W 2020 roku branża piwowarska odprowadziła do budżetu państwa ponad 11 mld zł z tytułu podatków, wygenerowała wartość dodaną sięgającą 18,5 mld zł i utrzymywała łącznie ponad 115 tys. miejsc pracy – wynika z raportu Deloitte’​a. Mimo pandemii oraz związanych z nią zawirowań rynkowych i gospodarczych wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki okazało się nawet większe niż w poprzednich latach. Trudna sytuacja pandemiczna, duży wzrost akcyzy z początkiem tego roku i szybki wzrost kosztów surowców powodują jednak, że polscy browarnicy z dużym niepokojem patrzą na nadchodzące miesiące. Sytuację pogarsza także kiepska kondycja powiązanej z browarami branży gastronomiczno-hotelarskiej (HoReCa).

– Pod względem wielkości produkcji polska branża piwowarska zajmuje trzecie miejsce w Europie. Ustępujemy tylko takim gigantom jak Niemcy czy Wielka Brytania. W ostatnich latach ta produkcja dochodziła do 40 mln hektolitrów piwa rocznie. To jest ogromny potencjał i ogromny wpływ na polską gospodarkę, chociażby poprzez liczbę osób zatrudnionych w branży czy daniny płacone bezpośrednio do budżetu państwa – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Julia Patorska, Partner Associate w Deloitte.

Branża piwowarska jest w Polsce jednym z silniejszych sektorów przemysłu. Bezpośrednio zatrudnia ok. 9,5 tys. osób, ale z produkcją i sprzedażą piwa związane są też miejsca pracy w przemyśle lekkim, handlu, transporcie czy branży HoReCa. Łączne zatrudnienie, utrzymywane dzięki branży piwowarskiej, w 2020 roku sięgnęło więc aż 115 tys. miejsc pracy.

Co więcej, browarnictwo generuje też znaczne wpływy do budżetu państwa z tytułu podatków, które w 2020 roku wyniosły 11,14 mld zł. Jednak produkując piwo, dokonując zakupów u polskich dostawców i wypłacając wynagrodzenia, branża piwowarska wytwarza również tzw. wartość dodaną, czyli najważniejszą składową PKB. Ta w 2020 roku osiągnęła z kolei wartość 18,5 mld zł.

 W tym trudnym, pandemicznym roku wiele wpływów do budżetu spadało. Natomiast branża piwowarska nie tylko zdołała utrzymać poziom zatrudnienia i produkcji, ale nawet zwiększyła wpływy do budżetu w stosunku do 2019 roku – zauważa Julia Patorska.

Analizy Deloitte’a (raport „Podsumowanie analizy wybranych wskaźników wpływu przemysłu piwowarskiego na polską gospodarkę i otoczenie”) pokazują, że kiedy w 2020 roku całkowite dochody budżetowe państwa spadły o 1 proc., wpływy podatkowe z browarów rosły w tym czasie całościowo o 2 proc. Podatek akcyzowy, wpłacony przez browary, był większy o ponad 5 proc., podatek PIT – o 1,3 proc., a VAT – aż o 11 proc. rok do roku.

– Ostatnie dwa lata pokazały, że mimo trudności rynkowych związanych z pandemią branża piwowarska pozostała stabilnym płatnikiem podatków, stabilizującym finanse publiczne poprzez wpłaty z tytułu akcyzy czy innych podatków do budżetu centralnego i budżetów lokalnych. Spodziewamy się, że w tym roku będzie podobnie – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie. – Jednocześnie to, że jesteśmy dobrym i stabilnym płatnikiem podatków, nie oznacza, że branża nie przeżywa trudnych chwil. Wręcz przeciwnie, ostatnie dwa lata wpłynęły na nas bardzo negatywnie.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich miesięcy branża otrzymała trzy mocne ciosy. Pierwszym była pandemia COVID-19, która spowodowała załamanie optymizmu konsumenckiego, ograniczenie spotkań towarzyskich i wydarzeń masowych oraz zamknięcie na wiele miesięcy lokali gastronomicznych. W efekcie w 2020 roku konsumpcja piwa spadła do poziomu 93,6 l na osobę, najniższego od 10 lat. Równocześnie o ok. 4 proc. zmniejszyła się też produkcja piwa.

 Gastronomia bardzo ucierpiała. Rzadziej wychodzimy do lokali, zmniejszył się ruch turystyczny, centra miast nawet w sezonie bywały opustoszałe. Część lokali nie przetrwała, inne mierzą się z poważnymi wyzwaniami, jak chociażby wzrost kosztów energii i gazu. Obawiam się, że bez mocnej ingerencji państwa gastronomii ciężko będzie wyjść na prostą. Dlatego postulujemy, żeby obniżyć VAT nie tylko na żywność, ale na całość oferty gastronomicznej. To pozwoliłoby tej branży złapać oddech i poprawić płynność finansową – mówi Bartłomiej Morzycki. – O ile my nie oczekujemy wprost sektorowej pomocy ze strony państwa, o tyle powinno ono jednak zaingerować niższym VAT-em na całość oferty gastronomicznej, w tym właśnie na piwo, które jest w gastronomii drugą najpopularniejszą, najczęściej spożywaną kategorią po jedzeniu i mogłoby być impulsem do odbicia się sektora.

Jako browary regionalne uważamy, że to jest ostatni moment, w którym należałoby zastosować jakieś zewnętrzne wsparcie dla branży HoReCa. Zwłaszcza dla punktów hotelowo-restauracyjnych, które zostały bardzo mocno dotknięte przez lockdowny w 2020 roku. Wszystkie ograniczenia w działalności czy nawet ostrzeżenia podawane przez media, żeby się nie spotykać, powodują, że ten segment cierpi. Jeżeli nie dostanie wsparcia zewnętrznego, to możemy się obudzić w sytuacji, kiedy zostanie mniej niż połowa spośród znanych i lubianych restauracji – dodaje Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.

Przedstawiciele branży wskazują, że zapaść w sektorze HoReca bezpośrednio przekłada się na polskie browarnictwo, dla którego jest to kolejny cios, po wprowadzanych w ostatnich latach podwyżkach akcyzy. Już 2020 rok rozpoczął się podwyżką akcyzy o 10 proc., a po raptem dwóch latach – od 1 tycznia br. – weszła w życie kolejna, również 10-proc. podwyżka tego podatku. To zaś spowodowało konieczność weryfikacji planów biznesowych w firmach piwowarskich i nie pozostaje bez wpływu na ceny.

 Trzecim ciosem, poniekąd też wynikającym z pandemii, jest obecna sytuacja rynkowa: zdestabilizowane łańcuchy dostaw, ogromna inflacja i wzrost wszystkich kosztów produkcji. Niektóre składowe rosły w tempie trzycyfrowym i to w krótkim czasie – mówi Bartłomiej Morzycki. – Z tymi trzema mocnymi ciosami, które zbiegły się w krótkim czasie, będziemy musieli się mierzyć w bieżącym roku. Wszystko to wpłynie negatywnie na rynek i nie pozwala nam patrzyć w przyszłość zbyt optymistycznie. Mamy nadzieję, że chociaż pogoda nam będzie sprzyjać.

Dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie podkreśla, że branża ma potencjał do dalszego wspierania polskiej gospodarki, ale w tej chwili sama patrzy na nadchodzące miesiące z niepokojem, a jej rozwój będzie uzależniony m.in. od dalszego przebiegu pandemii, możliwości spotkań towarzyskich i organizacji imprez masowych.

– Największy niepokój w branży budzi jednak stale rosnący koszt produkcji piwa. Już w ubiegłym roku mierzyliśmy się z problemem dostępności niektórych surowców, np. aluminium do produkcji puszek, ale też wzrostem cen surowców. Mamy do czynienia z dynamicznym, dwu-, a czasami trzycyfrowym wzrostem wszystkich kosztów produkcji piwa. Jeśli ten trend się nie zatrzyma, to siłą rzeczy będzie musiało przełożyć się na wzrost średniej ceny piwa. A im wyższa cena, tym bardziej rynek będzie spadał – mówi ekspert.

Z raportu Deloitte’a wynika, że w 2020 roku w Polsce funkcjonowały łącznie 363 browary stacjonarne i kontraktowe, a 58 było w budowie lub w planach. Te działające – duże, regionalne i rzemieślnicze – wprowadziły na rynek ponad 2 tys. nowych, premierowych piw.

 Browary regionalne – łącznie z kraftowymi – mają od kilku do kilkunastu procent udziału w rynku – mówi Andrzej Olkowski. – Ich znaczenie dla lokalnych gospodarek jest tym większe, im mniejsza jest miejscowość, w której jest zlokalizowany browar. W dużym mieście to znaczenie ginie w liczbie różnych innych zakładów, które wpływają na gospodarkę regionu. Natomiast w małych miejscowościach bywa, że taki browar jest największym lub jednym z największych zakładów produkcyjnych, które zatrudniają i dają pracę lokalnym przedsiębiorcom z innych branż.

Co istotne, wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki to nie tylko podatki czy zatrudnienie. W 2020 roku aż 90 proc. materiałów i usług wykorzystywanych przez polskie browary do produkcji piwa pochodziło od krajowych dostawców. W sumie firmy zrzeszone w Związku Browary Polskie zakupiły od rodzimych producentów towary i usługi o wartości prawie 4 mld zł, z czego same zakupy chmielu i słodu uzyskały łączną wartość ponad 340 mln zł. Statystyki pokazują, że równie duże jest też przywiązanie polskich konsumentów do piwa warzonego w Polsce, bo aż 92 proc. całej produkcji trafia właśnie na rodzimy rynek.

W ubiegłym tygodniu prezydent Andrzej Duda zawnioskował o powołanie prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję w roli prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wniosek trafił już do marszałek Sejmu, a decyzja jest teraz uzależniona od sejmowej większości. Ewentualny wybór prof. Adama Glapińskiego na to stanowisko będzie oznaczał, że pokieruje on bankiem centralnym aż do 2028 roku. – Będzie to dla niego szansa sprowadzenia inflacji w granice celu, a po kolejnych latach jego prezesury można się spodziewać m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego – wskazuje ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego, dr Marian Szołucha.

 Dobrze, że wniosek prezydenta Andrzeja Dudy wpływa do marszałek Sejmu stosunkowo szybko, chociaż teoretycznie prezydentowi zostało na tę decyzję jeszcze kilka miesięcy. Jednak czasy mamy niespokojne, więc wszystkie spekulacje trzeba ucinać możliwie szybko, trzeba uspokajać nastroje, zwłaszcza na tak wrażliwym polu, jakim są rynki finansowe, gdzie Narodowy Bank Polski jest istotnym graczem – mówi agencji Newseria Biznes dr Marian Szołucha.

Aktualna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP upływa 21 czerwca 2022 roku. Prezydent Andrzej Duda zawnioskował jednak o powołanie go na drugą kadencję w tej roli, a wniosek w tej sprawie trafił już do marszałek Sejmu – poinformował 29 stycznia szef gabinetu prezydenta Paweł Szrot. Prezes NBP jest powoływany i odwoływany przez Sejm na wniosek prezydenta RP na sześcioletnią kadencję.

– Spokojna reakcja rynków finansowych, rynków walutowych i Giełdy Papierów Wartościowych świadczy o tym, że ta decyzja prezydenta była oczekiwana – mówi ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

Jak ocenia, nominacja prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję to dobry ruch, który stabilizuje gospodarkę. Jego zdaniem ta decyzja zapewnia też przewidywalność w polityce pieniężnej i kontynuowanie obranego kierunku, a przy tym kończy ze spekulacjami i niepewnością, co jest kluczowe zwłaszcza teraz, w obliczu rosnącej inflacji, na którą ma wpływ pandemia, oraz sytuacji na wschodzie Europy.

Zawisło nad nami niebezpieczeństwo odpływu części kapitału, ponieważ za wschodnią granicą dzieją się rzeczy niepokojące i nikt nie wie, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja. Po drugie, pandemia i konieczność łagodzenia jej skutków spowodowały, że w Polsce pojawiła się inflacja, na którą nałożył się jeszcze cały szereg innych czynników, takich jak polityka energetyczno-klimatyczna UE, podnoszenie cen gazu przez Rosję i pozrywane łańcuchy dostaw w handlu międzynarodowym. Krótko mówiąc, cały zespół czynników złożył się na to, że presja inflacyjna w Polsce jest najwyższa od około 20 lat – mówi dr Marian Szołucha. – Aby uspokoić nastroje, potrzebna była szybka decyzja prezydenta. Ta decyzja jest i mam nadzieję, że parlament też upora się z nią możliwie szybko.

Wskazuje też, że mimo dużego wzrostu inflacji w końcówce prezesury prof. Adama Glapińskiego (w grudniu wyniosła ona 8,6 proc.) średnia w całym okresie sprawowania przez niego tej funkcji ciągle wychodzi bardzo niska, a dotychczasowa polityka NBP owocuje od kilku lat wysokim wzrostem gospodarczym przy znikomym bezrobociu. Na pozytywną ocenę dotychczasowej kadencji szefa banku centralnego jego zdaniem składają się także rekordowy zysk wpłacany przez NBP do budżetu państwa, zakupy złota czynione w odpowiednim czasie czy rekordowe rezerwy walutowe banku. Wśród pojawiających się wątpliwości niektórych ekspertów jest zbyt późna reakcja na inflację w postaci podwyżki stóp procentowych i zbyt późne zacieśnianie polityki monetarnej.

– Ja tak nie uważam, bo trzeba zwrócić uwagę na to, co mogą przynieść Polsce wysokie stopy procentowe. One rzeczywiście mogą zmniejszyć presję inflacyjną, ale z drugiej strony – podniosą koszty życia wielu Polaków i funkcjonowania wielu firm, wzrosną raty kredytów hipotecznych, raty leasingów etc. Ponadto wysokie stopy procentowe działają schładzająco na gospodarkę, obniżają dynamikę jej wzrostu. Dlatego RPP wstrzymywała się – i niektórzy uważają, że zbyt długo – z decyzją o podniesieniu stóp. To jest jednak zawsze bolesne dla gospodarki, bo jest mieczem obosiecznym – podkreśla ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

To, czy prof. Adam Glapiński pozostanie na stanowisku szefa banku centralnego do 2028 roku, jest teraz uzależnione od sejmowej większości. Zgodnie z prawem ta sama osoba nie może pełnić funkcji szefa NBP dłużej niż przez dwie kolejne kadencje. Jak wskazuje ekspert, priorytetem na kolejne lata będzie sprowadzenie inflacji w granice celu inflacyjnego (2,5 proc. z możliwością odchylenia o 1 pkt proc. w obie strony). Po drugiej kadencji można się spodziewać także m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego, co było już widoczne w pierwszej kadencji.

– Prof. Glapiński zauważa, że jeśli coraz częściej płacimy elektronicznie, kartą, przelewem, korzystamy z aplikacji i innych fintechowych rozwiązań, które są tanie, szybkie i przyjemne, to jednak one niosą ze sobą określone ryzyka, np. phishingowe, polegające na możliwości okradzenia nas przez hakerów i internetowych oszustów, ale także te związane z bezpieczeństwem systemowym. Gotówka daje to bezpieczeństwo systemowe, w odróżnieniu od elektronicznego obiegu pieniądza tego nikt nie jest nam w stanie wyłączyć, np. w sytuacji jakiegoś kryzysu czy ataku na Polskę z zewnątrz. Dlatego obrót pieniężny powinien mieć – właśnie ze względów bezpieczeństwa – charakter mieszany, gotówkowo-bezgotówkowy. Tego zdania jest prof. Glapiński, za co jest przez niektórych przedstawicieli rynków finansowych i sektora bankowego atakowany. Ma jednak w tym temacie podejście bardzo konserwatywne, moim zdaniem właściwe – ocenia dr Marian Szołucha.

Przybywa polskich firm, które planują przeniesienie działalności do Estonii. To kraj, który ze względu na przejrzysty system podatkowy czy niskie koszty prowadzenia działalności coraz częściej staje się pierwszym wyborem. Często decyduje o tym także potencjał tego rynku jako bramy do Skandynawii. Inna zaleta to łatwość założenia firmy w Estonii. Najprostszą metodą na przeniesienie działalności jest uzyskanie e-rezydencji. Z tego rozwiązania chętnie korzystają również Polacy, którzy założyli w Estonii już 450 firm.

– Polskie firmy coraz przychylniej patrzą na estoński rynek jako rynek docelowy, ale też tranzytowy. Rynek docelowy jest przez nas jeszcze trochę nieodkryty, ale posiadający ogromny potencjał. Mówimy tutaj o sektorze chociażby nowych technologii, infrastrukturze, budowlance – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Kuczmowski, członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Coraz więcej polskich przedsiębiorstw postrzega Estonię jako atrakcyjny rynek zbytu dla swoich produktów czy usług. Obroty handlowe między Polską a Estonią w 2020 roku wyniosły ok. 1,3 mld euro. Raport KUKE i SpotData wskazuje, że Estonia jest jednym z krajów o największym wzroście udziału w polskim eksporcie w ostatnich dwóch dekadach. Wciąż udział ten jest jednak niewielki i wynosi ok. 0,5 proc. (import z Estonii to 0,1 proc. importu Polski). Najpopularniejsze kategorie eksportowanych produktów to pojazdy, samoloty, statki i inne środki transportu, metale nieszlachetne oraz produkty przemysłu chemicznego. Z kolei w ramach importu z Estonii na polski rynek trafiają maszyny i urządzenia mechaniczne, elektryczne, drewno i artykuły z drewna oraz kamienie szlachetne i półszlachetne, a także metale szlachetne.

Strategiczne inwestycje energetyczne realizują w tym kraju Grupa Azoty oraz Control Process. Z kolei Orlen Eesti, czyli estońska spółka Orlenu, jest największym hurtowym dostawcą paliw w regionie.

– Polskie firmy patrzą na Estonię z perspektywy potencjalnych możliwości rozwoju, mówimy tutaj o dużych inwestycjach infrastrukturalnych, takich jak chociażby Rail Baltica, Via Baltica. Te projekty nas czekają w ciągu najbliższych pięciu–sześciu lat – zaznacza Artur Kuczmowski. – Nie ma jednak jednej, specyficznej branży, która wybiera Estonię. Spośród całej masy branż szczególnie wybijają się firmy związane z nowymi technologiami, kryptowalutami, dlatego że one są uregulowane w Estonii w określony sposób. Zresztą ten kraj słynie z tego, że licencjonuje podmioty funkcjonujące w branży krypto.

Wielu przedsiębiorców postrzega Estonię jako ważny przyczółek w regionie oraz drzwi do ekspansji na rynki skandynawskie.

– Estonia jest stosunkowo małym państwem i 1,3 mln obywateli może nie robić wrażenia jako rynek docelowy, ale to jest świetna piaskownica testowa dla nowych technologii, wdrażania nowych inwestycji i dla firm, które chcą szczególnie się rozwijać w sektorze cyfrowym. To świetne miejsce, w którym można bardzo łatwo, w bardzo czytelny sposób komunikować się z administracją państwową – wyjaśnia członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Estonię określa się jako europejski hub blockchainu. Dzięki odpowiednim regulacjom można tam prowadzić działalność gospodarczą zupełnie online, a sukcesem okazał się program e-rezydencji wprowadzony w 2014 roku.

– E-rezydencja to zasadniczo cyfrowy dowód osobisty wydawany przez rząd osobom niebędącym obywatelami w Estonii, który daje im dostęp do estońskich e-usług oraz możliwość podpisywania niezbędnych dokumentów podpisem cyfrowym – tłumaczy Sergei Zunajev z Enterprise Estonia, rządowej agencji wspierającej eksport i inwestycje.

– Działa to na podobnej zasadzie jak uzyskanie tamtejszego dokumentu tożsamości. Daje nam dostęp do środowiska elektronicznego, które zasadniczo jest tym, czego potrzebujemy, aby uruchomić działalność gospodarczą w Estonii. Jeśli przenosimy do Estonii działalność, możemy założyć firmę, która będzie działać operacyjnie jako zupełnie nowa spółka, albo możemy też połączyć polską spółkę z estońską, czyli w Estonii zakładamy holding, który jest właścicielem polskiej spółki – wymienia Dawid Wiktor, dyrektor generalny Media Scope Group.

Republika Estońska jest pierwszym krajem na świecie oferującym e-rezydencję. W celu jej uzyskania wystarczy wypełnić wniosek online. Decyzja w tej sprawie jest podejmowana w ciągu 30 dni. Kilka tygodni później wymagane jest spotkanie i osobisty odbiór karty np. w jednej z estońskich placówek dyplomatycznych.

– Główne korzyści odnoszą przedsiębiorcy, którzy chcieliby rozszerzyć swoją działalność poza Polskę. E-rezydencja umożliwi im włączenie swojego podmiotu gospodarczego pod estońską jurysdykcję, w pełni zdalnie, bez konieczności przyjazdu na miejsce. Dzięki e-rezydencji możliwe jest też zdalne zarządzanie firmą z każdego miejsca na świecie – wyjaśnia Sergei Zunajev.

E-rezydent może całkowicie online zarejestrować w Estonii firmę, a cały proces zajmuje do trzech dni roboczych. Najczęściej o e-rezydencję występują Rosjanie (5,8 tys.), Finowie (5,3 tys.), Niemcy i Ukraińcy (po ok. 5 tys.) oraz Chińczycy (4,3 tys.). Rosjanie także przodują pod względem liczby założonych w Estonii firm (1,6 tys.), przed Ukraińcami, Niemcami i Turkami. W statystykach programu Polska jest na 16. miejscu. Do tej pory e-rezydencję uzyskało ponad 1,7 tys. osób, które założyły w Estonii 450 firm. 

W rankingu Banku Światowego Doing Business 2020 Estonia zajęła 18. miejsce na 190 państw (dla porównania Polska znalazła się na 40. pozycji) pod względem łatwości prowadzenia działalności. W kategorii rozpoczynania biznesu sklasyfikowana została na 14. miejscu, a w kategorii dotyczącej podatków – dwa oczka wyżej (Polska w tych kategoriach zajęła odpowiednio 128. oraz 77. pozycję).

Potencjał rynku estońskiego był jednym z tematów Thursday Gathering. To cykliczne spotkania, które co czwartek przyciągają do warszawskiego Varso społeczność innowatorów. Organizatorem bezpłatnych i otwartych dla wszystkich chętnych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw.

Liczba cudzoziemców, którzy legalnie pracują w Polsce, już w tej chwili jest rekordowa, ale i popyt na pracowników z zagranicy jest coraz większy. W trakcie pandemii to zapotrzebowanie dodatkowo wzrosło – deklaruje 41 proc. powiatowych urzędów pracy. Pozyskiwanie zagranicznych pracowników ma ułatwić znowelizowana ustawa o cudzoziemcach, która zacznie obowiązywać od 29 stycznia br. Eksperci oceniają, że nowe przepisy ułatwią zatrudnianie takich osób w Polsce, ale wdrożenie regulacji w dużej mierze będzie zależeć od wydolności urzędów. Dziś bariery formalne i długie terminy są jedną z największych obaw zarówno po stronie pracowników, jak i pracodawców. 

Jeszcze w lutym 2020 roku, czyli tuż przed startem pandemii, liczba cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń społecznych w ZUS nieznacznie przekraczała 688 tys. Na koniec września ub.r. ich liczba sięgnęła już 864,6 tys. To ponad 20-proc. wzrost, który w największym stopniu dotyczył obywateli Ukrainy, Białorusi i Gruzji. Według danych resortu pracy w 2021 roku obcokrajowcom zostało wydanych ponad 572,3 tys. zezwoleń na pracę. Dodatkowo pracodawcy złożyli do urzędów pracy ok. 2 mln oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcom. To specjalny, uproszczony tryb zatrudniania, który dotyczy obywateli sześciu państw: Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy.

Mimo stałego wzrostu liczba pracujących w Polsce obcokrajowców wciąż jest niewystarczająca, bo i popyt na ich pracę ciągle rośnie. Potwierdzają to też wyniki badania przeprowadzonego przez MRiPS wśród 332 powiatowych urzędów pracy na przełomie października i listopada ub.r. Większość z nich (78,4 proc.) zadeklarowała, że zatrudnianie cudzoziemców wynika głównie z braku polskich kandydatów na oferowane miejsce pracy. Według 41 proc. PUP w wyniku pandemii zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy dodatkowo wzrosło. Taki sam odsetek ocenia, że będzie rosło także w kolejnych miesiącach.

Pozyskiwanie pracowników ma ułatwić nowelizacja ustawy o cudzoziemcach, która wejdzie w życie pod koniec stycznia. Celem nowych przepisów jest usprawnienie postępowań administracyjnych w zakresie legalizacji pobytu cudzoziemców w Polsce, szczególnie w przypadku łączonych zezwoleń na pobyt i pracę, które są najczęściej udzielanym rodzajem zezwoleń na pobyt czasowy.

Ta zmiana ustawy nie będzie jakimś game changerem. Dotychczasowe przepisy są już w tej kwestii dość liberalne i wiele będzie zależało raczej od kondycji polskiej gospodarki, inflacji, poziomu płac i sytuacji u naszych sąsiadów – mówi agencji Newseria Biznes Karol Wysocki, kierownik Działu Global Mobility Desk w JP Business Law Firm. – Niemniej to pierwsza tak duża zmiana od kilku lat, choć niestety nie wszystkie rozwiązania, które były proponowane przez pracodawców, zostały w niej przyjęte. Zmiany w ustawie o cudzoziemcach można podzielić na kilka bloków, które faktycznie znacząco ułatwią pozyskiwanie cudzoziemców na polski rynek pracy. Przede wszystkim uporządkowano terminy administracyjne i szczegółowo wskazano, że zezwolenia na pobyt czasowy i pracę mają zostać wydane w terminie 60 dni od uzupełnienia całego materiału dowodowego.

Do tej pory w postępowaniach w sprawie udzielenia cudzoziemcowi zezwolenia na pobyt czasowy i pracę stosowano przepisy ogólne Kodeksu postępowania administracyjnego. Te zaś wskazywały, że zezwolenie powinno być wydane w terminie 30 dni, a w sprawach bardziej skomplikowanych (gdy do wydania decyzji potrzebna jest np. jeszcze opinia Policji lub Straży Granicznej) w terminie 60 dni. Jednak w praktyce urzędy wojewódzkie często nie trzymały tych terminów, co rodziło szereg komplikacji choćby dla pracodawców. Są przypadki, że cudzoziemcy czekają na pozwolenia nawet rok czy dwa. Takich osób dotyczy kolejna zmiana w ustawie.

To reset urzędów wojewódzkich. Ustawodawca wprowadził przepis, na podstawie którego wszystkie postępowania, które zostały złożone przed dniem 1 stycznia 2021 roku, będą rozpatrywane w trybie specjalnym. Będą wydawane zezwolenia bez szczególnych wymagań, potrzebny będzie na dzień złożenia takiego wniosku legalny pobyt i złożony wniosek w oparciu o zezwolenie na pobyt czasowy i pracę – wyjaśnia ekspert JP Business Law Firm.

Co istotne, zgodnie z nowymi przepisami cudzoziemcy, ubiegając się o pozwolenie na pobyt czasowy i pracę, nie będą musieli już na starcie wykazywać w dokumentach, że mają zapewnione miejsce zamieszkania oraz źródło stabilnego i regularnego dochodu. To duże uproszczenie, które zdaniem eksperta może realnie przyspieszyć rozpatrywanie wniosków. Kolejną ważną zmianą jest rozszerzenie katalogu okoliczności niewymagających zmiany zezwolenia na pobyt czasowy i pracę. Przykładowo, kiedy pracownik będzie zmieniał wymiar zatrudnienia z pół na pełny etat, a także przy zmianie nazwy stanowiska.

Nowe rozwiązanie będzie dla wielu firm nowym ułatwieniem. Dotychczas zezwolenia na pracę, jak i tzw. zezwolenia jednolite (czyli na pobyt i pracę) były bowiem wydawane ze wskazaniem konkretnego pracodawcy, stanowiska pracy i wynagrodzenia. Każde odstępstwo mogło być zakwalifikowane jako nielegalne wykonywanie pracy przez cudzoziemca. W efekcie zmiana nazwy stanowiska pracownika wiązała się z koniecznością uzyskania nowego zezwolenia lub jego zmiany. To długotrwały proces, dlatego przedsiębiorstwa, np. prowadząc reorganizację obejmującą usystematyzowanie nazewnictwa stanowisk pracy, musiały szczegółowo planować swoje kroki w stosunku do zagranicznych pracowników.

W nowych przepisach wprowadzono też rozwiązanie przyspieszające uzyskanie zezwolenia przez cudzoziemców zamierzających wykonywać pracę w podmiotach o szczególnym znaczeniu strategicznym dla polskiej gospodarki.

Minister właściwy do spraw zagranicznych po zasięgnięciu opinii ministra do spraw pracy będzie mógł wskazać konkretne państwa, konkretne stanowiska pracy i zawody, w stosunku do których będzie specjalny, przyspieszony tryb wydawania wiz. W tym momencie trudno jest wskazać szczegóły, gdyż w uzasadnieniu projektu ustawy wskazano jedynie, iż będzie specjalna ścieżka, o której jeszcze zbyt dużo nie wiemy. Musimy poczekać na rozporządzenie – mówi Karol Wysocki.

Specjalny tryb wydawania zezwoleń na pobyt czasowy dla zawodów szczególnie poszukiwanych dla polskiej gospodarki obowiązuje już od kilku lat, ale – jak wyjaśnia ekspert – do tej pory nie był on wykorzystywany przez brak odpowiedniego rozporządzenia.

– Trudno nam powiedzieć, czy taki przepis będzie w praktyce obowiązywał, czy po prostu będzie konkretnym pustym zapisem, który nie będzie realizowany – mówi ekspert.

Jak wskazuje, w znowelizowanej ustawie dużą zmianą na plus jest też wydłużenie terminów obowiązywania oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom.

Dotychczas takie oświadczenie można było zarejestrować tylko na okres sześciu miesięcy. Natomiast po zmianach będzie można je rejestrować nawet na okres 24 miesięcy – mówi kierownik Działu Global Mobility Desk w JP Business Law Firm. – Co więcej, do tej pory cudzoziemcy mogli pracować na takim oświadczeniu jedynie przez okres sześciu miesięcy w okresie 12 miesięcy. To oznacza, że po upływie pół roku cudzoziemiec musiał zrezygnować z pracy i wrócić do swojego kraju, a potem mógł przyjechać ponownie dopiero po okresie kolejnych sześciu miesięcy. Teraz te terminy zostaną skasowane i na takim oświadczeniu, wydawanym w trybie uproszczonym, będzie można pracować przez czas nieograniczony.

Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 29 stycznia br. Ekspert ocenia, że ułatwią pozyskiwanie i zatrudnianie cudzoziemców do pracy w Polsce, ale nie spowodują masowej imigracji zarobkowej. Wiele zależeć będzie jednak od praktyki.

– Same przepisy nie przyspieszą załatwiania tych spraw, to może nastąpić raczej dzięki ograniczeniu liczby wymaganych dokumentów – mówi Karol Wysocki. – Tutaj najwięcej będzie jednak zależało od praktyki urzędów wojewódzkich, od tego, jak przeorganizują swoją pracę, jak podejdą do nowych przepisów i czy znajdą zasoby kadrowe, które będą rejestrowały oświadczenia i wydawały nowe zezwolenia na pracę, bo w tym momencie największy problem mamy właśnie z terminowością wydawania tych dokumentów. Niestety zasoby kadrowe dla urzędów zostały w ustawie zwiększone i zagwarantowane, ale tylko w przypadku wydawania wiz.

– Retoryka RPP i prezesa Glapińskiego zmieniła się znacząco. Obecnie projekcja inflacji na 2022 rok to 7,6 proc., a kolejne podwyżki są prawdopodobne – mówi Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI. Jak podkreśla, inflacja to aktualnie słowo klucz na wielu rynkach, nie tylko w Polsce, ale i w Stanach Zjednoczonych, gdzie na rynkach akcji wyraźnie widać oczekiwanie na reakcję Fedu. Rezerwa Federalna zapowiedziała już na ten rok trzy podwyżki stóp procentowych.

 Po tym, jak w listopadzie ubiegłego roku inflacja w USA sięgnęła poziomu 6,8 proc. – nienotowanego tam od 40 lat – upowszechnia się przekonanie, że Fed spóźnia się ze stanowczą reakcją na odczyty tego wskaźnika. Ponieważ wskaźniki makroekonomiczne są bardzo dobre, rynki zaczynają dyskontować szybsze i bardziej agresywne zacieśnianie polityki monetarnej. Mimo że Fed zapowiedział trzy podwyżki stóp procentowych w 2022 roku, coraz więcej dużych instytucji finansowych, jak Goldman Sachs, prognozuje na ten rok już cztery podwyżki – mówi Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Generali Investments TFI.

Nowe dane pokazują, że w grudniu ub.r. inflacja CPI w USA wzrosła do 7 proc. r/r – poinformowało amerykańskie Bureau of Labor Statistics. Jest to najwyższy poziom od początku lat 80. Inflacja bazowa, czyli wskaźnik nieuwzględniający cen paliw, żywności i energii, ukształtowała się natomiast na poziomie 0,6 proc. w ujęciu miesięcznym i 5,5 proc. r/r.

Te wyniki okazały się zbieżne z oczekiwaniami ekonomistów. Eksperci zauważają jednak, że rosnąca inflacja w USA jest jedną z najważniejszych przyczyn spadających notowań prezydenta Joe Bidena. Na rynkach akcji wyraźnie widać oczekiwanie na przyspieszenie zacieśniania polityki monetarnej. Rekordowa inflacja w Stanach wciąż pozostaje bez zdecydowanej odpowiedzi tamtejszego banku centralnego. Podczas ubiegłotygodniowego wystąpienia przed Komisją Bankową Senatu Jerome Powell podkreślał, że Fed nie zawaha się podnosić stóp procentowych w celu zatrzymania inflacji. Powell już wcześniej wskazywał jednak, że należy przestać używać słowa „przejściowy” w stosunku do aktualnej presji inflacyjnej. 

Przyspieszenie inflacji to trend ogólnoświatowy. Według wstępnych szacunków Eurostatu inflacja HICP w strefie euro wzrosła z 4,9 proc. w listopadzie do 5 proc. w grudniu, podczas gdy analitycy spodziewali się nieznacznego spadku. Co istotne, to pierwszy raz w historii, kiedy inflacja w strefie euro przekroczyła poziom 5 proc. To i tak dużo niższy poziom niż w Polsce.

W grudniu inflacja wyniosła 8,6 proc. r/r, tym samym po raz kolejny przebijając oczekiwania – podkreśla ekspert Generali Investments TFI SA.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego ceny w grudniu okazały się przeciętnie o 0,9 proc. wyższe niż w listopadzie i jednocześnie wyższe niż przed rokiem o 8,6 proc. (w listopadzie wskaźnik 12-miesięczny wynosił z kolei 7,8 proc.). GUS poinformował również, że średnioroczna inflacja w 2021 roku wyniosła 5,1 proc.

– W efekcie na początku stycznia Rada Polityki Pieniężnej na przyspieszonym posiedzeniu podniosła stopy o 50 pb., co było całkowicie zgodne z oczekiwaniami rynku. Retoryka RPP i prezesa Glapińskiego zmieniła się znacząco i obecnie projekcja inflacji na 2022 rok to 7,6 proc., a kolejne podwyżki są prawdopodobne – mówi Maciej Kik.

Grudniowe przyspieszenie inflacji to w dużej mierze efekt wzrostu cen żywności – w ostatnim miesiącu roku były wyższe o 8,6 proc. niż rok wcześniej. W skali całego roku za wysokość tego wskaźnika w największym stopniu odpowiadają ceny energii i paliw. Dane grudniowe pokazują, że kategoria użytkowanie mieszkania lub domu i nośniki energii podrożała o 11,2 proc. r/r., a transport – o 22,7 proc.

W związku z bezprecedensowym wzrostem cen gazu i uprawnień do emisji CO2, a w konsekwencji również energii, krajowy regulator URE zdecydował o podwyżce cen gazu dla odbiorców detalicznych o 54 proc. Prąd będzie droższy średnio o 24 proc. – zwraca uwagę Maciej Kik.

W grudniu ub.r. rząd wprowadził co prawda pierwsze instrumenty tzw. Tarczy Antyinflacyjnej, ale zdaniem ekspertów efekty tych działań (i kolejnych, jak np. zapowiadana od lutego obniżka do 0 proc. stawki VAT na żywność i gaz) będą jednak widoczne – o ile w ogóle – dopiero w danych za pierwsze miesiące tego roku.

Ekspert Generali Investments TFI zauważa, że w tym otoczeniu zaskoczeniem okazały się bardzo dobre dane dotyczące produkcji przemysłowej, która mimo rosnących cen surowców w listopadzie zwiększyła się o 15,2 proc. r/r. Szczególnie dobrze wyglądała produkcja budowlano-montażowa, która wzrosła o 12,7 proc., podczas gdy ekonomiści spodziewali się zaledwie 6-proc. dynamiki. Pozytywnie zaskoczyła również sprzedaż detaliczna, która wzrosła o 12,1 proc. wobec oczekiwanych 8,8 proc.

Spółki handlowe, skoncentrowane na konsumencie, mają też przed sobą dobre perspektywy ze względu na Polski Ład. Oczywiście trudno to w tej chwili przewidzieć z całą pewnością, bo nowe przepisy są skomplikowane i w wielu przypadkach niejednoznaczne. Jednak politycy zaznaczali, że ideą przewodnią, która stała za pomysłem zmian regulacyjnych, był kolejny program wsparcia socjalnego skierowany do mniej zarabiającej części społeczeństwa. Jeśli te założenia zostaną spełnione, to efekt końcowy – po kilku miesiącach początkowego zamieszania i niepewności – może być taki, jak po wprowadzeniu poprzednich programów socjalnych, np. 500+. Grupa spółek, głównie z segmentu konsumpcji prywatnej, była w stanie wykorzystać te transfery i przekuć je na swoją korzyść. Tym razem efekt może być podobny – zauważa ekspert Generali Investments TFI.

Generali Investments TFI SA działa na podstawie decyzji KNF z 1 czerwca 1995 roku (nr decyzji KPW-4073-195).

Obok cen energii, kosztów użytkowania mieszkania i paliw to właśnie żywność jest jednym z kół zamachowych rozpędzającej się inflacji. Rosną bowiem koszty wytworzenia produktów, opakowań, surowców i półproduktów. Dodatkowo przerwane globalne łańcuchy dostaw powodują, że są też problemy z dostępnością niektórych produktów. Zdaniem Andrzeja Gantnera z Polskiej Federacji Producentów Żywności szczyt podwyżek jest jeszcze przed nami. Rozwiązaniem problemu nie będzie ani zniesienie VAT-u na podstawowe produkty, ani wprowadzenie cen regulowanych.

– Ceny żywności rosną szybko, ponieważ bardzo szybko rosną koszty jej wytworzenia, przede wszystkim energii, niektórych surowców, dodatkowo mamy bardzo duży wzrost kosztów pracy. Mamy jeszcze podatki wpływające na wzrost cen, chociażby podatek handlowy czy cukrowy, który bardzo gwałtownie podniósł ceny napojów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Zasadniczo podwyżki kosztów produkcji producenci często starają się wkładać we własne koszty i wtedy ceny nie rosną. Natomiast tak wielkich podwyżek przy niskiej marżowości, jaką charakteryzuje się produkcja żywności, w żaden sposób nie można już zamortyzować własnymi kosztami i trzeba przekładać na ceny produktów żywnościowych.

Jak wskazują dane GUS, w grudniu 2021 roku ceny żywności i napojów bezalkoholowych były wyższe niż rok wcześniej o 8,6 proc. Jest to jednak średnia; za niektóre produkty trzeba płacić po kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt procent więcej niż w grudniu 2020 roku. Przykładowo mięso drobiowe zdrożało o 30,1 proc., wołowe o 19 proc., cukier o 22 proc., tłuszcze roślinne o 24,5 proc., a zwierzęce o 18,6 proc. Dwucyfrowo wzrosły także ceny innych podstawowych produktów, takich jak pieczywo (14,3 proc.), jaja (11,5) czy warzywa (11,6). Po dotychczasowych odczytach widać, że żywność i napoje bezalkoholowe drożeją w coraz szybszym tempie. W marcu 2021 roku artykuły spożywcze (bez alkoholi) drożały o 0,5 proc., w listopadzie już o 6,4 proc., a w grudniu o 8,6 proc. Całoroczna inflacja w tej kategorii wyniosła 5,1 proc.

– Najgorsze zobaczymy za chwilę, ponieważ do tej pory widzieliśmy głównie inflację handlową. Ceny rosły z powodu podejścia handlu, który zresztą też ma zwiększone koszty. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem w I kwartale tego roku zobaczymy już efekt podwyżek producenckich – przekonuje dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Raczej będziemy mówili o dwucyfrowych wzrostach niż jednocyfrowych.

Na rosnące koszty produkcji nakłada się również sytuacja na rynkach światowych, niedobór niektórych surowców oraz przerwanie łańcuchów dostaw środków do produkcji żywności. Swój udział w ostatecznych cenach ma też koszt surowców rolnych, podbijany przez kataklizmy spowodowane zmianami klimatycznymi. Na przykład cena kontraktów na kawę w ciągu ostatniego roku się podwoiła. Tymczasem detaliczna cena kawy w polskich sklepach w listopadzie była wyższa tylko o 0,8 proc. niż 12 miesięcy wcześniej, a w okresie styczeń–listopad jedynie o 0,2 proc. To może oznaczać, że szczyt podwyżek tego produktu dopiero nadejdzie.

– Obawiam się, że nawet zejście z 5-proc. VAT-u na niektóre produkty żywnościowe do zera nie spowoduje, że nagle zobaczymy obniżki cen żywności na półkach – ocenia Andrzej Gantner.

Rząd stara się powstrzymać wzrost cen administracyjnie, rezygnując z akcyzy na surowce energetyczne czy VAT-u na podstawowe produkty spożywcze i redystrybuując pieniądze do najuboższych (Tarcza Antyinflacyjna i Tarcza Antyinflacyjna 2.0). Jednak zdaniem ekonomistów przy tak wysokiej inflacji, z jaką mamy do czynienia, ruch ten nie wpłynie znacząco na wyhamowanie wzrostu cen, o ich obniżeniu nie wspominając.

– Ideologicznie rezygnacja z poboru VAT-u na żywność jest bardzo dobra, ponieważ przy tym, jak mocno inflacja uderza w kieszenie Polaków, szczególnie tych najgorzej sytuowanych, pobieranie jeszcze dodatkowego podatku wydaje się wręcz niemoralne – ocenia wiceprezes PFPŻ. – Problem tylko polega na tym, że gdybyśmy mieli inflację na poziomie 1–2 proc., to zejście z 5 proc. do zera faktycznie moglibyśmy zauważyć w swoich kieszeniach, szczególnie że mówimy tu o produktach z koszyka podstawowego. Natomiast w sytuacji tak potężnej inflacji ten ruch z podatkiem VAT właściwie pozostanie niezauważony przez konsumentów i nie powstrzyma dalszego wzrostu cen.

Kolejnym pomysłem, o którym politycy zaczęli głośno mówić, jest wprowadzenie cen maksymalnych na najważniejsze produkty spożywcze, tak żeby urzędowo ograniczyć możliwość ich podniesienia ponad wyznaczony poziom. Osoby pamiętające jednak lata 70. i 80. przypominają, że skutkiem sztucznego utrzymywania niskich cen produktów jest brak tych produktów w sklepach i ich reglamentacja. Na taki ruch w przypadku sześciu podstawowych produktów zdecydowały się już Węgry.

– To byłby koniec wolnego rynku w Polsce i powrót do gospodarki, którą mieliśmy za czasów socjalistycznych. Poza tym ktoś to musi wytworzyć, więc jeżeli cena będzie za niska, to przedsiębiorcy przestaną wytwarzać te produkty, bo nie będą w stanie pokryć swoich kosztów. To oznacza, że tych produktów za chwilę zacznie brakować – wskazuje Andrzej Gantner. – Za czasów socjalizmu wszyscy w którymś momencie dostaliśmy kartki, które nam pozwalały kupić tylko określoną liczbę tych produktów, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciał wrócić do tego modelu. Szczególnie że ten model kompletnie zbankrutował.

To, jak bardzo zmiany klimatyczne zaszkodzą gospodarce zależy m.in. od tempa wdrażania działań na rzecz klimatu. Jak pokazują dotychczasowe doświadczenia, z realizacją podjętych przez państwa zobowiązań bywa różnie. Zdaniem profesor Haliny Brdulak z SGH kryzys najmocniej dotknie ubogie kraje południa. W Europie nałożą się na niego również negatywne trendy demograficzne, a konsekwencje kryzysu mogą być odczuwalne w najbliższej dekadzie.

Jeśli zostaną podjęte działania, które były uzgodnione w Glasgow, to mamy szansę zatrzymać zmiany klimatyczne i kryzys gospodarczy nie będzie w konsekwencji rozległy. Chciałabym dodać, że jesteśmy w tej chwili w kryzysie gospodarczym, a zmiany klimatyczne są tylko jego elementem ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Halina Brdulak, profesor SGH w Warszawie, przewodnicząca Komisji Rektorskiej ds. Społecznej Odpowiedzialności na tej uczelni. – Konsekwencje tego kryzysu przede wszystkim poniosą kraje najuboższe, czyli południowe. Obawiam się też, że Europa w kontekście zmian populacji, czyli zmniejszenia liczby mieszkańców, może doświadczyć również tego kryzysu w ciągu najbliższych 10–15 lat, jeśli nie będzie zmian i konsekwentnego wdrażania ustaleń. Ale też te ustalenia z Glasgow powinny być zweryfikowane, muszą one być trochę ostrzej postawione niż dotychczas.

W ubiegłym roku Glasgow na dwa tygodnie – od 31 października do 12 listopada – stało się gospodarzem międzynarodowych rozmów w ramach 26. konferencji klimatycznej ONZ. COP26 zgromadził przedstawicieli 197 stron ramowej konwencji ONZ w sprawie zmian klimatu (UNFCCC). Były wśród nich UE i jej wszystkie państwa członkowskie. Stany Zjednoczone reprezentował prezydent Joe Biden. Nieobecni byli przedstawiciele Rosji i Chin, które są ogromnymi emitentami dwutlenku węgla, choć Chiny jesienią ogłosiły plan zlikwidowania emisji do 2060 roku. Indie zadeklarowały zeroemisyjność do 2070 roku. Jednak w ocenie organizacji ekologicznych to nie wystarczy, by zatrzymać globalny wzrost temperatury na poziomie 1,5 st. Celsjusza. Według różnych obliczeń wzrośnie ona do końca stulecia w porównaniu z temperaturą sprzed rewolucji przemysłowej o 2,4–2,7 st. Celsjusza.

To jest bardzo cenne, że w Glasgow udało się w jednym miejscu zebrać tak liczne grono przedstawicieli wszystkich państw. Natomiast osiągnięcie konsensusu nie jest łatwe. To są negocjacje dyplomatyczne, rządzą się określonymi prawami, ważne jest to, do czego się zobowiązujemy, ale również to, w jaki sposób to następnie realizujemy – mówi dr hab. Halina Brdulak. – I tutaj nie mam dobrych wiadomości, ponieważ później po takim szczycie realizacja celów, do których się zobowiązaliśmy, nie jest adekwatna do deklaracji, czyli faktycznie każdy broni bardziej własnego interesu, niż działa na rzecz wspólnego. I jeśli to się nie zmieni, jeśli ta świadomość nie wzrośnie, czyli postawy nas wszystkich, współdziałania, współpracy, solidarności, to niewiele się zmieni.

Jednym z przykładów może być fakt, że jeszcze w 2009 roku kraje rozwinięte zobowiązały się do przekazywania 100 mld dolarów rocznie krajom najbiedniejszym, tymczasem przekazywały mniejsze kwoty, np. w 2019 roku było to 80 mld dol. Z tego powodu ubogie kraje przeznaczają ogromną część swojego PKB na walkę z ociepleniem klimatu (ok. 10 proc. PKB). Wyniki ostatniego szczytu klimatycznego mają zostać przełożone na projekty działań do przyszłorocznego szczytu w Egipcie. W Glasgow ustalono, że 5 proc. dochodów z prywatnych transakcji offsetowych zostanie przekazanych do Funduszu Adaptacyjnego, który wspierać będzie biedniejsze kraje w ich wysiłkach na rzecz zwalczania skutków zmian klimatu. Także Niemcy zobowiązały się do przekazania na ten cel 50 mln euro.

Największy wpływ na kryzys klimatyczny mają takie branże jak budownictwo, motoryzacja, transport i w związku z tym też od tych branż byśmy oczekiwali zmiany sposobu działania, jeśli chodzi o kwestie energetyczne, pozyskiwanie energii – mówi przewodnicząca Komisji Rektorskiej ds. Społecznej Odpowiedzialności w SGH. – Należy również pamiętać, że proces cyfryzacji, który obecnie tak błyskawicznie przebiega, może powodować również negatywne skutki. Większa liczba serwerów, które muszą obsłużyć większą liczbę danych powoduje, że ten ślad węglowy rośnie.

Problemem może być również kryzys energetyczny w Europie. Podwyżki cen energii elektrycznej i gazu, z którymi wszyscy Europejczycy będą się za chwilę mierzyć, mogą spowolnić wprowadzanie zmian i powrót – przynajmniej czasowy – do pozyskiwania energii z „brudnych” źródeł. Dlatego rządy już deklarują dopłaty dla najuboższych gospodarstw domowych, a niektóre, jak polski, czasowo rezygnują z VAT-u. To jednak nie rozwiąże systemowego problemu – „grania” przez Rosję dostawami gazu, likwidacji elektrowni atomowych w Niemczech czy niestabilności pozyskiwania energii z wiatru czy słońca.

Jeśli chodzi o działania na rzecz klimatu, to jeden problem jest dla mnie osobiście bardzo istotny, mianowicie zakłócenie równowagi ekologicznej, którego dokonał człowiek w momencie, kiedy nastąpił proces przejścia na uprawy rolnicze. Od tego momentu nastąpiła nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych i w efekcie doprowadziło to do takiej sytuacji, jaka jest w tej chwili – mówi dr hab. Halina Brdulak. – Drugim elementem jest wskaźnik, którym mierzymy poziom wzrostu PKB. Ten wskaźnik nie jest adekwatny, nie pokazuje zmian zachodzących w przyrodzie, nie uwzględnia pracy gospodarstw domowych, wytwórstwa na rzecz rodziny. Czyli ten kluczowy wskaźnik, którym się posługujemy, nie pozwala nam zobaczyć całości ekosystemu i trzeba to zmienić.

W Polsce liczba pracowników medycznych na tysiąc mieszkańców jest znacznie niższa niż w innych krajach UE, a sytuacja pogarsza się z każdym rokiem. Prognozy na kolejne lata także są alarmujące. Średnia wieku pielęgniarek to 53 lata, a według szacunków w 2030 roku będzie to 60 lat. Co roku na emeryturę odchodzi znacznie więcej osób, niż wchodzi do zawodu. W ocenie Marioli Łodzińskiej, wiceprezeski Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, deficyt kadr jest szczególnie istotny w opiece długoterminowej. Wpływają na to m.in. zasady wynagradzania pracowników służby zdrowia, które zmieniły się w czasie pandemii. 

Publiczna ochrona zdrowia kona, a opieka długoterminowa jest w tej chwili w agonii – mówi agencji Newseria Biznes Mariola Łodzińska. – Patrząc na nasze dane zawarte w centralnym rejestrze, widać, że mamy ogromny deficyt kadr pielęgniarskich i położniczych, ale nie tylko, mówimy generalnie o wszystkich kadrach medycznych.

Problem ten mocno uwydatniła pandemia. Jesienią 2020 roku, podczas drugiej fali, zawieszone zostały normy zatrudnienia na oddziałach szpitalnych, zgodnie z którymi na daną liczbę pacjentów musi przypadać określona liczba personelu lekarskiego i pielęgniarskiego. Okazało się wówczas, że jest go za mało, co de facto powinno oznaczać zamknięcie niektórych oddziałów. Niedobór kadr medycznych to wielka bolączka przede wszystkim obszaru opieki długoterminowej.

– Wynika to z tego, że pielęgniarki muszą zapewnić opiekę pacjentom w publicznych i niepublicznych podmiotach leczniczych. Jeżeli pielęgniarki pracują w tych podmiotach, to podlegają regulacjom płacowym dotyczącym ustawy o płacy minimalnej dla pracowników – wyjaśnia wiceprezeska NIPIP. – Ta ustawa spowodowała, że pielęgniarki zamiast podejmować pracę w opiece długoterminowej, na przykład domowej, nie realizują swoich zadań, ponieważ więcej zarobią w szpitalach.

Mowa tu o wprowadzonej w lipcu br. nowelizacji ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych. W odpowiedzi na zapisy tej ustawy tysiące pracowników służby zdrowia, w tym pielęgniarek i położnych, wzięło udział w manifestacji 11 września 2021 roku w Warszawie. Wśród postulatów znalazły się m.in. natychmiastowa zmiana wspomnianej ustawy, uznanej za krzywdzącą personel z długoletnim stażem, ale bez tytułów licencjata czy magistra, ponadto realny wzrost wyceny świadczeń, ryczałtów i tzw. dobokaretki, zatrudnienia dodatkowych pracowników obsługi administracyjnej i personelu pomocniczego oraz wprowadzenia norm zatrudnienia uzależnionych od liczby pacjentów. 

W opiece długoterminowej domowej stawka nie została podniesiona od 2016 roku. Została wyceniona w 2015 roku według danych na 2013 rok. A borykamy się z inflacją, ceny poszły do góry, a wycena tej formy opieki została na poziomie niezmiennym od lat – tłumaczy Mariola Łodzińska.

Jak podkreśla, to o tyle istotne, że w opiece długoterminowej rola pielęgniarki powinna być wiodąca.

– Pielęgniarka nadaje rytm pracy, wyznacza cele. W mojej ocenie powinna mieć do pomocy opiekunów, którzy odciążą ją z pracy pielęgnacyjno-opiekuńczej. Pielęgniarki powinny być przygotowane do czynności specjalistycznych, edukacji, promowania zdrowia, do utrzymania zdrowia w należytym stanie, co u nas nie ma miejsca. Obecnie wymagane są tylko pielęgniarki do opieki nad pacjentem, natomiast jedni widzą potrzebę zatrudnienia opiekunów, a inni takiej potrzeby nie widzą. Dlatego braki i przeciążenie grupy pielęgniarek i położnych są znaczące. Marnotrawi się potencjał tych pielęgniarek na czynności, które mogłyby wykonać inne zawody medyczne – zauważa przedstawicielka NIPiP.

Dane OECD i KE (raport „State of Health in the EU: Companion Report 2021”) wskazują, że liczba praktykujących lekarzy na każdy tysiąc populacji wynosi w Polsce 2,4, a liczba pielęgniarek – niecałe 6. Średnia dla UE to odpowiednio – 3,9 oraz 8,4. Krajowe wyniki są jednymi z najgorszych wśród państw członkowskich.

Od lat informujemy rządzących, niezależnie od ekipy, która była u sterów władzy, jak wygląda sytuacja. Obecnie realizuje się czarny scenariusz. Średni wiek polskiej pielęgniarki w tej chwili to 53 lata, położnej – dwa lata mniej – wylicza Mariola Łodzińska.

Raport Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych z 2021 roku wskazuje, że prawie 36 proc. pielęgniarek (ponad 83 tys.) jest w wieku między 51 a 60 lat. Mimo nabycia uprawnień emerytalnych w zawodzie ciągle pracuje 63 tys. osób, stanowiących aż 27,2 proc. ogółu. Podobnie sytuacja wygląda wśród położnych. Prognozy zawarte w raporcie wskazują, że do 2025 roku liczba zatrudnionych pielęgniarek i położnych zmniejszy się o ponad 16,7 tys., a do 2030 roku – aż o blisko 36,3 tys. osób.

Do systemu nie wchodzi tyle pielęgniarek, ile powinno. Rokrocznie ok. 10 tys. pielęgniarek nabywa prawa emerytalne. Żeby utrzymać status quo, powinno ich wchodzić do systemu 10 tys. W tym roku prawo wykonywania zawodu odebrało 6,8 tys., to jest zdecydowanie więcej niż w roku poprzednim, kiedy było to 5,5 tys. pielęgniarek, natomiast do systemu weszło tylko 2,35 tys. Pytanie, gdzie jest cała reszta – mówi wiceprezeska NIPiP. – To pytanie powinno nurtować Ministerstwo Zdrowia i osoby decyzyjne w tym kraju, ponieważ Polski nie stać jest na kształcenie tak drogich kadr, jakimi są pielęgniarki i położne.

Na reformie podatkowej wprowadzonej w Polskim Ładzie najwięcej zyskają najmniej zarabiający, ale tylko ci zatrudnieni na umowę o pracę, jak również emeryci otrzymujący najniższe świadczenia. Straci większość przedsiębiorców, zwłaszcza tych rozliczających się podatkiem liniowym, i najlepiej zarabiający etatowcy. Na poprawę poborów nie mają też co liczyć zatrudnieni na umowy cywilnoprawne. Część pracowników i przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej będzie mogła skorzystać z ulgi dla klasy średniej, co sprawi, że program zmian okaże się dla nich neutralny.

– Zmiany, które zostaną wprowadzone w ramach Polskiego Ładu, mają swoje dobre i mocne strony, jak również te słabe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego. – Na pewno podwyższenie kwoty wolnej do 30 tys. zł i podwyższenie drugiego progu podatkowego należy zakwalifikować do zmian pozytywnych.

Jedną z największych zmian jest podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, czyli w przypadku większości podatników niemal dziesięciokrotnie. Oznacza to na przykład brak opodatkowania dla otrzymujących najniższą emeryturę oraz pensje do 3180 zł miesięcznie. Dodatkowo drugi próg podatkowy zostanie podniesiony do 120 tys. zł rocznie z dotychczasowych 85 tys. zł. Dla osób zarabiających w tym przedziale oznacza obniżkę stawki niemal o połowę, z 32 proc. do 17 proc.

 Z kolei brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku dochodowego od osób fizycznych na niekorzyść wpłynie na wysokość wynagrodzenia netto podatników. Osobom, które są zatrudnione na podstawie umowy o pracę, pracodawca będzie musiał pobrać z wynagrodzenia większą kwotę, która będzie odpowiadała wysokości składki zdrowotnej, a podatnik nie będzie miał już prawa do tego, żeby w rozliczeniu rocznym to odliczyć. Czyli dla tych osób będzie po prostu wyższe opodatkowanie – wyjaśnia dr Antoni Kolek.

Jak podaje Ministerstwo Finansów, pracownicy o zarobkach od 5,7 tys. do 12,8 tys. brutto miesięcznie zyskają lub nie stracą na Polskim Ładzie. I to mimo braku możliwości odliczenia składki zdrowotnej. Według resortu, reforma będzie neutralna dla 20 proc. etatowców. Mniej niż 200 zł miesięcznie straci niecałe 12 proc. pracowników, a tylko 2,4 proc. zapłaci więcej niż 200 zł miesięcznie.

Niekorzystne zmiany dotyczące odliczania składki zdrowotnej ma zniwelować ulga dla klasy średniej. Będą mogli z niej skorzystać przedsiębiorcy rozliczający się według skali oraz pracownicy etatowi zarabiający między 5700 zł a 11 141 zł brutto miesięcznie.

– Z całą pewnością wszyscy pracownicy, którzy zarabiają powyżej 11 tys. zł, faktycznie będą tymi, którzy będą musieli „sfinansować” Polski Ład. Tutaj podatek dochodowy od osób fizycznych i składka zdrowotna na tyle obciąży wynagrodzenie netto, że te osoby po prostu będą odnotowywały straty w wysokości swojego wynagrodzenia netto po wdrożeniu Polskiego Ładu – mówi prezes Instytutu Emerytalnego. – Podobnie przedsiębiorcy – jeśli ktoś dzisiaj jest podatnikiem 19-proc. podatku liniowego, do tej pory płacił 1,25 proc. składki zdrowotnej, teraz będzie tak naprawdę musiał zapłacić 19 proc. plus 4,9 proc. składki zdrowotnej należnej od pełnego dochodu. Dla wielu osób będzie to oznaczało po prostu podwyżkę podatków.

Jak podkreśla, z ulgi dla klasy średniej nie skorzystają zleceniobiorcy, czyli osoby, które wykonują pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej, przedsiębiorcy na podatku liniowym, a także ci, którzy są członkami zarządów czy też prokurentami spółek na zasadach powołania.

– Jeśli z tego tytułu otrzymują wynagrodzenie, jest to działalność wykonywana osobiście, ona również nie jest związana z ulgą dla klasy średniej – wylicza dr Antoni Kolek. – Tak że będzie sporo grup osób, które faktycznie nie będą mogły z tej ulgi dla klasy średniej skorzystać, a jeśli z niej nie skorzystają, to znaczy, że ich wynagrodzenie będzie obciążone i podatkiem dochodowym, i pełną, nieodliczalną składką zdrowotną.

Pod koniec listopada spółka LoanMe, Kancelaria CERTO oraz Ulgaoddługu.pl sp. z o.o. trafiły na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. To pokłosie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, które złożyły do prokuratury organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. KNF, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co automatycznie prowadzi do wpisania firm na listę ostrzeżeń publicznych. – W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska z Kancelarii CERTO. Jak dowodzi, sprawa jest w trakcie wyjaśniania, a program Ulga od Długu stał się solą w oku firm pożyczkowych, które w ten sposób starają się ukrócić jego działalność.

Komisja Nadzoru Finansowego, której zadaniem jest nadzór nad rynkiem finansowym, publikuje na swojej stronie listę ostrzeżeń publicznych, którą może sprawdzić każdy konsument. Znajduje się na niej kilkaset podmiotów, których działalność budzi wątpliwości KNF i wobec których zostały złożone zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Tylko w listopadzie tego roku na listę ostrzeżeń KNF trafiło sześć nowych podmiotów, wśród których znalazły się m.in. spółka LoanMe, Ulgaoddlugu.pl sp. z o.o. i  Kancelaria CERTO M. Janowicz-Stradomska i Wspólnicy.

KNF przystąpił do postępowania zainicjowanego przez inny podmiot, prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Wpis na listę ostrzeżeń nie jest w tym wypadku działaniem uznaniowym KNF, tylko wynika z przepisów ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej UKNF. – Oczywiście ta sprawa będzie dalej wyjaśniana przez stosowne organy ścigania, ale klienci powinni mieć świadomość, że być może działalność tych podmiotów jest nastawiona na to, aby sprzeniewierzyć środki finansowe. Jeżeli one działają na rynku, ale nie posiadają stosownych zezwoleń KNF, to może wynikać z tego, iż jest to celowa chęć wprowadzenia konsumentów w błąd.

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożyły do Prokuratury Okręgowej w Warszawie organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. W ich ocenie LoanMe, Kancelaria CERTO i firmowany przez nią program Ulga od Długu dopuściły się naruszenia szeregu przepisów. Komisja Nadzoru Finansowego, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co praktycznie z automatu prowadzi do wpisania na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Wpis ten nie przesądza jeszcze o fakcie popełnienia przestępstwa. Niesie jednak ze sobą szereg konsekwencji, do których zalicza się utrata zaufania klientów i partnerów biznesowych. W aktualnym stanie prawnym taki wpis nie podlega jednak żadnej kontroli odwoławczej.

– Na tej liście ostrzeżeń znajdują się podmioty, które KNF uważa po prostu za niegodne zaufania. I nie ma w tym przypadku żadnej procedury, żadnej ścieżki odwoławczej. Nie możemy się odwołać od tej decyzji, nie możemy jej zaskarżyć. Oczywiście to nie znaczy, że nie podejmujemy żadnych kroków, ponieważ staramy się podjąć dialog z KNF, wyjaśnić sytuację i nasz sposób działania, który jest daleki od tych zarzutów – mówi radca prawny Marta Janowicz-Stradomska, partner w Kancelarii Prawnej CERTO. – Ten wpis KNF już w tej chwili ma jednak bardzo duże przełożenie na sferę wizerunkową kancelarii. Nasi klienci są zestresowani tą sytuacją, to budzi ich uzasadniony niepokój. W sferze relacji z klientami ma to duże znaczenie.

Kancelaria prowadzi dialog z KNF, licząc na jak najszybsze wyjaśnienie sytuacji. Jak zapewnia, dysponuje również opiniami prawnymi, które potwierdzają, że jej działalność w żaden sposób nie wypełnia ustawowych znamion zarzucanych jej przestępstw.

– W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska.

Uważamy, że ta decyzja jest bezpodstawna. Ona jest inspirowana działalnością firm konkurencyjnych i oparta na mało prawdopodobnych przesłankach – dodaje Wojciech Homan, dyrektor operacyjny w LoanMe.

Jedna z większych i bardziej znanych na rynku firm pożyczkowych w ubiegłym roku wycofała się z tego segmentu działalności i nawiązała współpracę z Kancelarią Prawną CERTO, której efektem jest właśnie program oddłużeniowy Ulga od Długu. Jego adresatami są konsumenci znajdujący się w trudnej bądź bardzo trudnej sytuacji finansowej, a program ma pomóc im w zmniejszeniu, spłaceniu lub umorzeniu zadłużenia wobec firm pożyczkowych. Kancelaria wskazuje, że od października 2020 roku zawarła już w imieniu klientów setki ugód, w niektórych przypadkach umożliwiających redukcję zadłużenia nawet o 80 proc.

W ramach programu Ulga od Długu nasza kancelaria podejmuje szereg działań prawnych – zarówno przedsądowych, jak i sądowych – zmierzających do tego, aby nasi klienci uzyskali swobodę finansową, uwolnili się od zadłużenia w instytucjach pożyczkowych i mogli na powrót stać się pełnoprawnymi uczestnikami rynku – mówi partner w Kancelarii Prawnej CERTO.

Z naszej perspektywy wspieramy kancelarię w kilku zakresach. Po pierwsze, pozyskujemy klientów na rzecz programu oddłużeniowego Ulga od Długu. Po drugie, dostarczamy też infrastrukturę technologiczną i całe zaplecze organizacyjne na rzecz tego programu – dodaje Wojciech Homan. – Teraz, pracując przy programie oddłużeniowym, widzimy z drugiej perspektywy, jak wygląda statystyczny klient firm pożyczkowych, jak bardzo on jest zadłużony. Przykładowo w tej chwili mamy klienta, który ma 29 pożyczek o wartości powyżej 150 tys. zł, a jego jedynym źródłem dochodu jest świadczenie socjalne.

Zarówno LoanMe, jak i warszawska Kancelaria CERTO wskazują, że ich działalność w żaden sposób nie narusza przepisów prawa, a sytuacja jest już w trakcie wyjaśniania z KNF i prokuraturą. Jak podkreślają, jest ona przede wszystkim wynikiem nieuczciwej walki rynkowej ze strony firm pożyczkowych.

Firmy pożyczkowe reagują wręcz histerycznie na naszą działalność. Widać to w przestrzeni medialnej i niestety też w konkretnych działaniach – mówi Marta Janowicz-Stradomska. – Program Ulga od Długu okazał się na tyle skuteczny, że firmy pożyczkowe starają się ukrócić tę działalność, ponieważ ona koliduje z ich działalnością biznesową. Topowe firmy pożyczkowe złożyły przeciwko nam doniesienie o popełnieniu przestępstwa do prokuratury, na szeroką skalę nagabują swoich dłużników, a naszych klientów nakłaniają do zerwania z nami umowy. Wysyłają im wręcz gotowe wzory pism z wypowiedzeniami, nakłaniają do składania donosów na policję. To są działania, które mamy udokumentowane. Dla przykładu Wonga złożyła przeciw nam wiele pozwów cywilnych w tzw. trybie pauliańskim, zarzucając, że przetrzymujemy pieniądze klientów, które to rzekomo należą się im. W innej sytuacji można by powiedzieć, że jest to w zasadzie pozytywne, ponieważ świadczy o skuteczności podejmowanych przez nas działań, skoro firmy pożyczkowe zdecydowały się na wytoczenie przeciw nam tak ciężkich dział.