Według statystyk Głównego Urzędu Statystycznego bezrobocie w czerwcu br. wyniosło 4,9 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż w maju oraz o 1,1 pkt proc. niż w czerwcu 2021 roku. To najniższy wynik od 32 lat. W dużej mierze jest to efekt dużego zapotrzebowania na pracowników sezonowych – dlatego latem z reguły bezrobocie spada najmocniej. Jednak na rynku widać już zmniejszającą się liczbę ogłoszeń o pracę i słabnącą presję płacową. Firmy spodziewają się recesji, nie wydaje się jednak, by miały redukować zatrudnienie.

Obserwujemy spadek liczby ogłoszeń o pracę o kilka punktów procentowych w stosunku i do zeszłego roku, i nawet w maju do kwietnia, co może być w pewien sposób niepokojące, bo wiemy, że jest więcej ogłoszeń na prace sezonowe. To oznacza, że jest ich znacznie mniej w innych dziedzinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR, prezes zarządu agencji zatrudnienia Trenkwalder. – Główne zagrożone dziedziny to jest bankowość, finanse, ubezpieczenia.

W gospodarce nadchodzi spowolnienie spowodowane wysoką inflacją i będącymi jej konsekwencją podwyżkami stop procentowych. Według odczytu GUS w czerwcu inflacja sięgnęła 15,5 proc., najwięcej od marca 1997 roku. Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe od października 2021 roku; w tym czasie referencyjna stopa podniosła się z 0,1 proc. do 6,5 proc., a nie brakuje głosów, że będą kolejne podwyżki. Przekłada się to na aktywność gospodarczą, a więc także na rynek pracy.

W czerwcu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających co najmniej 10 osób) było wyższe o 2,2 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., a tylko o 0,1 proc. niższe niż w maju br.  

Firmy badane przez nas wykazują bardzo duży stopień niepewności. 50 proc. firm przewiduje recesję, tylko 8 proc. firm przewiduje wzrost, jednocześnie tylko 25 proc. firm przewiduje zatrudnianie nowych pracowników, jeszcze jesienią 2021 roku było to ponad 30 proc. – mówi Wojciech Ratajczyk. – Tylko 8 proc. przedsiębiorstw przewiduje spadek zatrudnienia, zwolnienia. Oznacza to, że firmy, pomimo dużej niepewności, chcą budować albo co najmniej utrzymać swoje stałe zespoły, co według mnie świadczy o tym, że bezrobocie w najbliższym czasie, jeśli nie wydarzy się jakaś ekonomiczna katastrofa, nie będzie znacząco wzrastać.

Krajowa Izba Gospodarcza w komentarzu do czerwcowych danych GUS prognozuje, że w okresie sierpień–październik stopa bezrobocia może nawet jeszcze spaść – do 4,8 proc., a zimą spodziewa się powrotu do poziomu 5 proc.

Zgodnie z metodologią Eurostatu bezrobocie w Polsce wyniosło w maju 2,7 proc., co było drugim najniższym wynikiem w Unii Europejskiej (niższe jest tylko w Czechach, 2,5 proc.). Dla porównania średnia dla UE wyniosła 6,1 proc., a dla strefy euro – 6,6 proc. Gorzej sytuacja wygląda wśród młodych poniżej 25. roku życia, gdzie zajmujemy ósme miejsce ex aequo z Danią – 8,8 proc.

GUS wskazuje, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu było wyższe o 13 proc. niż rok temu i wyniosło 6554,87 zł brutto. Względem maja br. wzrosło o 2,4 proc.

 Do tej pory presja na wzrost wynagrodzeń jest bardzo silna, jednocześnie mamy badania, które pokazują, że tylko poniżej 1/3 firm planuje dzisiaj podwyżki płac, jeszcze niedawno było to ponad 50 proc. Pokazuje to, że na tym rynku 50 proc. firm przewiduje w jakiś sposób recesję lub zahamowanie wzrostu. Wydaje nam się, że presja płacowa w najbliższych miesiącach, może kwartałach zmaleje, choć biorąc pod uwagę wysoki stopień inflacji, nie możemy wykluczyć, że w ogóle jej nie będzie – przewiduje prezes agencji Trenkwalder. – W dzisiejszej sytuacji skłonność do dawania podwyżek prawdopodobnie będzie maleć, ponieważ całość kosztów przedsiębiorstwa, w tym koszty personalne, rośnie w związku właśnie z inflacją.

Pensje mogą rosnąć w tych branżach, w których najmocniej odczuwalny jest brak pracowników.

– Nadal jest to branża informatyczna, nadal są to inżynierowie, nadal są to specjaliści do obsługi wysokich technologii w przemyśle. Jednocześnie obserwujemy mniejsze zainteresowanie przedsiębiorców zatrudnianiem pracowników w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia, a więc prawdopodobnie tam ta presja jest niższa i wzrost zarobków będzie również niższy – ocenia członek zarządu Polskiego Forum HR.

Jak wskazuje raport ManpowerGroup „Niedobór talentów”, siedmiu na dziesięciu pracodawców boryka się z trudnościami w zrekrutowaniu nowych pracowników z odpowiednimi umiejętnościami. Najtrudniej jest znaleźć u kandydatów umiejętności z obszaru IT & analizy danych, logistyki & operacji oraz obsługi klienta.

Upały i spowodowana nimi susza obniżają jakość warzyw i owoców, jednocześnie wymuszając na producentach sztuczne nawadnianie plantacji. Największym problemem są jednak wielokrotnie droższe nawozy, do produkcji których potrzebny jest bardzo drogi obecnie gaz, a także wyższe koszty energii oraz pracowników. Wzrost kosztów produkcji jest często wyższy niż wzrost cen owoców i warzyw. Wszystko to powoduje, że uprawa warzyw i owoców stała się mniej opłacalna.

Ceny większości owoców i warzyw, jeżeli je porównamy z cenami sprzed roku, są wyższe, natomiast wzrost średniej ceny jest niższy niż stopień inflacji rok do roku. Czyli można powiedzieć, że bardziej drożeją inne produkty czy usługi niż owoce i warzywa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w czerwcu 2022 roku owoce były droższe niż przed rokiem o 6,2 proc., zaś warzywa – o 8,5 proc. To sporo mniej niż średnia inflacja wszystkich towarów i usług konsumpcyjnych, która wyniosła 15,5 proc., a także mniej niż wzrost cen żywności ogółem (14,8 proc.).

Ceny w skupie w połowie lipca były mocno zróżnicowane w stosunku do tych sprzed roku. W przypadku warzyw część produktów skupowana jest w cenach wyższych nawet o kilkadziesiąt procent od tych rok wcześniej (kalafiory, brokuły, kapusta czerwona, kapusta biała, cebula – głównie te, których jednostkowa cena jest nominalnie raczej niska. Natomiast za bób, sałatę czy pomidory rolnicy dostają niższe stawki niż przed rokiem. W przypadku owoców w górę poszły wszystkie ceny z wyjątkiem wiśni deserowych, które skupowane są po cenach nieznacznie niższych niż w 2021 roku.

– Na wzrost cen wpływają przede wszystkim koszty produkcji, które są wyższe z racji wzrostu cen energii, wyższe koszty robocizny, brak pracowników, co też powoduje, że koszty robocizny rosną. To również wyższe ceny innych środków do produkcji, nawozy, środki ochrony roślin – mówi Witold Boguta.

Pod koniec 2021 roku ceny nawozów wzrosły nawet cztero-, pięciokrotnie. Przyczyną był gwałtowny wzrost cen gazu niezbędnego do ich produkcji. Agresja Rosji na Ukrainę spowodowała dodatkowo wykluczenie tych rynków, a także Białorusi z dostaw nawozów. Przed atakiem Rosja i Białoruś odpowiadały łącznie za blisko 40 proc. globalnej produkcji nawozów potasowych oraz wieloskładnikowych. Ekonomiści z PKO BP w swoim raporcie z 11 marca 2022 roku napisali, że polskie zapotrzebowanie na nawozy najmocniej zaspokajane jest importem właśnie w segmencie nawozów potasowych, w tym wieloskładnikowych zawierających potas. Rosja jest również ważnym graczem na światowym rynku nawozów azotowych (12 proc.), ale tu polscy producenci są w stanie zaspokoić krajowy popyt.

– To powoduje, że producent ponosi znacznie większe koszty. Ten wzrost kosztów produkcji jest większy niż wzrost cen, z jakim mamy obecnie do czynienia. Czyli to stawia producentów w dosyć trudnej sytuacji. Z tym że część tych środków do produkcji, które obecnie tak mocno zdrożały, producenci wykorzystywali jeszcze z roku ubiegłego czy np. część warzyw, jabłka sprzedawane były jeszcze do niedawna ze zbiorów z ubiegłego roku, kiedy koszty były niższe – mówi prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. – Natomiast z niepokojem patrzymy na to, co się będzie działo na dobre już jesienią i co się dzieje teraz w odniesieniu do owoców jagodowych, czy jednak producenci nie będą do tego po raz kolejny, i to w sporej ilości, dokładać.

Do 31 maja rolnicy mogli składać wnioski o dopłaty do nawozów, a 11 lipca Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczęła wypłacać pierwsze pieniądze. Złożono niemal 427 tys. wniosków. Do 21 lipca ARiMR przekazała rolnikom prawie 1,3 mld zł. Co oznacza, że wsparcie dostało już 221 tys. rolników. Dopłaty będą przekazane do końca sierpnia, jednak dotyczą nawozów zakupionych między początkiem września 2021 roku a połową maja br. Maksymalna kwota niezbędna do realizacji programu wyniosła 3,5 mld zł, a pula dostępnych środków na wsparcie – 3,9 mld zł.

Dodatkowym problemem przy produkcji rolniczej, ogrodniczej i sadowniczej są kwestie pogodowe. Niewielkie opady śniegu zimą i suchy początek wiosny nie zapewniły dostatecznego nawodnienia glebie. Wprawdzie sady jabłkowe czy plantacje borówek są nawadniane, ale temperatury są dużo wyższe niż zazwyczaj, co przyspiesza dojrzewanie owoców i pogarsza ich jakość. Problemem są nie tylko deszcz i słońce, ale też gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak burze, nawałnice, wichury, gradobicia czy podtopienia. Na przykład w przypadku jabłek co roku 5–10 proc. zbiorów nie nadaje się do sprzedaży jako owoce deserowe (do zjedzenia) i musi być przerabiane na sok czy przecier. Jest to dla producentów strata, bo jabłka takie są o ok. 60 proc. tańsze.

Trudno powiedzieć, jaki będzie dalszy przebieg pogody w odniesieniu do kolejnych gatunków owoców jagodowych, w odniesieniu do owoców z drzew: jabłka, śliwki, gruszki czy wiśnie. Tutaj warunki pogodowe mogą bardzo modyfikować sytuację, tym samym i wielkość zbiorów – ocenia Witold Boguta. – Podobnie, jeśli chodzi o warzywa. Wiadomo, że zbiór warzyw korzeniowych, kapustnych, dyniowatych, tych uprawianych w polu jest dopiero przed nami, jesienią czy latem w przypadku dyniowatych, więc mamy jeszcze kilka tygodni tej wegetacji. Przebieg pogody będzie bardzo istotnie wpływał na nią, w końcowym efekcie na plony. Zatem o tym, co i w jakiej ilości zbierzemy, będziemy mogli coś powiedzieć praktycznie w końcu października, kiedy będziemy po zbiorach.

W ubiegłym tygodniu trzech dostawców złożyło do Urzędu Regulacji Energetyki wnioski o zmianę obowiązujących w 2022 roku taryf na sprzedaż energii dla gospodarstw domowych. To oznacza, że jeszcze w tym roku niewykluczone są podwyżki cen. – Prąd, gaz i ciepło w naszych domach w najbliższym czasie nie będą tańsze. Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach – wskazuje Maciej Maciejowski z Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Żeby zaoszczędzić na rachunkach za prąd, wystarczy zmiana drobnych, codziennych nawyków. Prowadzona przez PKEE kampania „Liczy się energia” pokazuje, jak zrobić to bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy rezygnacji z urządzeń elektrycznych.

– W obecnej sytuacji rosnących cen paliw, agresji Rosji na Ukrainę, inflacji i kosztów CO2 ceny energii rosną na całym świecie. To duże obciążenie dla obywateli i firm, ale nie idą za nim nadzwyczajne korzyści dla branży energetycznej. Energia elektryczna z pewnością będzie droższa w 2023 roku, dlatego tak ważne jest, byśmy wszyscy – producenci węgla, spółki energetyczne i odbiorcy energii – podchodzili do tego tematu odpowiedzialnie i solidarnie. Już teraz warto więc racjonalnie podchodzić do zużycia energii i po prostu zacząć ją oszczędzać, dzięki temu podwyżki będą mniej odczuwalne – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.

W badaniu przeprowadzonym w czerwcu br. przez IBRIS dla PKEE 91 proc. ogółu Polaków zadeklarowało, że uważa się za osoby oszczędzające energię elektryczną. Przeciwnego zdania było jedynie 7 proc. respondentów. Z tego samego badania wynika również, że dla 72 proc. Polaków motywacją do oszczędzania prądu jest troska o środowisko naturalne. Jeszcze większy odsetek respondentów (86 proc.) wskazał na chęć ograniczenia wysokich rachunków za energię elektryczną.

– Prezes Urzędu Regulacji Energetyki wskazywał niedawno, że ciepło, prąd i gaz w naszych domach w najbliższym czasie tańsze nie będą – podkreśla Maciej Maciejowski, dyrektor ds. komunikacji PKEE. – Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach. Powszechną postawą powinno być racjonalne korzystanie z energii i możliwie maksymalna redukcja jej zużycia.

Sposoby na optymalizację zużycia energii i zmniejszenie wysokości rachunków przekazuje ogólnopolska kampania „Liczy się energia”, prowadzona przez Polski Komitet Energii Elektrycznej. Z materiałów i porad dostępnych na stronie www.liczysieenergia.pl można się dowiedzieć, jak zrobić to w najprostszy sposób – bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy drastycznego ograniczenia korzystania z urządzeń elektrycznych. Wystarczy tylko zmiana drobnych, codziennych nawyków.

– Jeśli racjonalnie podejdziemy do tematu oszczędzania energii, te oszczędności mogą być naprawdę spore. Szczególnie w perspektywie kwartału czy roku – podkreśla ekspert PKEE. – To racjonalne podejście obejmuje m.in. dopasowanie energochłonnych czynności do taryfy, jaką posiadamy. Wybrane taryfy zakładają mniejsze opłaty za energię zużywaną w nocy lub weekendy. Jeśli właśnie w tym czasie zaplanujemy włączenie pralki, zmywarki, odkurzanie czy większe gotowanie, to oszczędności mogą sięgnąć nawet kilkudziesięciu procent kosztów.

Z badania Publicis Groupe Data Science dla PKEE wynika, że tego typu działania edukacyjne przynoszą efekty. Po pierwszej edycji kampanii „Liczy się energia” mniej osób deklaruje, że w ogóle ogranicza korzystanie z urządzeń elektrycznych, aby zaoszczędzić na rachunkach za prąd. Wcześniej ten odsetek wynosił 13 proc., a w wyniku działań edukacyjnych spadł o ponad połowę (do 6 proc.). Kampania dotarła do 34 proc. Polaków w wieku 35+, którzy są właścicielami bądź współwłaścicielami domów i mieszkań.

– W tej chwili 46 proc. Polaków w badanej grupie deklaruje ograniczenie korzystania z oświetlenia, podczas gdy przed kampanią ten odsetek wynosił 42 proc. Rezygnację z pozostawiania urządzeń w trybie czuwania deklaruje 28 proc. versus 14 proc. wcześniej. Natomiast używanie energooszczędnych urządzeń – 18 proc. vs. 13 proc. przed kampanią – mówi Maciej Maciejowski.

Na aspekty związane z oszczędzaniem energii warto zwrócić uwagę zwłaszcza latem, mając w planach dłuższą nieobecność w domu bądź mieszkaniu. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy światła we wszystkich pomieszczeniach na pewno są wyłączone. Pozostawienie ich na kilka czy kilkanaście dni może bowiem znacznie podnieść wysokość rachunków za energię i obciążyć domowy budżet. Wyjeżdżając, warto również odłączyć od prądu część urządzeń elektrycznych.

 Chodzi m.in. o telewizor, mikrofalówkę, komputery, pralkę czy wpięte do gniazdek ładowarki. Te urządzenia, nawet pozostając w trybie uśpienia, nadal pobierają energię elektryczną, czego najlepszym przykładem są świecące się diody i zegary na pralce czy kuchence mikrofalowej – mówi dyrektor ds. komunikacji Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.

Z najnowszej projekcji NBP wynika, że z dwucyfrową inflacją będziemy się borykać jeszcze w tym i kolejnym roku, a pod koniec 2024 roku zbliżymy się do pasma dopuszczalnych wahań celu inflacyjnego. Jak podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, nie jest pewne, czy uda się tak szybko ten poziom osiągnąć, ale obecną politykę Rady Polityki Pieniężnej uważa za o wiele bardziej realistyczną, niż była przez większość ubiegłego roku. Podwyżki stóp nie są jedynym dostępnym jej narzędziem.

 Inflacja będzie nadal wysoka w drugiej połowie tego roku i w przyszłym roku. Zmiana ma nastąpić dopiero w 2024 roku. Pod tym względem mamy różnicę między NBP a założeniami budżetowymi Ministerstwa Finansów, które zostały zbudowane w oparciu o ocenę z wiosny tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów. – NBP przewiduje silny spadek inflacji w roku 2024 do poziomu niewiele odbiegającego od celu inflacyjnego, ale zakłada kontynuację wysokiej, dwucyfrowej inflacji nie tylko w tym roku, ale także w roku przyszłym, dlatego że podniesienie stóp procentowych, jakie miało miejsce ostatnio, oddziałuje ograniczająco na inflację po trzech–czterech kwartałach.

W lipcowym „Raporcie o inflacji” NBP w górę zrewidował prognozy inflacji, a w dół – wzrostu PKB. Jeszcze w marcu Departament Analiz i Badań Ekonomicznych zakładał, że w 2022 roku inflacja średnio wyniesie 10,8 proc.; obecnie prognoza wzrosła do 14,2 proc. W 2023 roku ma ona wynieść 12,3 proc. zamiast wcześniej przewidywanych 9 proc. (założenia do ustawy budżetowej na 2023 rok, przyjęte niedawno, bo 15 czerwca, zakładają średnią inflację rzędu 7,8 proc.). Za to zgodnie z najnowszą projekcją NBP w 2024 roku inflacja będzie minimalnie niższa, niż wcześniej sądzono, i wyniesie 4,1 proc. zamiast 4,2 proc.

W rozbiciu na kwartały oznacza to, że szczyt przypadnie na I kwartał 2023 roku (centralna ścieżka 18,8 proc.), a w ostatnim kwartale 2024 roku wyhamuje do 3,5 proc., czyli dotknie górnej granicy pasma dopuszczalnych wahań od celu inflacyjnego.

Mam wątpliwości, czy rzeczywiście dojdzie do takiego gwałtownego spadku inflacji, jaki NBP przewiduje w roku 2024, ale jeśli chodzi o te najbliższe półtora roku, to prognoza NBP jest z grubsza zbieżna z prognozami ekonomistów, moimi również – mówi prof. Stanisław Gomułka. – Prezes Glapiński w ostatnim wystąpieniu publicznym bardzo podkreślał, że podstawowym konstytucyjnym celem NBP jest utrzymanie inflacji na poziomie około 2,5 proc. plus minus 1. Jesteśmy daleko od tego celu i Rada Polityki Pieniężnej jak gdyby zobowiązała się, również podkreślając to przy okazji swoich decyzji podnoszenia stóp procentowych, że zamierza ten cel konstytucyjny zrealizować.

Rada Polityki Pieniężnej prowadzi cykl podwyżek stóp procentowych od października 2021 roku. Było ich do tej pory 10, a stopa referencyjna wzrosła już z 0,1 proc. do 6,5 proc. Nie jest wykluczone, że będą kolejne, bo w razie, gdyby przyszłe odczyty inflacji zaskoczyły wysokością, szef NBP zapowiedział dalszą walkę ze wzrostem cen. Możliwe jednak, że Rada poczeka na skutki dotychczasowych podwyżek, gdyż rynek reaguje na nie z opóźnieniem minimum dwóch kwartałów, ale czasem skutki mogą być widoczne po dwóch latach. Z tego powodu, zdaniem dużej części ekonomistów, Rada zwlekała z podnoszeniem kosztu pieniądza zbyt długo.

– Zmiany w Radzie Polityki Pieniężnej oraz silny wzrost inflacji zmusiły i prezesa, i Radę do dosyć drastycznej zmiany stanowiska, do bycia bardziej realistycznym w tych sprawach – ocenia były wiceminister finansów.

Najbardziej inflacjogenne okazały się wzrosty cen surowców energetycznych, a także silny wzrost płac, jednostkowych kosztów produkcji oraz osłabienie złotego. Rząd zapowiada zresztą dalszy silny wzrost cen energii elektrycznej w najbliższych miesiącach. Problemem było też wspieranie konsumpcji przez rząd poprzez transfery socjalne. W ocenie prof. Stanisława Gomułki do tej pory nie było dobrej współpracy przy programie antyinflacyjnym między rządem a Narodowym Bankiem Polskim.

 Na początku problem był raczej po stronie NBP niż rządu, ale doszło do bardzo istotnej zmiany na korzyść realizmu ze strony NBP w ostatnich dwóch kwartałach i teraz jest pytanie, co zrobi rząd. Zapowiada już możliwość podwyższenia podatku od zysków dla przedsiębiorstw energetycznych, tzn. gazowych i produkujących energię elektryczną, to jest jedna z możliwości – wskazuje ekonomista. 

Jak dodaje, także NBP ma inne możliwości obniżania presji inflacyjnej.

– Przykładowo wydanie i sprzedaż wysoko oprocentowanych bonów NBP, o tym mówił np. były członek Rady Polityki Pieniężnej Bogusław Grabowski. To zmniejszyłoby nadpłynność w sektorze bankowym i w związku z tym presję inflacyjną od strony popytu. Nie jest pewne, co zrobi NBP w tej sprawie, i w związku z tym w tej chwili trudno przesądzać, czy to zbliżenie do celu inflacyjnego NBP zapowiadane przez prezesa na rok 2024 będzie możliwe. Nie jest wykluczone, że to się przesunie o dalszy rok czy dwa – mówi prof. Stanisław Gomułka.

Nowoczesne rozwiązania rekreacyjne. Myśląc o bezpłatnych obiektach rekreacyjnych w przestrzeni miejskiej, każdemu z nas przychodzą do głowy place zabaw oraz niezwykle popularne w ostatnich latach siłownie zewnętrzne. W naszej okolicy pojawia się też coraz więcej skate parków, urządzeń do uprawiania street workoutu, parków linowych czy torów dla wrotkarzy. Jak doskonale...

Pandemiczne zakłócenia w łańcuchach dostaw i drastyczny wzrost kosztów transportu międzynarodowego spowodowały, że wśród firm mocno wzrosło zainteresowanie outsourcowaniem procesów i usług do krajów zbliżonych geograficznie zamiast do odległej Azji. Wojna w Ukrainie tylko nasiliła tę tendencję. Dlatego w tej chwili już 53 proc. inwestorów chce zbliżenia łańcuchów dostaw do miejsca sprzedaży produktu lub usługi, a 43 proc. spodziewa się powrotu produkcji i usług na rynek krajowy – wynika z badania firmy doradczej EY. Na tym trendzie może skorzystać Europa, w tym również Polska, która nadal przyciąga najwięcej bezpośrednich inwestycji zagranicznych w regionie CEE.

 Wydarzenia takie jak pandemia, a teraz rosyjska agresja na Ukrainę, wzbudzają pewną ostrożność u inwestorów zagranicznych. Z drugiej strony są dobrą okazją, żeby zweryfikować swoje plany inwestycyjne. Już jakiś czas temu zauważyliśmy, że łańcuchy dostaw się skracają i część produkcji przenosi się z Azji do krajów europejskich, w tym też do Polski – mówi agencji Newseria Biznes Zofia Kilian z Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Jak wynika z raportu firmy doradczej EY, w 2020 roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) w Europie spadły o 13 proc. Był to efekt pandemii, która spowodowała, że inwestorzy wstrzymywali się z decyzjami. Jednak w ubiegłym roku ogłosili już prawie 5,9 tys. planowanych bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie, co oznacza 5-proc. wzrost. Analitycy wskazują, że inwestorzy wciąż chętnie wybierają Stary Kontynent, mimo że popandemiczne odbicie w gospodarce okazało się wolniejsze, niż oczekiwano, a działające w Europie firmy odczuwają skutki wojny w Ukrainie m.in. w postaci sankcji czy rosnących kosztów towarów i energii.

Raport EY („Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2022”) pokazuje też, że beneficjentami tendencji do skracania łańcuchów dostaw, nearshoringu (zbliżania zakładu produkcyjnego do miejsca sprzedaży produktu lub usługi) i reshoringu (lokowania działalności z powrotem w kraju pochodzenia) są w tej chwili raczej kraje Południa niż region CEE. Wynika to z bliskości granic z Ukrainą i Rosją, co przekłada się na ograniczone zaufanie inwestorów. Między innymi dlatego największe ich rzesze przyciąga obecnie Francja, gdzie zaplanowano ponad 1,2 tys. BIZ-ów, czyli o 24 proc. więcej rok do roku. Zdecydowanie największy wzrost odnotowały jednak Włochy (o 83 proc. r/r) oraz Portugalia (o 30 proc. r/r). Polska uplasowała się wysoko, na dziewiątej pozycji, i nadal przyciąga najwięcej inwestycji zagranicznych w regionie CEE. 

Z danych EY wynika, że w 2021 roku inwestorzy zadeklarowali przeprowadzenie w Polsce 193 BIZ-ów. To o 12 proc. mniej niż rok wcześniej, choć nadal zdecydowanie wyprzedzamy pozostałe kraje regionu. Plusem jest również to, że nowe inwestycje mają przynieść aż 21 tys. miejsc pracy. To ponad czterokrotnie więcej niż w 2020 roku i blisko wyników z 2018 roku, kiedy inwestorzy deklarowali utworzenie w Polsce 22 tys. nowych miejsc pracy w 272 inwestycjach.

– Jednym z ważnych czynników, który buduje atrakcyjność inwestycyjną Polski, jest różnego rodzaju pomoc publiczna. To m.in. Polska Strefa Inwestycji, w ramach której można uzyskać zwolnienie z podatku dochodowego czy grant rządowy, przyznawany na podstawie Programu wspierania inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki polskiej. Te dwa instrumenty wzbudzają największe zainteresowanie – mówi Zofia Kilian.

Jak poinformowało Ministerstwo Rozwoju i Technologii, przedsiębiorcy, którzy w ubiegłym roku uzyskali granty w ramach tego programu, zobowiązali się do zainwestowania w Polsce łącznie prawie 11,4 mld zł i stworzenia 3,5 tys. nowych miejsc pracy, z czego ponad 1,6 tys. dla osób z wyższym wykształceniem. 2021 rok był najlepszym okresem w historii programu, głównie dzięki preferencyjnym warunkom, które zaproponowano w marcu 2021 roku.

– W ramach programu grantowego dla wsparcia inwestycji szykują się pewne zmiany. W najbliższych miesiącach zostanie wprowadzona nowelizacja. Jeszcze nie do końca można mówić o szczegółach, ale niedługo będzie można zapoznać się z projektem – mówi ekspertka PAIH.

Jak podkreśla, agencja zapewnia wsparcie inwestorom na każdym etapie procesu inwestycyjnego, m.in. pomaga im w podjęciu decyzji dotyczącej lokalizacji i ułatwia kontakty z władzami lokalnymi czy potencjalnymi partnerami. PAIH doradzi również w kwestii możliwości uzyskania pomocy publicznej.

Ubiegły rok okazał się rekordowy dla agencji. Przy jej wsparciu zagraniczne firmy zainwestowały w Polsce ponad 3,5 mld euro, o 700 mln więcej niż w najlepszym 2019 roku. Nowe inwestycje przyniosą blisko 18 tys. nowych miejsc pracy. Wśród największych inwestorów pod względem nakładów finansowych były Korea Południowa, Niemcy i USA.

– Atrakcyjność Polski na rynkach międzynarodowych zdecydowanie buduje również wysoko wykwalifikowana kadra, tereny inwestycyjne i dobrze przygotowana infrastruktura – wymienia Zofia Kilian. – Warto tu wspomnieć o specjalnych programach, które są odpowiedzią na zmieniającą się sytuację u naszych wschodnich sąsiadów. I nie mówię tu tylko o wojnie w Ukrainie, ale też o sytuacji w Białorusi. W reakcji na nie został uruchomiony program Poland. Business Harbour, który ułatwia ścieżkę wizową dla obywateli takich krajów jak Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia i Rosja, umożliwiając łatwiejszy start i rozpoczęcie pracy w Polsce. Jest to program skierowany szczególnie do specjalistów IT.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu przyciągnęła w 2021 roku 96 inwestycji zagranicznych, w tym 37 z Białorusi, co świadczy o sukcesie programu Poland. Business Harbour. Obejmuje on trzy ścieżki udziału: dla specjalistów IT, start-upów i dojrzałych firm. Program powstał we wrześniu 2020 roku jako odpowiedź na sytuację w Białorusi i konieczność zapewnienia bezpiecznego schronienia i szansy rozwoju prężnie funkcjonującej dotychczas białoruskiej branży IT, ale rozszerzono go także na inne kraje wschodnie: Armenię, Azerbejdżan, Gruzję, Rosję i Ukrainę.

Z raportu Assay Biznes wynika, że już prawie co trzeci przedsiębiorca myśli o zamknięciu swojej firmy, a co piąty – o jej sprzedaży. Połowa chętnie zamieniłaby własną działalność gospodarczą na pracę na etacie. Poza wojną, galopującą inflacją czy zerwanymi łańcuchami dostaw przedsiębiorcom sen z powiek spędza Polski Ład. 82 proc. z nich przyznaje, że nie rozumie wprowadzonych w nim zmian, a podobny odsetek deklaruje, że w związku z reformą zwiększyły się ich obciążenia podatkowe. Jak szacują, po wprowadzeniu reformy stracili 2346 zł miesięcznie.

– Największy niepokój powoduje w tej chwili ogromna zmienność przepisów i wzrost obciążeń, co idzie w sprzeczności z ogólną sytuacją, która jest bardzo trudna. Przedsiębiorcy nawet instynktownie czują, że mają coraz trudniejsze warunki funkcjonowania po stronie regulacyjnej, a poza tym jeszcze otoczenie makroekonomiczne i geopolityczne jest dla nich coraz trudniejsze. Wojna jest dosłownie za rogiem, Polska jest traktowana jako kraj wysokiego ryzyka, więc pozyskiwanie kapitału jest trudniejsze, a poza tym mamy jeszcze inflację – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, były premier RP i przewodniczący rady dyrektorów w EY Poland.

Te wszystkie czynniki nie sprzyjają zakładaniu własnego biznesu. O własnej firmie myśli 15 proc. respondentów badania przeprowadzonego przez Maison & Partners dla Grupy Assay, przy czym niemal trzy czwarte tej grupy nie jest do tego w pełni przekonanych. Zdecydowana większość z nich nie zamierza otwierać własnej firmy w ciągu najbliższego roku. 64 proc. badanych uważa, że to nie jest dobry moment na zakładanie biznesu. Przeciwnego zdania było jedynie 7 proc.

– Większość Polaków zdecydowanie woli stabilność i pracę na etat – mówi prof. dr hab. Dominika Maison, właścicielka agencji badawczej Maison & Partners.

– Jednym z najbardziej niepokojących wyników naszego raportu jest to, że prawie 30 proc. przedsiębiorców myśli w tej chwili o tym, żeby w ogóle zamknąć swój biznes, kolejne 20 proc. chciałoby go odsprzedać. To pokazuje, że wola prowadzenia własnego przedsiębiorstwa spada – mówi Łukasz Blichewicz, prezes zarządu Grupy Assay.

Średnio co czwarty polski przedsiębiorca myśli w tej chwili także o redukcji zatrudnienia, a 43 proc. chce zrezygnować z planowanych wcześniej inwestycji. To w dużej mierze efekt otoczenia gospodarczego. Tym, czego najbardziej obawiają się w tej chwili przedsiębiorcy, są bowiem wysokie koszty pracy, w tym składek ZUS (54 proc. wskazań), wysokie podatki (39 proc.) i niestabilność prawa (38 proc.). Zaledwie garstka z nich jest zdania, że otoczenie prawne i podatkowe sprzyja dziś prowadzeniu własnej działalności (15–16 proc.).

– Przedsiębiorcy znaleźli się pod presją wielu czynników gospodarczych, geopolitycznych czy makroekonomicznych, takich jak rosnąca inflacja, podwyższanie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej czy ogólna niepewność po stronie konsumentów, związana chociażby z tym, że nie wiadomo, jak rozwinie się wojna w Ukrainie. Wszystkie te czynniki składają się na to, że prowadzenie firmy nie jest dziś łatwe – mówi Łukasz Blichewicz.

Z badania przeprowadzonego przez Maison & Partners wynika, że zdaniem 82 proc. Polaków wojna jest istotnym zagrożeniem dla polskiej gospodarki. Z kolei 47 proc. właścicieli firm obawia się jej negatywnego wpływu na swoją firmę.

– Już ostatnie dwa lata były ciężkim doświadczeniem dla wielu przedsiębiorców, bo pandemia COVID-19 spowodowała, że wiele biznesów stało się niepewnych. W tej chwili doszły kolejne czynniki, przede wszystkim wojna w Ukrainie, która też spowodowała zaburzenie pewności i stabilności prowadzenia biznesu – mówi prof. Dominika Maison.

Co istotne, nawet większy wpływ na warunki prowadzenia biznesu w Polsce miała reforma systemu podatkowego wprowadzona z początkiem tego roku, czyli Polski Ład.

– Przedsiębiorcy zawsze oczekują tego samego, czyli prostych podatków i przejrzystych regulacji, które nie zmieniają się zbyt szybko. Czyli dokładnie na odwrót niż w tej chwili – mówi Jan Krzysztof Bielecki. – Najlepszym komentarzem dotyczącym aktualnego klimatu dla rozwoju przedsiębiorczości jest właśnie historia Polskiego Ładu – jego niekończących się zmian i korekt. Z raportu prezentowanego przez Grupę Assay wynika, że tylko 18 proc. Polaków rozumie i jest zadowolonych z Polskiego Ładu i wydaje mi się, że nawet ta wielkość jest przesadzona.

Ogółem aż 66 proc. Polaków ocenia negatywnie Polski Ład, a niemal 40 proc. deklaruje, że ich obciążenia podatkowe w związku z reformą zwiększyły się – średnio o prawie 900 zł miesięcznie. W grupie przedsiębiorców odsetek tych, którzy stracili na nowej reformie podatkowej, jest jednak dużo wyższy i sięga 70 proc., a średnia szacowana strata to ponad 2,3 tys. zł. Co więcej, 82 proc. ogółu Polaków deklaruje, że nie rozumie zmian wprowadzonych w Polskim Ładzie i jego kolejnych korektach.

– Zmieniło się otoczenie prawno-podatkowe, dlatego tak często chcemy dziś zamykać działalności, bo po prostu przestały być opłacalne w stosunku do innych form zatrudnienia – mówi prezes Grupy Assay.

Z badania wynika, że ok. 5 proc. respondentów prowadzi własną firmę, ale niemal co trzeci ma związane z tym doświadczenia. Statystyczny polski przedsiębiorca to najczęściej mężczyzna po 35. roku życia, z miasta liczącego powyżej 100 tys. mieszkańców, z wyższym wykształceniem i dochodem przekraczającym miesięcznie 5 tys. zł netto. Zwykle prowadzi mikrofirmę, zatrudniającą do dziewięciu pracowników, najczęściej z sektora usług.

Raport Assay Biznes, który bierze pod lupę kondycję polskiej przedsiębiorczości, obejmuje też nowy wskaźnik, odzwierciedlający stosunek Polaków do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Przyjmuje on wartość od 0 do 100 i składa się z kilku komponentów: doświadczenia w prowadzeniu biznesu, subiektywnego postrzegania swoich kompetencji w tym obszarze oraz znajomości prawa, finansów i zarządzania, a także postrzegania klimatu ekonomicznego dla prowadzenia biznesu. W tej chwili ogólna wartość wskaźnika Assay Biznes wynosi 34. Co ciekawe, wskaźnik ten jest wysoki wśród ludzi młodych – dla grupy 18–24 lata jego wartość wyniosła 44, podczas gdy w grupie osób powyżej 55 lat – tylko 26.

Wysokie ceny paliw i koszty tankowania samochodu w coraz większym stopniu obciążają portfele Polaków. Zwłaszcza w wakacje, które są okresem urlopowych wyjazdów. Ceny mogą być jednak niższe dzięki sezonowym promocjom. bp Polska od 1 lipca wprowadza dla swoich klientów ofertę, dzięki której mogą zaoszczędzić nawet 30 groszy na litrze paliwa.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że główną obawą i bolączką wszystkich Polaków są w tej chwili wysokie – i wciąż rosnące ceny – zarówno ceny produktów spożywczych, energii, ale także ceny paliwa – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Wiążewska, dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. – Dlatego też przygotowaliśmy dla klientów specjalną ofertę obniżenia cen paliw w okresie wakacji. Od 1 lipca rozpoczynamy promocję cenową na paliwa, w której klienci będą mogli uzyskać rabat do 30 groszy na litrze.

Według danych, które podał GUS, w maju br. ceny paliw po raz kolejny wzrosły o 5 proc. w ujęciu miesięcznym i obecnie są już o 35,4 proc. droższe niż przed rokiem. To bolączka wielu gospodarstw domowych, które powoli są już zmuszone ograniczać wydatki na tankowanie samochodu. Tymczasem wakacje to czas urlopowych wyjazdów i  jak pokazał kwietniowy sondaż przeprowadzony dla portalu Wakacje.pl – w tym roku 3,4 proc. Polaków wybiera się na nie własnym samochodem. To i tak znaczący spadek wobec ubiegłego roku, kiedy ceny paliw były niższe, a ten odsetek wynosił 8,6 proc.

– Promocje i oferty specjalne na czas wakacji przygotowujemy każdego roku. W tym roku jest to oferta specjalna, ponieważ warunki, w jakich funkcjonujemy, a także sytuacja rynkowa, są wyjątkowe. Dlatego też, analizując potrzeby i sytuację klientów, a także otoczenie rynkowe, zdecydowaliśmy o wprowadzeniu wysokiego rabatu cenowego – mówi Barbara Wiążewska.

Dla klientów indywidualnych, którzy są zarejestrowani w programie lojalnościowym PAYBACK, rabat wyniesie 30 gr na litrze. Z kolei klienci z niezarejestrowaną kartą PAYBACK zapłacą mniej o 10 gr za litr dowolnego paliwa. Oferta obejmuje bowiem paliwa regularne, premium i LPG.

Jesteśmy przekonani, że jest to atrakcyjna propozycja i mamy nadzieję, że dzięki temu podróże wakacyjne i wakacje będą tańsze – mówi dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. Dodatkowo przygotowaliśmy też szereg ofert i promocji związanych z naszą ofertą spożywczą i sklepową.

W ramach akcji „Tańsze wakacje z bp” po zatankowaniu minimum 25 l klienci – oprócz rabatów na paliwo – otrzymają także bon rabatowy o wartości 3 zł na zakupy w kawiarni Wild Bean Cafe (WBC) lub skorzystanie z myjni. Mogą też liczyć na atrakcyjne promocje w sklepach na stacjach bp. Przez całe wakacje kontynuowana będzie również oferta czwartkowa, czyli Diesel Ultimate w cenie regularnej. Co ważne, w okresie wakacji wszystkie powyższe oferty się sumują. Szczegółowe informacje na temat ofert promocyjnych dostępne są na stronie internetowej koncernu. 

W Polsce bp jest wiceliderem rynku, pod tą marką działa prawie 570 stacji, 500 kawiarni WBC i całodobowe sklepy. Od kilku lat firma przygotowuje projekt „wakacje z bp”, który uwzględnia aktualne realia rynkowe. Przykładowo w trakcie pandemii kiedy bardzo wzrosło zainteresowanie podróżami kamperami bp przygotowało specjalną propozycję dla kamperowców. Kiedy Tatry były rekordowo oblegane przez turystów, firma razem z TOPR-em wprowadziła specjalne propozycje dla turystów. Z kolei w tym roku to właśnie kwestie wysokich cen paliw okazały się być dla klientów najistotniejsze. 

– Czynników ryzyka w biznesie jest dziś tak wiele, że dla przedsiębiorców, zwłaszcza małych i średnich, sytuacja stała się nieprzewidywalna jak nigdy dotąd – mówi Tomasz Starus, prezes zarządu Allianz Trade w Polsce. Widać to w statystykach dotyczących niewypłacalności firm. W maju było ich o 17 proc. więcej niż rok temu i aż o 150 proc. więcej niż na początku pandemii. W całym roku może być ich o 12 proc. więcej w ujęciu rocznym, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej, które są głównym partnerem gospodarczym dla polskich firm. Dlatego rodzime firmy muszą dziś działać zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania wobec kontrahentów, dokładniej analizować partnerów biznesowych oraz korzystać z narzędzi pozwalających zabezpieczyć się przed wzrostem ryzyka w biznesie.

 Największym ryzykiem dla polskich firm jest obecnie bardzo duża niepewność, która wynika z inflacji, wzrostu cen surowców, pandemii i pozrywanych łańcuchów dostaw. Dla każdej z firm – w szczególności małych i średnich – oznacza to potężny wzrost ryzyka, nie do końca prognozowalnego, bo koszty potrafią rosnąć z dnia na dzień – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Starus.

Polskie firmy doświadczyły w ostatnim czasie trzech potężnych szoków zewnętrznych: początku pandemii COVID-19 w 2020 roku, jej szczytu z kwietnia 2021 roku i rosyjskiej inwazji na Ukrainę, która rozpoczęła się w lutym br.  W efekcie od ponad dwóch lat rodzime przedsiębiorstwa działają w ciągłym trybie niepewności i podwyższonego ryzyka. W badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonego na początku marca br., czyli krótko po wybuchu wojny za wschodnią granicą, 42 proc. firm zadeklarowało, że ma poczucie dużego lub bardzo dużego zagrożenia dla swojej działalności.

– Najbardziej zagrożone są w tej chwili przedsiębiorstwa małe i średnie, rodzinne, które muszą konkurować na swoich rynkach dokładnie tak samo jak wszyscy duzi tego świata. Z drugiej strony mają do dyspozycji dużo mniej płynności, dużo mniej produktów bankowych i dużo mniejsze możliwości negocjowania cen dostaw i przekładania wyższych kosztów na odbiorców. Muszą zatem w dużo większym stopniu bazować na własnych kapitałach i często aby utrzymać sprzedaż, robią to kosztem własnej marży, aby utrzymać się na rynku – mówi prezes Allianz Trade w Polsce.

Szef największej firmy ubezpieczającej należności zauważa, że w Polsce coraz wyraźniej widać problem zatorów płatniczych, choć jeszcze nie ma on masowej skali. Jednak opóźnienia w płatnościach najmocniej odczuwają właśnie małe i średnie firmy – dla nich często już jedna nieuregulowana w terminie faktura może zachwiać ich płynnością finansową.

– Widzimy stopniowe pogarszanie się płatności i ono jest zależne od sektora. Najbardziej dotyka tych bezpośrednio wystawionych na wzrost kosztów energii, czyli np. sektora transportowego, ale i energochłonnych segmentów produkcji. Tam łączny termin płatności, czyli ten wynikający z faktury plus ten z opóźnienia, powoli zaczyna się wydłużać. To jeszcze nie ma charakteru masowego, ale w porównaniu z ubiegłym rokiem widzimy zwiększoną liczbę spraw w windykacji. Dotyka to głównie przedsiębiorstw małych i średnich – mówi Tomasz Starus.

Co istotne, wzrost nieprzewidywalności i ryzyka w biznesie odzwierciedla już także liczba niewypłacalności polskich firm, która w maju, zgodnie z danymi Allianz Trade, była o 17 proc. wyższa niż przed rokiem i aż o 150 proc. wyższa niż na początku pandemii w 2020 roku. Oprócz gwałtownego wzrostu liczby niewypłacalności w budownictwie w ujęciu miesięcznym sytuacja uległa już pogorszeniu także we wszystkich innych sektorach, m.in. w spożywczym, produkcyjnym i handlu hurtowego. Maj był pierwszym miesiącem wzrostów, ale wcześniejsze spadki wynikały raczej ze zmian w prawie i świadczyły o mniejszej liczbie restrukturyzacji, a nie upadłości likwidacyjnych.

Pod koniec ubiegłego roku nastąpiła zmiana w prawie, w związku z czym w tej chwili nieco trudniej jest wejść w procedurę sanacyjną niż wcześniej, w czasie pandemicznych poluzowań. Natomiast liczba upadłości nadal utrzymuje się na takim samym poziomie. Maj był jednak pierwszym miesiącem tego roku, kiedy liczba niewypłacalności – czyli upadłości i restrukturyzacji razem wziętych – przekroczyła wyniki z ubiegłego roku. Spodziewamy się, że do końca tego roku w Polsce upadnie mniej więcej o 12 proc. więcej firm niż w roku poprzednim – prognozuje prezes Allianz Trade w Polsce.

Według prognoz ubezpieczyciela należności podobny trend będzie w tym roku widoczny w globalnej skali. Na całym świecie liczba upadłości ma wzrosnąć w tym roku o ok. 10 proc., przy czym w Europie Zachodniej, czyli na głównym rynku zbytu polskich firm, ten wzrost sięgnie nawet ok. 14 proc. r/r. Co prawda odzyskiwanie należności w państwach Starego Kontynentu jest w stosunku do wielu innych rynków stosunkowo mało złożone, ale i tak wymaga szybkiego działania i odpowiednich przygotowań. Podstawą jest sprawdzanie wiarygodności kontrahenta, żądanie przedpłaty i ubezpieczenie kredytu kupieckiego.

Jednym z narzędzi, które przedsiębiorcy powinni wdrożyć w swoich firmach, jest ubezpieczenie należności i procedura windykacji. Zmodyfikowaliśmy pierwszy z tych produktów w ten sposób, żeby bardziej odpowiadał firmom małym, w których proces administrowania polisą, koszty polisy i stopień skomplikowania odgrywają ważną rolę w procesie podejmowania decyzji. Dlatego też wdrożyliśmy produkt SME Driver, który jest tańszy niż analogiczne produkty dla firm dużych, znacznie mniej skomplikowany i dużo szybszy jest proces zawierania umowy. W zasadzie można już przy pierwszym spotkaniu zawrzeć umowę ubezpieczenia i zabezpieczyć firmę, szczególnie teraz w bardzo nieprzewidywalnym i niepewnym okresie – mówi Tomasz Starus.

Niedotlenienie okołoporodowe i niewydolność oddechowa u noworodka mogą doprowadzić do jego niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w najgorszym wypadku nawet śmierci. Hipotermia lecznicza, polegająca na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała, pozwala temu zapobiec. Liczy się jednak czas, bo po sześciu godzinach niedotlenienia zmiany w mózgu dziecka mogą być już nieodwracalne. Dlatego Uniwersytet Medyczny w Poznaniu wspólnie z Generali Polska i Fundacją The Human Safety Net wdrażają projekt, który pozwala zastosować tę terapię już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej. Specjalistyczny sprzęt trafił właśnie do łódzkiego Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. – Zamierzamy dostarczać je do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska. 

Hipotermia lecznicza polega na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała noworodka. To uznana na świecie metoda poprawiająca wyniki leczenia dzieci dotkniętych niedotlenieniem okołoporodowym, czyli tzw. asfiksją.

Stosujemy ją u noworodków, które urodziły się w złym stanie z powodu jakichś zdarzeń okołoporodowych, jak np. zaburzenia przepływu łożyskowego. Poród to zawsze jest duży wysiłek dla dziecka, któremu czasem brakuje tlenu, i taki stan nazywamy potocznie zamartwicą. To jest problem, który może prowadzić do ciężkich zaburzeń rozwojowych. Konsekwencją niedotlenienia okołoporodowego może być np. mózgowe porażenie dziecięce. Hipotermia daje nam szansę, aby chronić dzieci przed tymi zaburzeniami rozwojowymi, pod warunkiem jednak że zostanie zastosowana wcześnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Iwona Maroszyńska, prof. ICZMP, dyrektor Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Okno terapeutyczne wynosi maksymalnie sześć godzin, zanim zmiany w mózgu dziecka staną się nieodwracalne, prowadząc m.in. do niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w cięższych przypadkach nawet śmierci.

Jeżeli po incydencie niedotlenienia okołoporodowego nie zastosujemy hipotermii leczniczej bądź zastosujemy ją zbyt późno, w ciągu sześciu godzin dochodzi do trwałych uszkodzeń komórek ośrodkowego układu nerwowego, co długofalowo prowadzi do zaburzeń rozwojowych. Pod tym hasłem kryje się szereg jednostek chorobowych, w tym przede wszystkim mózgowe porażenie dziecięce. To powoduje praktycznie trwałe kalectwo w zakresie rozwoju ruchowego, czyli będziemy mieć do czynienia z osobą, która będzie wymagać wózka bądź kul, wsparcia w poruszaniu się. Z drugiej strony dochodzi też do zaburzeń poznawczych, a więc taka osoba nie będzie mogła w pełni uczestniczyć w życiu społecznym – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Jan Mazela, kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

W Polsce przez długi czas hipotermia lecznicza u noworodków była stosowana tylko stacjonarnie, podczas hospitalizacji w wybranych ośrodkach o najwyższym stopniu referencyjności. Zazwyczaj znajdują się one w dużych miastach. Dzieci urodzone w odległych miejscowościach musiały dotrzeć do takiego specjalistycznego szpitala w ciągu kluczowych sześciu godzin od porodu, co w praktyce często okazywało się trudne. Dlatego w 2019 roku w Polsce wystartował program, który pozwala zastosować hipotermię leczniczą już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej wyposażonej w specjalistyczny sprzęt.

W ICZMP stosujemy hipotermię leczniczą u noworodków już od 2008 roku. Byliśmy pierwszym ośrodkiem, który wprowadził tę metodę leczenia. Ale zdarza się, że dziecko rodzi się poza naszym szpitalem. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że województwo łódzkie nie jest duże, w ciągu kilku godzin da się do nas dojechać. Zasada dotycząca transportu noworodka jest jednak taka, że my najpierw musimy to dziecko ustabilizować. A taka karetka to jest stanowisko intensywnej terapii na kółkach – mówi dr hab. Iwona Maroszyńska.

– Przełomowość programu polega na tym, że dzięki wyposażeniu karetek w drogie, specjalistyczne urządzenie lekarze mają możliwość zastosowania terapii właśnie w tzw. złotym oknie – dodaje prof. Jan Mazela.

Zapoczątkowany trzy lata temu program hipotermii leczniczej noworodków w transporcie neonatologicznym to wspólne przedsięwzięcie Generali Polska, Fundacji The Human Safety Net i Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Na początek objął trzy województwa, a specjalistyczne wyposażenie do karetek ratujące życie noworodków trafiło do szpitali w Poznaniu, Bydgoszczy i Zielonej Górze.

– Program hipotermii leczniczej w transporcie noworodkowym działa w Poznaniu od ponad dwóch lat. W tym czasie przetransportowano sześć noworodków, które po urodzeniu wymagały hipotermii leczniczej, ale do porodu doszło w szpitalu, który nie miał możliwości przeprowadzenia takiego leczenia – mówi kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

– Dzięki współpracy z profesorem Janem Mazelą z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wybitnym specjalistą w dziedzinie neonatologii, rozpoczęliśmy projekt wyposażania karetek neonatologicznych w sprzęt, dzięki któremu można pomóc noworodkom dotkniętym niedotlenieniem. Leczenie zastosowane z jego użyciem w ciągu pierwszych sześciu godzin po urodzeniu ogromnie zwiększa szanse na przeżycie dziecka. Realizujemy ten projekt ze wsparciem fundacji Generali – The Human Safety Net – mówi Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska.

Jak wskazuje, rozwój programu na chwilę wstrzymała pandemia COVID-19, ale teraz został on wznowiony. Kolejna karetka ze sprzętem do hipotermii leczniczej noworodków trafiła już do Łodzi.

– Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi jest czwartym ośrodkiem, do którego trafił ten specjalistyczny sprzęt, a środki na ten sprzęt zgromadziliśmy z pomocą naszych pracowników. Zamierzamy dostarczać go do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli.

Sprzęt przekazany do łódzkiego szpitala został zakupiony dzięki zaangażowaniu pracowników Generali Polska podczas globalnego wyzwania fundacji The Human Safety Net w 2021 roku. Wolontariusze podczas dwóch tygodni trwania wyzwania m.in. jeździli na rowerach, chodzili z kijkami nordic walking, biegali po górach, przebywając prawie 22 tys. km, aby szerzyć świadomość asfiksji. Wolontariusze Generali Polska zebrali w efekcie ponad 50 tys. zł, a firma podwoiła tę kwotę.