyjskich surowców i budowania bezpieczeństwa energetycznego na podstawie innych elementów.

Alternatywą, którą można rozwinąć w krótkim czasie, są odnawialne źródła energii – w polskich warunkach zwłaszcza ze słońca i wiatru. Dlatego teraz transformacja energetyczna, która rozpoczęła się już w Polsce, jak i na całym świecie, będzie postępować jeszcze szybciej aniżeli do tej pory – mówi Zbigniew Prokopowicz.

Czynnikiem przyspieszającym tę transformację i rozwój sektora OZE jest nie tylko potrzeba uzależnienia od rosyjskich surowców. Koszt wytworzenia energii z wiatru i słońca jest dzisiaj po prostu znacznie niższy niż koszt wytwarzania jej z paliw kopalnych takich jak węgiel czy gaz.

– To się po prostu bardziej opłaca – mówi prezes zarządu Luneos. – Przy obecnym koszcie energii z paliw kopalnych ceny energii dla przedsiębiorstw i użytkowników końcowych są wręcz astronomiczne w porównaniu do alternatywy ze źródeł odnawialnych.

Analitycy wskazują, że napędzane przez wojnę w Ukrainie wysokie ceny surowców – gazu, ropy i węgla – na światowych rynkach będą też w nadchodzących miesiącach jednym z głównych czynników hamujących wzrost gospodarczy i napędzających inflację. To zaś przełoży się m.in. na spadek siły nabywczej polskich gospodarstw domowych, jak i mniejszą skłonność przedsiębiorstw do inwestycji.

Ta inflacja utrzyma się z pewnością w dłuższym okresie, być może nawet przez kilka lat. Dlatego ten czynnik inflacyjny jest dziś kolejnym argumentem przemawiającym za tym, żeby przechodzić na źródła odnawialne, bo za promienie słońca i energię kinetyczną wiatru się nie płaci – mówi Zbigniew Prokopowicz.

Źródła odnawialne – zwłaszcza fotowoltaika i energetyka wiatrowa – w Polsce rozwijają się dynamicznie już od dobrych kilku lat. Szacuje się, że do 2030 roku moce zainstalowane w OZE wzrosną blisko dwukrotnie.

Polskie firmy podejmują działania związane z transformacją energetyczną już od pewnego czasu – mówi Michał Kozłowski, wiceprezes i współzałożyciel Luneos. – Jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie bazą tych działań był z jednej strony ślad węglowy i czynniki środowiskowe, z drugiej – elementy kosztowe, czyli spadający koszt produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Teraz wojna za naszą wschodnią granicą jeszcze bardziej zwiększyła zainteresowanie firm tym obszarem. Doszedł też niezwykle istotny element bezpieczeństwa energetycznego, zarówno w skali kraju, jak i dostępności energii po rozsądnej cenie na poziomie firm.

Jak podkreśla, inwestycja we własną mikroinstalację albo zakup energii z OZE stały się w ostatnich latach popularnym sposobem obniżania kosztów przez przedsiębiorstwa, które uniezależniają się w ten sposób od wahań cen surowców i zyskują gwarancję ciągłości dostaw. Na fali zwiększonego zainteresowania ze strony przedsiębiorstw spółka Luneos zdecydowała się zainwestować ok. 3 mld zł w nabycie, rozwój, budowę i eksploatację własnego portfela aktywów OZE o mocy ok. 1 GW. W  ramach tych planów przewiduje budowę farm fotowoltaicznych i wiatrowych. Firma, która do tej pory dostarczała biznesowi rozwiązania z zakresu transformacji energetycznej, planuje rozszerzyć działalność o wytwarzanie energii odnawialnej i dostarczanie jej do przedsiębiorstw, np. w modelu abonamentowym.

– Jest kilka sposobów pozyskiwania zielonej energii przez firmy. Do tej pory głównym i dominującym było zawarcie średnio- bądź długoterminowej umowy na dostawy energii z konkretnego źródła odnawialnego. Jednak w ostatnim czasie coraz popularniejszy staje się model budowy własnego źródła podłączonego bezpośrednio do zakładu, np. w formule as a service. W tym modelu firma płaci stały, miesięczny abonament związany właśnie z pozyskaniem źródła energii bez konieczności wykładania własnych środków na inwestycję – mówi Michał Kozłowski. – Pozbywamy się czynnika związanego z ryzykiem wzrostu cen paliw. W tym przypadku ten koszt jest z góry znany, wiemy, po jakiej cenie będziemy pozyskiwać energię.

Luneos zamierza zrealizować swoje plany inwestycyjne w ciągu najbliższych trzech–czterech lat. Spółka pozyskała już na ten cel większość kapitału dzięki współpracy ze szwajcarskim funduszem SUSI Partners, specjalizującym się w inwestycjach w infrastrukturę zrównoważonej energii. Rozpoczęcie budowy pierwszych projektów jest planowane na I połowę tego roku.

Z wyliczeń FAO wynika, że nie da się w całości zastąpić niedoboru dostaw produktów rolnych z Rosji i Ukrainy, a w następnym sezonie ceny żywności będą wyższe o kilka do ponad 20 proc. Dotyczy to m.in. zbóż, ale to z kolei przekłada się na inne rynki. Szok cenowy obserwowany jest m.in. na rynku drobiarskim. Producenci drobiu i jaj podnoszą ceny dla konsumentów, bo pasze – główny składnik ich kosztów – szybko drożeją. Według Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz władze, zarówno na szczeblu krajowym, jak i unijnym, powinny pilnie monitorować sytuację.

– Ukraina była bardzo szybko rozwijającym się rynkiem w ostatnich latach, jeśli chodzi o produkcję drobiarską i produkty rolne w ogóle. Z uwagi na umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską była bardzo mocno obecna na rynku unijnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Gawrońska, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Ukraina była jednym z największych dostawców mięsa drobiowego na rynek unijny, jak również liderem w dostawach zarówno jaj, jak i produktów jajecznych do sektora HoReCa w UE. Poza tym zyskała bardzo mocno z uwagi na konkurencyjność swoich produktów na rynku globalnym.

Jak podkreśla, Ukraina eksportowała prawie pół miliona ton mięsa drobiowego na międzynarodowe rynki. Teraz jej odbiorcy szukają alternatywnych dostaw.

– My, mimo że wcześniej byliśmy drożsi od Ukrainy, to jednak w tej chwili jesteśmy bardzo konkurencyjni w handlu eksportowym, w czym pomaga nam również słaby złoty – podkreśla Katarzyna Gawrońska.

„W 2021 roku Federacja Rosyjska lub Ukraina (lub oba te kraje) znalazły się w pierwszej trójce światowych eksporterów takich produktów jak pszenica, kukurydza, rzepak, nasiona słonecznika i olej słonecznikowy, przy czym Federacja Rosyjska również była światowym eksporterem nawozów azotowych, drugim wiodącym dostawcą nawozów potasowych i trzecim największym eksporterem nawozów fosforowych” – czytamy w analizie Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO).

Eskalacja konfliktu rodzi obawy o to, czy plony i produkty w Ukrainie będą zbierane i eksportowane. Wojna już doprowadziła do zamknięcia portów, a to droga morska była głównym szlakiem transportowym dla zboża, zawieszenia operacji tłoczenia nasion oleistych i wprowadzenia wymagań dotyczących licencji eksportowych dla niektórych produktów. Dodatkowo zbliża się pora kolejnych zasiewów.

– W tej chwili problemem stało się to, że zakontraktowane kilka milionów ton zbóż do końca sezonu zbożowego, czyli do czerwca, nie wypłyną z Ukrainy na rynki światowe. Bardzo dużym zagrożeniem jest też to, że Ukraina z uwagi na obecną sytuację może nie dokonać większości zasiewów, bo one odbywają się pod koniec marca, na początku kwietnia, tak że istnieje długoterminowe ryzyko, jeżeli chodzi o podaż z Ukrainy na rynkach światowych – wyjaśnia dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Ukraińcy szukają jednak innych rozwiązań. Już zapowiedzieli transport zbóż drogą kolejową, choć jej przepustowość jest dużo mniejsza niż statków. Jak podkreślają przedstawiciele KIPDiP, powołując się na agencję Bloomberga, ukraińska firma MHP, największy producent kurczaków, wznowiła eksport drobiu transportem drogowym i rozważa kolej. Zapowiada także zasiewy na dużą skalę, szczególnie w środkowej i zachodniej części Ukrainy.

– Nie wiadomo, jak zachowają się inne kraje w stosunku do wielkości zasiewów, prognoz zbiorów, do tego, jakie mają zapasy na swoich wewnętrznych rynkach. Nie wiadomo też, jak będzie dalej zachowywała się giełda i kapitał spekulacyjny, więc istnieje jeszcze bardzo duże ryzyko, że sytuacja będzie bardzo trudna co najmniej przez najbliższe miesiące. Trudno na tym etapie prognozować cokolwiek – mówi dyrektor Izby.

Z symulacji FAO wynika, że niedobory ziarna spowodowane niemożnością importu z Rosji i Ukrainy mogą być tylko częściowo zrekompensowane w sezonie 2022/2023 przez alternatywne źródła. Dla wielu eksporterów szkodą na drodze do zwiększenia produkcji mogą być jej wysokie koszty. W górę idą kontrakty na surowce rolne na światowych giełdach. Od początku roku pszenica podrożała o niemal jedną trzecią, a to i tak po częściowym odreagowaniu. W ciągu 12 miesięcy cena skoczyła dwukrotnie mocniej. Kukurydza podrożała w tych okresach odpowiednio o przeszło 20 i przeszło 30 proc., a soja – o ponad 20 proc. i niemal 18 proc.

Ceny ziarna paszowego będą mieć z kolei przełożenie na producentów drobiu – odpowiadają one bowiem za 60–70 proc. kosztów produkcji drobiarskiej. Już w ostatnich tygodniach widoczny jest szok cenowy na rynku drobiarskim – ceny jaj w hurcie wzrosły o 89 proc. od początku lutego do połowy marca, a wolnorynkowe ceny skupu żywca kurcząt – o ponad 38 proc. Dlatego organizacje drobiarskie zaapelowały w połowie miesiąca do rządu o ustabilizowanie sytuacji na rynku pasz.

– Sądzimy, że Ministerstwo Rolnictwa powinno bardzo skrupulatnie śledzić to, co się dzieje na rynkach światowych, jeśli chodzi o podaż surowców paszowych, o to, w jakich ilościach wypływa zboże z Polski, ponieważ ceny w eksporcie w portach są zdecydowanie najmocniej oddziałującym czynnikiem na to, jakie są ceny sprzedaży i możliwości zakupu przez producentów jaj i drobiu – przekonuje Katarzyna Gawrońska. – Powinniśmy się też zastanowić na forum unijnym, czy mamy możliwości interwencji rynkowych. Takie interwencje, które np. w ostatnim czasie wprowadziły Węgry, związane z zakazami i limitowaniem eksportu na szczeblu danego kraju członkowskiego, nie są możliwe z punktu widzenia prawa, ponieważ funkcjonujemy na wspólnym rynku. Natomiast Komisja Europejska powinna tutaj z dużym zaangażowaniem śledzić to, co się dzieje w każdym kraju, i ewentualnie, jeżeli zaistnieje takie ryzyko, którego nie jesteśmy w stanie na tym etapie przewidzieć, podjąć odpowiednie kroki.

FAO szacuje, że ceny żywności na rynku globalnym mogą wzrosnąć o 8–22 proc. wobec poziomu wyjściowego sprzed wybuchu wojny, a i tak były to już poziomy mocno podwyższone. W lutym indeks globalnych cen żywności wzrósł do 140,7 punktów, czyli był o 20,7 proc. wyżej niż rok wcześniej. To rekord wszech czasów, wyższy od dotychczasowego z lutego 2011 roku o 3,1 punktu. Najmocniej podrożały oleje oraz nabiał, a tylko w przypadku cukru odnotowano lekki spadek.

Inflacja i rosnące stopy procentowe, wciąż odczuwalne efekty pandemii COVID-19, wojna w Ukrainie, niepewność na rynku surowców oraz napływ ponad 2 mln uchodźców na polski rynek mieszkaniowy i rynek pracy – wszystkie te czynniki będą stanowić poważne wyzwanie dla prezesa Narodowego Banku Polskiego w kolejnych latach. – Aby uspokoić nastroje w tym bardzo niepewnym czasie, trzeba teraz jak najszybciej doprowadzić do wyboru prezesa NBP – podkreśla Piotr Palutkiewicz, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. W jego ocenie powołanie prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję może uspokoić rynki finansowe i zapewnić przewidywalność w polityce monetarnej.

– Systemy gospodarcze i walutowe na całym świecie mają za sobą bezprecedensowe dwa lata, a wiele wskazuje na to, że zawirowania są jeszcze przed nami. Polska gospodarka i system finansowy będą musiały poradzić sobie z wieloma wyzwaniami. Po pierwsze, przestajemy żyć w świecie niskich stóp procentowych, co będzie przekładać się na zdecydowanie wyższy koszt zaciągania kredytów i spłaty już zaciągniętych zobowiązań. Może więc dojść do osłabienia poziomu inwestycji. Nie wiemy też, jak w tej sytuacji zachowa się rynek kredytów mieszkaniowych. Jednocześnie na rynku nieruchomości mamy w tej chwili do czynienia z napływem obywateli Ukrainy, którzy dodatkowo napędzają popyt – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Palutkiewicz.

Fala uchodźców z Ukrainy, którzy uciekają przed rosyjską agresją, nie pozostanie bez wpływu na polską gospodarkę. Według danych Straży Granicznej polsko-ukraińską granicę przekroczyło już ponad 2,2 mln osób, a WEI prognozuje, że docelowo ich liczba może być jeszcze wyższa. Przyjęta na początku marca br. specustawa dotycząca pomocy uchodźcom z Ukrainy zapewnia im uproszczoną legalizację pobytu, numer PESEL, opiekę medyczną i dostęp do edukacji, ułatwienia w zatrudnieniu i pakiet świadczeń socjalnych. Analitycy wskazują jednak, że kwoty niezbędne do realizacji tego programu będą gigantycznym obciążeniem dla polskiego budżetu. Kryzys migracyjny oznacza też duże zawirowania na rynku nieruchomości i rynku pracy.

 To sytuacja, z którą polska gospodarka nie miała jeszcze nigdy do czynienia – podkreśla wiceprezes Warsaw Enterprise Institute.

Napływ uchodźców z Ukrainy to niejedyny wpływ wojny za wschodnią granicą na polską gospodarkę, którą w najbliższym czasie czeka lekkie wyhamowanie. Według prognoz Narodowego Banku Polskiego dynamika wzrostu polskiego PKB wyniesie w tym roku 4,4 proc. (wobec zakładanych wcześniej 4,9 proc.), a następnie spowolni do 3 proc. w 2023 i 2,7 proc. w 2024 roku. Do tego hamowania mają się przyczynić m.in. zaburzenia w handlu zagranicznym i duża zmienność cen surowców na światowych rynkach.

– Niepewne wciąż jest to, jak wojna w Ukrainie odbije się na wzroście cen, a nasz kraj – granicząc z rejonem konfliktu – jest przy tym dodatkowo narażony na negatywne postrzeganie inwestorów – podkreśla ekspert.

Dużym wyzwaniem pozostaje gwałtownie rosnąca inflacja. Najnowsza projekcja NBP zakłada, że inflacja CPI wyniesie w tym roku 10,8 proc., a w przyszłym 9 proc., jednak wraz z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych przyszłe odczyty będą się obniżać.

Jak wskazuje ekspert, wszystkie te czynniki będą wyzwaniem dla banku centralnego i jego prezesa.

Podczas drugiej kadencji prezesa NBP jednym z największych wyzwań będzie bez wątpienia zarządzanie systemem finansowym, w którym mamy do czynienia z wysokimi stopami procentowymi, co z kolei odbije się na rynku kredytów hipotecznych i kredytów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw, a tym samym wpłynie na poziom inwestycji w polskiej gospodarce. Będzie się więc mierzył z wyzwaniami, z którymi do tej pory żaden prezes banku centralnego w Polsce nie miał do czynienia – mówi Piotr Palutkiewicz.

Aktualna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP upływa 21 czerwca 2022 roku. Prezydent Andrzej Duda już w styczniu zawnioskował jednak do marszałek Sejmu o powołanie go na drugą kadencję w tej roli. Zdaniem ekonomisty sama nominacja ustabilizowała rynki finansowe, kończąc ze spekulacjami i niepewnością, a teraz potrzebne jest szybkie zatwierdzenie tej kandydatury.

– Przedsiębiorcy, konsumenci i gospodarka nie lubią niepewności. Kryzys epidemiczny, a potem wojenny do granic możliwości rozchwiały nastroje i predykcje dotyczące tego, co może się jeszcze wydarzyć w przyszłości. Dokładanie teraz kolejnych niepewności – w postaci braku ciągłości kadrowej w instytucjach, które odpowiadają za politykę budżetową czy monetarną – byłoby złym ruchem – ocenia wiceprezes WEI. – Pytania o to, kto będzie kolejnym prezesem, jaką przyjmie politykę dotyczącą np. zarządzania stopą procentową, obrony kursu walutowego czy tworzenia rezerw złotowych, to są kolejne niepewności, które zostałyby wstrzyknięte na rynek w momencie, kiedy dokonalibyśmy zmiany prezesa Narodowego Banku Polskiego w tym już i tak niepewnym okresie.

Ekspert wskazuje, że pierwsza kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku prezesa NBP była trudna z uwagi na zewnętrzne uwarunkowania, które dotknęły polską gospodarkę. Po kryzysie związanym z pandemią COVID-19 gospodarki musiały się zmierzyć z rosnącą inflacją i zaburzonymi łańcuchami dostaw, a na wszystkie te wyzwania teraz nałożyła się wojna w Ukrainie.

– Podczas całej tej kadencji polska giełda zachowywała się stabilnie i przewidywalnie. Inwestorzy mogli mieć poczucie, że ze strony banku centralnego realizowana jest konsekwentna i stabilna polityka. Oczywiście dochodziło do wielu zawirowań, jak np. decyzje odnośnie do podatków, kryzys pandemiczny, kryzys praworządności etc., które wpływały na chwilowe osłabienie kursu złotego i postrzegania Polski jako dobrego kraju do inwestycji. Jednak trzeba docenić to, że bank centralny – najpierw w okresie kryzysu pandemicznego, a teraz wojennego – dobrze reagował w celu obrony kursu naszej waluty. Oczywiście wciąż mamy osłabiony kurs walutowy, który wynika z niepewności zewnętrznych, ale mimo wszystko te interwencje były skuteczne – mówi Piotr Palutkiewicz.