Pod koniec listopada spółka LoanMe, Kancelaria CERTO oraz Ulgaoddługu.pl sp. z o.o. trafiły na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. To pokłosie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, które złożyły do prokuratury organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. KNF, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co automatycznie prowadzi do wpisania firm na listę ostrzeżeń publicznych. – W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska z Kancelarii CERTO. Jak dowodzi, sprawa jest w trakcie wyjaśniania, a program Ulga od Długu stał się solą w oku firm pożyczkowych, które w ten sposób starają się ukrócić jego działalność.

Komisja Nadzoru Finansowego, której zadaniem jest nadzór nad rynkiem finansowym, publikuje na swojej stronie listę ostrzeżeń publicznych, którą może sprawdzić każdy konsument. Znajduje się na niej kilkaset podmiotów, których działalność budzi wątpliwości KNF i wobec których zostały złożone zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Tylko w listopadzie tego roku na listę ostrzeżeń KNF trafiło sześć nowych podmiotów, wśród których znalazły się m.in. spółka LoanMe, Ulgaoddlugu.pl sp. z o.o. i  Kancelaria CERTO M. Janowicz-Stradomska i Wspólnicy.

KNF przystąpił do postępowania zainicjowanego przez inny podmiot, prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Wpis na listę ostrzeżeń nie jest w tym wypadku działaniem uznaniowym KNF, tylko wynika z przepisów ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej UKNF. – Oczywiście ta sprawa będzie dalej wyjaśniana przez stosowne organy ścigania, ale klienci powinni mieć świadomość, że być może działalność tych podmiotów jest nastawiona na to, aby sprzeniewierzyć środki finansowe. Jeżeli one działają na rynku, ale nie posiadają stosownych zezwoleń KNF, to może wynikać z tego, iż jest to celowa chęć wprowadzenia konsumentów w błąd.

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożyły do Prokuratury Okręgowej w Warszawie organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. W ich ocenie LoanMe, Kancelaria CERTO i firmowany przez nią program Ulga od Długu dopuściły się naruszenia szeregu przepisów. Komisja Nadzoru Finansowego, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co praktycznie z automatu prowadzi do wpisania na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Wpis ten nie przesądza jeszcze o fakcie popełnienia przestępstwa. Niesie jednak ze sobą szereg konsekwencji, do których zalicza się utrata zaufania klientów i partnerów biznesowych. W aktualnym stanie prawnym taki wpis nie podlega jednak żadnej kontroli odwoławczej.

– Na tej liście ostrzeżeń znajdują się podmioty, które KNF uważa po prostu za niegodne zaufania. I nie ma w tym przypadku żadnej procedury, żadnej ścieżki odwoławczej. Nie możemy się odwołać od tej decyzji, nie możemy jej zaskarżyć. Oczywiście to nie znaczy, że nie podejmujemy żadnych kroków, ponieważ staramy się podjąć dialog z KNF, wyjaśnić sytuację i nasz sposób działania, który jest daleki od tych zarzutów – mówi radca prawny Marta Janowicz-Stradomska, partner w Kancelarii Prawnej CERTO. – Ten wpis KNF już w tej chwili ma jednak bardzo duże przełożenie na sferę wizerunkową kancelarii. Nasi klienci są zestresowani tą sytuacją, to budzi ich uzasadniony niepokój. W sferze relacji z klientami ma to duże znaczenie.

Kancelaria prowadzi dialog z KNF, licząc na jak najszybsze wyjaśnienie sytuacji. Jak zapewnia, dysponuje również opiniami prawnymi, które potwierdzają, że jej działalność w żaden sposób nie wypełnia ustawowych znamion zarzucanych jej przestępstw.

– W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska.

Uważamy, że ta decyzja jest bezpodstawna. Ona jest inspirowana działalnością firm konkurencyjnych i oparta na mało prawdopodobnych przesłankach – dodaje Wojciech Homan, dyrektor operacyjny w LoanMe.

Jedna z większych i bardziej znanych na rynku firm pożyczkowych w ubiegłym roku wycofała się z tego segmentu działalności i nawiązała współpracę z Kancelarią Prawną CERTO, której efektem jest właśnie program oddłużeniowy Ulga od Długu. Jego adresatami są konsumenci znajdujący się w trudnej bądź bardzo trudnej sytuacji finansowej, a program ma pomóc im w zmniejszeniu, spłaceniu lub umorzeniu zadłużenia wobec firm pożyczkowych. Kancelaria wskazuje, że od października 2020 roku zawarła już w imieniu klientów setki ugód, w niektórych przypadkach umożliwiających redukcję zadłużenia nawet o 80 proc.

W ramach programu Ulga od Długu nasza kancelaria podejmuje szereg działań prawnych – zarówno przedsądowych, jak i sądowych – zmierzających do tego, aby nasi klienci uzyskali swobodę finansową, uwolnili się od zadłużenia w instytucjach pożyczkowych i mogli na powrót stać się pełnoprawnymi uczestnikami rynku – mówi partner w Kancelarii Prawnej CERTO.

Z naszej perspektywy wspieramy kancelarię w kilku zakresach. Po pierwsze, pozyskujemy klientów na rzecz programu oddłużeniowego Ulga od Długu. Po drugie, dostarczamy też infrastrukturę technologiczną i całe zaplecze organizacyjne na rzecz tego programu – dodaje Wojciech Homan. – Teraz, pracując przy programie oddłużeniowym, widzimy z drugiej perspektywy, jak wygląda statystyczny klient firm pożyczkowych, jak bardzo on jest zadłużony. Przykładowo w tej chwili mamy klienta, który ma 29 pożyczek o wartości powyżej 150 tys. zł, a jego jedynym źródłem dochodu jest świadczenie socjalne.

Zarówno LoanMe, jak i warszawska Kancelaria CERTO wskazują, że ich działalność w żaden sposób nie narusza przepisów prawa, a sytuacja jest już w trakcie wyjaśniania z KNF i prokuraturą. Jak podkreślają, jest ona przede wszystkim wynikiem nieuczciwej walki rynkowej ze strony firm pożyczkowych.

Firmy pożyczkowe reagują wręcz histerycznie na naszą działalność. Widać to w przestrzeni medialnej i niestety też w konkretnych działaniach – mówi Marta Janowicz-Stradomska. – Program Ulga od Długu okazał się na tyle skuteczny, że firmy pożyczkowe starają się ukrócić tę działalność, ponieważ ona koliduje z ich działalnością biznesową. Topowe firmy pożyczkowe złożyły przeciwko nam doniesienie o popełnieniu przestępstwa do prokuratury, na szeroką skalę nagabują swoich dłużników, a naszych klientów nakłaniają do zerwania z nami umowy. Wysyłają im wręcz gotowe wzory pism z wypowiedzeniami, nakłaniają do składania donosów na policję. To są działania, które mamy udokumentowane. Dla przykładu Wonga złożyła przeciw nam wiele pozwów cywilnych w tzw. trybie pauliańskim, zarzucając, że przetrzymujemy pieniądze klientów, które to rzekomo należą się im. W innej sytuacji można by powiedzieć, że jest to w zasadzie pozytywne, ponieważ świadczy o skuteczności podejmowanych przez nas działań, skoro firmy pożyczkowe zdecydowały się na wytoczenie przeciw nam tak ciężkich dział.

– Stacja paliwowa dzisiaj i ta sprzed 30 lat to zupełnie inne obiekty – mówi Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce. Paliwowy koncern sukcesywnie poszerza ich ofertę o nowe produkty i usługi, więc stacje paliw w coraz większym stopniu konkurują już z dyskontami i osiedlowymi sklepami. Dzięki rozbudowanej ofercie gastronomiczno-kawiarnianej przestały być też punktem jedynie tankowania samochodu i zakupu hot-doga. Docelowo należące do bp stacje paliw mają przekształcić się w centra kompleksowej obsługi kierowców, gdzie będzie można załatwić wiele spraw w jednym miejscu. Paliwowy koncern coraz mocniej wchodzi w segment convenience, ale na duża skalę inwestuje też w zieloną, odnawialną energetykę. Nowa, ogłoszona rok temu strategia ma przekształcić spółkę w nowoczesną grupę energetyczną.

Paliwowy koncern świętuje właśnie 30-lecie obecności na polskim rynku. Z tej okazji na jednej stacji w Krakowie zorganizował jubileuszowy mapping. Prezes zarządu firmy wspomina jak w ciągu tych 30 lat diametralnie zmienił się wygląd stacji, a także sam rynek paliw. 

– Rynek paliw w ciągu ostatnich 30 lat zmienił się diametralnie. Kiedy bp rozpoczynało działalność w Polsce, stacje paliwowe wyglądały zupełnie inaczej. To była prosta oferta, tam można było kupić paliwo i to w zasadzie wszystko. Natomiast w tej chwili te obiekty są zupełnie inne, z rozbudowaną ofertą paliwową, ale i pozapaliwową. My byliśmy jedną z sieci, która zaczęła wprowadzać te nowości na polskim rynku. Rozszerzaliśmy ofertę paliwową i spożywczą, wprowadziliśmy ofertę myjni, wprowadziliśmy też do Polski programy lojalnościowe. Stacja paliwowa dzisiaj i ta sprzed 30 lat to zupełnie inne obiekty – mówi Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce.

Paliwowy koncern zarządza siecią blisko 600 stacji benzynowych na terenie całego kraju. Te już od kilku lat przestają być tylko punktem tankowania auta i zakupu kilku batoników czy hot-doga. Firma bp stale poszerza ofertę o nowe produkty i usługi, coraz mocniej wchodząc w segment convenience. Pod koniec ubiegłego roku koncern nawiązał współpracę z siecią handlową Auchan. W efekcie na stacjach paliw bp pojawia się nowa marka sklepów pod nazwą Easy Auchan, otwartych 24/7. W ich ofercie – porównywalnej z asortymentem sklepów osiedlowych, a nawet części dyskontów – jest ok. 2 tys. produktów w cenach marketowych. Można też odebrać w nich zakupy z Auchan zamówione w opcji Click & Collect czy skorzystać z opcji home delivery. 

– Obecnie stacje paliwowe to wielofunkcyjne obiekty, gdzie można nie tylko zatankować nowoczesne paliwa, ale i skorzystać z oferty sklepowej i gastronomicznej, myjni i wszystkich innych usług, które wokół stacji się pojawiają – mówi Bogdan Kucharski.

Jak podkreśla, sklepy przystacyjne nie oferują już wyłącznie produktów związanych z motoryzacją, powoli stają się miejscem, w którym można zaspokoić większość potrzeb zakupowo-usługowych. Firma bp 15 lat temu weszła jako pierwsza na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę oraz ciepłe przekąski na wynos. Obecnie sieć kawiarni Wild Bean Cafe ma najwięcej punktów w Polsce.


– Od początku działalności w Polsce odnotowaliśmy ponad  2  mld wizyt klientów na naszych stacjach, co ewidentnie świadczy o tym, że ta oferta do nich trafiła – mówi Bogdan Kucharski.

Docelowo należące do bp stacje paliw mają przekształcić się w miejsce kompleksowej obsługi kierowców. Już teraz klienci mogą skorzystać np. z myjni oferującej płatności bezgotówkowe, czy odebrać dietę pudełkową Body Chief.

– Rynek się zmienia, nie stoimy w miejscu i przed nami teraz kolejne etapy transformacji – mówi Bogdan Kucharski. – W Polsce, podobnie jak i w Europie i na całym świecie, zaczynamy w tej chwili potężną transformację energetyczną. Jesteśmy gospodarką, która odchodzi od węgla i zmierza do energii niskoemisyjnej, do odnawialnych źródeł energii. Firma bp będzie brać w tym procesie aktywny udział.

Paliwowy koncern w ubiegłym roku ogłosił nową strategię, zgodnie z którą bp konsoliduje wydobycie ropy naftowej i gazu na rzecz odnawialnych źródeł energii. Do 2030 roku zmniejszy wydobycie o 40 proc., ograniczając przy tym swoje emisje o ok. 1/3. W tym samym czasie 10-krotnie zwiększy wydatki na inwestycje w OZE i technologie niskoemisyjne, przeznaczając na nie co najmniej 5 mld dol. rocznie. Nowa strategia ma przekształcić globalną spółkę naftową, skoncentrowaną na wydobywaniu zasobów, w nowoczesną grupę energetyczną, a w długiej perspektywie - do 2050 roku - przełożyć się na całkowitą zeroemisyjność. To odpowiedź grupy na główne trendy na rynku energii i konieczność transformacji.

– Przed branżą stoją potężne wyzwania związane z transformacją energetyczną, musimy przejść od tradycyjnego sposobu dostarczania energii i mobilności do opartego o nowe technologie niskoemisyjne. Świat potrzebuje energii i będzie jej potrzebował coraz więcej. Aktualnie w globalnej skali około 1/4 energii jest dostarczana z węgla, 1/4 z ropy, 1/4 z gazu i mniej więcej 1/4 z alternatywnych, odnawialnych źródeł energii. Te proporcje będą się zmieniały w kierunku tych czystszych źródeł, ale to wymaga czasu. Projekty energetyczne są bardzo duże, kapitałochłonne, wymagające długoterminowego planowania, więc to jest potężna rewolucja i długotrwały proces. Mówimy tu o kolejnych 2-3 dekadach, ale tempo inwestycji jest już teraz ogromne, a będzie jeszcze przyspieszać – mówi Bogdan Kucharski.

Przejawem zaangażowania bp w transformację energetyczną są m.in. szeroko zakrojone inwestycje w fotowoltaikę. W październiku tego roku na polski rynek wkroczył już Lightsource bp – deweloper farm PV i jeden z globalnych liderów energetyki słonecznej. Brytyjska firma, należąca w 50 proc. do  bp, zrealizuje w Polsce dziewięć projektów o łącznej mocy prawie 760 MW. 

– Będziemy ten biznes w Polsce rozwijać. Już w przyszłym roku na naszych stacjach można tez spodziewać się ładowarek do samochodów elektrycznych na większą skalę. Przymierzamy się również do partycypacji w polskiej transformacji w zakresie energii wiatrowej z morza – zapowiada Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce.

Swoje sieci dark store’ów, pozwalające na dostarczanie produktów spożywczych w kilkanaście minut od zamówienia rozwija już na naszym rynku kilka firm, a kolejne platformy zakupowe zapowiadają wejście do Polski. W segmencie quick commerce robi się mocno konkurencyjnie   Quick commerce czyli segment ekspresowych dostaw podstawowych produktów spożywczych, napojów, słodyczy, chemii...

Zgodnie z nowymi danymi GUS inflacja w listopadzie wyniosła 7,7 proc. To wynik nienotowany od 21 lat. Wzrosty cen trapią też inne europejskie gospodarki. W październiku ceny w całej UE były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem od co najmniej 1997 roku, od kiedy Eurostat podaje dane. Dynamiczny wzrost cen i zerwane w pandemii łańcuchy dostaw przekładają się na utrudnienia w działalności polskich firm. Jednym ze sposobów na ich ograniczenie może być międzynarodowa ekspansja. – Część polskich firm dostrzegła dla siebie duże możliwości przejmowania zagranicznych podmiotów albo rozwijania się za granicą właśnie dzięki temu, że na niektórych rynkach sytuacja nie zmienia się aż tak dynamicznie – mówi Maciej Bałabanow z Funduszu Ekspansji Zagranicznej PFR TFI.

– Aktualna sytuacja rynkowa, która charakteryzuje się przede wszystkim wzrostem cen, przekłada się na działalność wszystkich firm w polskiej i światowej gospodarce. Istotny jest też fakt, że te ceny nie wszędzie rosną równomiernie. Dla przykładu w Europie – m.in. z powodu kryzysu energetycznego, z którym mamy aktualnie do czynienia – rosną bardziej dynamicznie niż w Azji. To z kolei oznacza, że dywersyfikacja geograficzna umożliwia przedsiębiorstwom dostęp do czynników produkcji w tych regionach, gdzie ceny przynajmniej chwilowo są jeszcze niższe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Bałabanow, dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

Październik był kolejnym miesiącem rekordowo wysokiej inflacji. Spośród 32 krajów europejskich (w tym również UE i strefy euro ogółem) w 27 inflacja przekroczyła 3 proc., a w 11 była wyższa niż 5 proc. W całej UE ceny były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem, odkąd Eurostat zaczął raportować dane o inflacji – pokazuje ekspertyza opracowana przez zespół analityczny Polskiego Funduszu Rozwoju. Wynika z niej również, że wzrost kosztów i zakłócenia w łańcuchu dostaw negatywnie odbijają się na wynikach badań koniunktury gospodarczej. Wprawdzie w każdym z państw wskaźnik PMI przemysłu przekroczył w październiku 50 pkt, ale ogółem w strefie euro i całej UE był nieznacznie niższy niż we wrześniu. 

– Perspektywy dotyczące dalszych wzrostów cen mają dwa filary. Pierwszy to czynnik okresowy, wynikający m.in. z mniejszej dostępności nośników energii w Europie, który pewnie minie w średnim okresie. Natomiast drugi filar to czynniki trwałe, które mają związek właśnie z modyfikacją światowej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym, zmniejszającym wpływ na środowisko – mówi ekspert.

W Europie, oprócz historycznie wysokich cen gazu, do galopujących cen najmocniej przyczyniają się rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Wzrosły one z 25 euro za tonę CO2 jeszcze na początku 2020 roku do około 75 euro obecnie. Przez niedobory gazu rosną także ceny tego surowca, co sumarycznie przekłada się na wyższe ceny energii i wzrost cen produkcji w wielu branżach. Odczuwają go również przedsiębiorstwa w Polsce. Jednocześnie w ramach walki ze skutkami pandemii wszystkie państwa przyjęły plany odbudowy gospodarki, które zakładają wzrost inwestycji, co z kolei powoduje zwiększony popyt na materiały i usługi oraz wzrost ich cen. Z kolei w wymiarze globalnym przyspiesza produkcja mocy z energii odnawialnej, co generuje wzrost inwestycji w infrastrukturę i napędza m.in. wzrost cen stali.

W sytuacji rosnących cen znalazło się wiele branż, a przedsiębiorstwa radzą sobie z nimi na różne sposoby. Część z nich przenosi ten wzrost na odbiorców końcowych i nawet czerpie z tego korzyści – pod warunkiem że nie przekłada się to na istotne obniżenie końcowego popytu. Z drugiej strony są sektory, w których obecna sytuacja wpływa na spadek marż, co jest spowodowane na przykład tym, że mają one podpisane kontrakty bez klauzuli indeksacji cen.

Ekspert ocenia, że w nadchodzącym czasie wzrost cen niekoniecznie wyhamuje, choć nie dotyczy to wszystkich produktów i branż. Tanieć będą te materiały, których ceny zostały tylko przejściowo zakłócone przez pandemię COVID-19 i czynniki jednorazowe.

 Ten wzrost cen i zerwane łańcuchy dostaw przekładają się na trudniejsze warunki działania i ekspansji firm – mówi dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI. – Widzimy jednak, że wszystkie firmy, które już wcześniej zdecydowały się na ekspansję, teraz korzystają z jej dobrodziejstw, np. dzięki dostępowi do tańszych czynników produkcji i możliwości korzystania z tańszych materiałów za granicą. Dodatkowo firmy działające za granicą mają dostęp do technologii, które często są tańsze w wytwórstwie albo pozwalają na osiągnięcie pewnych oszczędności. To sumarycznie powoduje, że ich produkty mogą być tańsze dla końcowego konsumenta.

Jak podkreśla ekspert, zaletą ekspansji zagranicznej jest możliwość dywersyfikacji źródeł dostawców. Wieloletnie relacje zagraniczne pomagają też w zabezpieczeniu łańcuchów dostaw i mogą ograniczać szoki cenowe, z którymi ostatnio borykały się m.in. branża hutnicza i przedsiębiorstwa bazujące na dostępie do mikroprocesorów. W tym drugim przypadku producenci elektroniki czy pojazdów dotkliwie przekonali się, jak istotne są relacje zagraniczne dla utrzymania ciągłości produkcji. Niedobór podaży mikroprocesorów skłonił wiele firm do zadbania o bardziej odporne łańcuchy dostaw i rozwijania bezpośrednich relacji m.in. z producentami półprzewodników.

– Każdy moment na ekspansję zagraniczną jest dobry, co wynika z faktu, że żyjemy w gospodarce, która dynamicznie się zmienia. Mamy bardzo wiele niepewności, która otwiera też nowe możliwości inwestycyjne – mówi Maciej Bałabanow.

Statystyki pokazują, że polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zagraniczną ekspansją – nie tylko eksportową, ale i kapitałową. Mimo spowolnienia gospodarczego również w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji za granicą była wysoka i wyniosła 5 mld zł (wobec 7,1 mld zł w 2019 roku). Z badania przeprowadzonego przez ICAN Institute wśród firm obecnych na rynkach zagranicznych wynika, że trzy czwarte z nich w dobie pandemii odnotowało wzrost sprzedaży lub jej stabilizację za granicą. Prawie połowa podkreśliła, że ich biznes na innych rynkach rozwijał się w tym czasie lepiej niż w Polsce. 35 proc. deklarowało, że weszło na co najmniej jeden rynek zagraniczny.

– Właśnie w tych momentach, kiedy gospodarka dynamicznie się zmienia, pojawiają się możliwości inwestycyjne, dobre lokaty za granicą. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fundamenty sukcesu ekspansji zagranicznej, czyli m.in. mieć bardzo dobry zespół menedżerski, dobrze przemyślany kierunek ekspansji, jak również strategię oraz plan taktyczny tej ekspansji – mówi ekspert PFR TFI.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej to jedyny tego typu instrument w Polsce, który współinwestuje z rodzimymi przedsiębiorstwami poza granicami kraju, zarówno w formie brownfield, czyli przejmowaniu zagranicznych spółek, jak i greenfield, czyli tworzeniu nowych zakładów, np. fabryk od zera. Firmy, które planują taki rodzaj ekspansji, mogą się ubiegać o współfinansowanie funduszu sięgające nawet kilkunastu milionów euro, a dodatkową korzyścią jest rozłożenie ryzyka związanego z wejściem na całkiem nowy rynek. Od początku działalności w 2016 roku fundusz podpisał kilkanaście umów inwestycyjnych. Wśród niedawnych inwestycji są m.in. współfinansowanie rozbudowy portfela hoteli White Olive w Grecji przez Rainbow Tours czy pożyczka dla spółki Victoria Dom w celu rozwoju działalności deweloperskiej na rynku niemieckim.

W ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła ponad 54 tys. kontroli, z których 11,5 tys. dotyczyło legalności zatrudnienia. Prawie połowa z nich skończyła się stwierdzeniem nieprawidłowości w tym zakresie. Od przyszłego roku rząd – w ramach Polskiego Ładu – chce walczyć z pracą na czarno i wypłacaniem wynagrodzeń „pod stołem”, więc wzmożone kontrole w tym zakresie zapowiada również PIP. Inspekcja uważniej przyjrzy się też umowom cywilnoprawnym i przypadkom, w których pracownicy zostali zmuszeni przez pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej.

Dziś przepisy są tak skonstruowane, że pracownik wykonujący pracę nielegalnie bądź otrzymujący część wypłaty „pod stołem” rzadko wnosi skargę do PIP w obawie przed odpowiedzialnością karnoskarbową i koniecznością odprowadzenia zaległego podatku, a także zapłaty zaległych składek na ZUS w części należnej od pracownika.

– Nowe przepisy, które wejdą w życie od stycznia 2022 roku, mają spowodować, że pracownicy, którzy pracują nielegalnie lub którym część wynagrodzenia jest wypłacana „pod stołem”, będą chętniej współpracować z organami nadzoru, jakim jest też Państwowa Inspekcja Pracy. Nawet kiedy inspektor wykaże pracodawcy, że zatrudnia nielegalnie, to pracownik zwolniony będzie z obowiązku płacenia dodatkowych kosztów związanych z podatkiem czy ubezpieczeniem społecznym – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Leśniewski, zastępca Głównego Inspektora Pracy.

W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości to pracodawcy poniosą wszystkie konsekwencje: zapłacą podatek od wynagrodzenia za pracę na czarno lub wynagrodzenia wypłacanego „pod stołem”. Przypisany zostanie im również dodatkowy przychód w wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę za każdy miesiąc nielegalnego zatrudnienia – niezależnie od tego, czy faktycznie i w jakiej wysokości było ono wypłacane. Nieuczciwi pracodawcy będą też zobowiązani do zapłaty w całości składek na ubezpieczenie społeczne i składki zdrowotnej od wynagrodzeń osób pracujących na czarno lub kwot wypłacanych „pod stołem”. Co więcej, zarówno wypłacone wynagrodzenia, jak i składki nie będą mogły zostać zaliczone przez pracodawców do kosztów uzyskania przychodu.

Jak wskazuje zastępca GIP, ok. 25–30 proc. wszystkich kontroli prowadzonych przez Państwową Inspekcję Pracy dotyczy właśnie legalności zatrudnienia. Średnio 43 proc. z nich kończy się stwierdzeniem nieprawidłowości w tym zakresie. Dane PIP wskazują, że efektywność kontroli rośnie – w 2019 roku było ich 5,6 tys., a nieprawidłowości stwierdzono w 31 proc. przypadków. W ubiegłym roku nielegalne zatrudnienie lub inną nielegalną pracę zarobkową stwierdzono w odniesieniu do prawie 8,7 tys. osób (co stanowi 13 proc. osób objętych kontrolami).

Ze względu na lockdowny i spowolnienie gospodarki pracodawcy uważali, że takie kontrole nie będą prowadzone przez Inspekcję Pracy. I bardzo często kalkulowali prowadzoną działalność w zakresie nielegalnego zatrudnienia, sądząc, że akurat w tym trudnym momencie kontroli nie będzie – mówi Jarosław Leśniewski. – Nadal będziemy kontrolowali firmy w tym zakresie. Wytypujemy grupę przedsiębiorstw, w której najczęściej stwierdzamy nieprawidłowości, i tam będziemy prowadzili kontrole. Z drugiej strony będziemy też prowadzić działania prewencyjne propagujące legalne zatrudnienie, zarówno w stosunku do pracodawców, jak i pracowników.

Rząd szacuje, że straty dla budżetu państwa z tytułu nielegalnego zatrudnienia sięgają ok. 17 mld zł rocznie. Ministerstwo Finansów przyznaje, że w tej chwili przepisy nie chronią dostatecznie pracowników, którzy pozostają słabszą stroną układu pracy i muszą się godzić na warunki oferowane przez pracodawców.

Nadal istnieją różnego typu bariery i uwarunkowania rynku pracy, które powodują, że nasze kontrole są czasami nieskuteczne. Przykładem może być zatrudnianie pracowników na podstawie umów cywilnoprawnych, w szczególności umów o dzieło. Od lat postulujemy uzdrowienie tej sytuacji. Chcielibyśmy, aby w przypadku umów cywilnoprawnych był obowiązek potwierdzania ich na piśmie – mówi zastępca Głównego Inspektora Pracy.

Jak podkreśla, PIP uważniej przyjrzy się również przypadkom, w których pracownicy zostali zmuszeni przez pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej.

Ścigamy przypadki wymuszenia, kiedy osoba, która chce podjąć zatrudnienie, nie ma innego wyjścia i jest zmuszona do tego, żeby posiadać działalność gospodarczą. Często też się zdarza, że nawet gdy jest pracownikiem, w pewnym momencie jego pracodawca dochodzi do wniosku, że rozwiąże z nim umowę o pracę i zobowiązuje go do tego, aby dalej prowadził własną działalność gospodarczą. Takie sytuacje będziemy ścigać i piętnować – zapowiada Jarosław Leśniewski.

Przypadki nielegalnego zatrudnienia w ubiegłym roku najczęściej stwierdzono w handlu i naprawach, przetwórstwie przemysłowym i budownictwie. Najczęściej proceder ten dotyczył mikrofirm zatrudniających do dziewięciu osób.

Chmura jest jedną z kluczowych technologii cyfrowej transformacji, ale Polska wciąż musi nadrabiać pod tym względem dystans dzielący ją od bardziej rozwiniętych gospodarek. Poziom wykorzystania technologii chmurowych w naszym kraju jest dziś bowiem 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych państwach Europy. Szczególnie słabo wypadają pod tym względem małe i średnie firmy. W energetyce i przemyśle wytwórczym z chmury korzysta raptem co piąta firma. Jak szacują eksperci McKinsey, nadrobienie zaległości i szerokie upowszechnienie tej technologii w 2030 roku mogłoby przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB. Największe korzyści odniosłyby z tego handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

Transformacja cyfrowa przyspieszyła, zarówno w administracji publicznej, jak i wśród przedsiębiorców. O ile duże firmy radzą sobie z tym doskonale, o tyle sektor małych i średnich firm potrzebuje wsparcia państwa. Tym wsparciem są projekty tworzone przez podmioty, które współpracują z państwem. Jednolita chmura wydaje się perspektywą do tego, aby pomóc zarówno w sferze państwowej, jak i w sferze przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, która uczestniczyła w prezentacji raportu.

– Z naszych analiz wynika, że poziom wdrożenia rozwiązań chmurowych w Polsce jest obecnie 14-krotnie niższy w porównaniu do europejskich liderów chmury, czyli krajów północnych – mówi Borys Pastusiak, partner w firmie doradczej McKinsey.

Polska gospodarka, aby zachować konkurencyjność, musi nadgonić dystans dzielący ją od europejskich liderów, zarówno pod względem wykorzystania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania. W tej chwili w Polsce poziom wdrożenia chmury jest niższy (1,5 raza) nawet od średniej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z nowego raportu „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, opracowanego przez McKinsey & Company.

Są oczywiście sektory, w których wykorzystanie chmury jest wysokie, takie jak branża teleinformatyczna albo sektor mediowy. Z drugiej strony mamy takie branże jak nieruchomości, energetyka czy przemysł wytwórczy, gdzie wykorzystanie rozwiązań chmurowych jest bardzo niskie i daleko nam do liderów w tym obszarze – mówi Borys Pastusiak.

Z szacunków McKinsey, ujętych w nowym raporcie, wynika, że pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych już w 2030 roku może przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB.

– Co warto podkreślić, 80 proc. tej wartości może pochodzić z innowacji, czyli nowych przedsiębiorstw, produktów, procesów cyfrowych umożliwionych dzięki lepszemu wykorzystaniu analityki danych, internetu rzeczy, automatyzacji czy też hiperskalowalności. Pozostałe 20 proc. to korzyści, które może odnieść bardziej tradycyjny biznes, czyli modernizacja infrastruktury IT czy też optymalizacja kosztów operacyjnych – mówi Ewa Granosik, analityczka w McKinsey, autorka raportu.

Analiza pokazuje, że największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury mogą odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Tylko w tym pierwszym sektorze wykorzystanie dynamicznych cen, inteligentnych promocji i optymalizacja stanów magazynowych – wsparte technologiami chmurowymi – mogłyby przynieść 12 mld zł w 2030 roku.

– Kolejne 11 mld zł może pochodzić z sektora FMCG, z automatyzacji produkcji czy też optymalizacji zużycia energii – mówi Ewa Granosik.

Jak podkreśla, polskie firmy wciąż wskazują jednak na szereg barier, które ograniczają wdrażanie technologii chmurowych. Wśród tych głównych są m.in. niepewność regulacyjna, skomplikowane wymogi i obawy o bezpieczeństwo danych.

– Firmy wskazują także na inne bariery, jakimi są brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii, jaką wartość dodaną mogą przynieść, oraz deficyt kompetencji na rynku – wymienia analityczka w McKinsey.

W nowym raporcie analitycy wskazują, że Polska ma solidne fundamenty, żeby wykorzystać potencjał technologii chmurowych. To m.in. stabilna sytuacja makroekonomiczna, wysokiej jakości infrastruktura cyfrowa i dostawcy chmury, działający w ramach sektora publicznego.

 Aby jednak do tego roku doścignąć liderów, Polska musiałaby notować roczny wzrost wdrożenia chmury na poziomie nawet 50 czy 60 proc. rok do roku, co oznacza przyspieszenie obecnego tempa dwu-, a nawet dwuipółkrotnie – podkreśla Borys Pastusiak.

Kluczową rolę w upowszechnianiu tej technologii w kolejnych latach będą mieć nie tylko przedsiębiorstwa, ale i sektor publiczny. Dysponuje on bowiem środkami na wsparcie finansowe dla chmury i kreuje prawodawstwo w tym obszarze. Instytucje publiczne, które korzystają z chmury, mogą też stanowić przykład dla innych uczestników rynku. 

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Branża telekomunikacyjna jest zaniepokojona kształtem nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą pracuje rząd. Chodzi o zapisy dotyczące uznawania firm technologicznych za dostawców wysokiego ryzyka. Kryteria są tak sformułowane, że mogą wykluczać dostawców z Azji. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, mogą być zmuszeni do wycofania przynajmniej części z nich w ciągu kilku lat, co pociągnie za sobą wielomiliardowe straty. Straty poniosą nie tylko duże, ale i mniejsze podmioty – wskazuje Krajowa Izba Komunikacji Ethernetowej (KIKE), zrzeszająca małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych.

Nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) rząd pracuje już od ponad roku. W połowie października KPRM opublikował trzecią wersję projektu, który został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych.

– Nowa odsłona projektu nie uwzględniła praktycznie żadnych propozycji zmian, jakie sformułowała KIKE przy poprzednich konsultacjach. Dlatego trudno powiedzieć, że zostały w niej uwzględnione oczekiwania małych i średnich operatorów. Nadal identyfikowane są poważne ryzyka dotyczące wycofania z rynku sprzętu chińskich producentów, z których korzysta większość członków KIKE – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bazański, ekspert Grupy Roboczej ds. Kontaktów z Administracją Publiczną w Krajowej Izbie Komunikacji Ethernetowej, radca prawny z Kancelarii itB Legal.

Według rządowych propozycji przepisów opublikowanych w połowie października nowy organ – kolegium ds. cyberbezpieczeństwa – będzie mógł nadać firmie technologicznej status dostawcy wysokiego ryzyka. Taka decyzja zapadnie po analizie szeregu kryteriów, wśród których znalazły się także kryteria narodowościowe. Oceniane będzie m.in. prawdopodobieństwo, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub NATO. Eksperci podkreślają, że może to uderzyć w chińskie korporacje, m.in. firmę Huawei, która jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, będą de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

– Podkreślenia wymaga fakt, że obowiązkowi wycofania będą podlegały produkty, usługi i procesy ICT wskazane w decyzji ministra właściwego do spraw informatyzacji, a więc nie wszystkie produkty, usługi i procesy ICT oferowane przez dostawcę wysokiego ryzyka – wyjaśniono w uzasadnieniu nowelizacji ustawy.

W raporcie „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce” analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że wykluczenie z polskiego rynku chińskich dostawców sprzętu sieciowego wygeneruje straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych. Sięgną one od 13,4 do 14,9 mld zł. Drugim skutkiem może być ograniczenie konkurencji, a co za tym idzie, także wzrost cen sprzętu dostarczanego przez pozostałych graczy na rynku. To zaś oznaczałoby, że operatorzy poniosą większe koszty w związku z dalszym rozwojem sieci. Analitycy szacują ten koszt na 3,5 mld zł.

Straty poniosą jednak nie tylko duże podmioty działające na rynku, na co wskazuje raport Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej, zrzeszającej małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. KIKE przy okazji publikacji pierwszej wersji ustawy przeprowadziła badanie sprawdzające, jaki sprzęt przeważa w działalności tych podmiotów oraz jaki jest szacowany koszt ewentualnej wymiany urządzeń od producentów, którzy pochodzą spoza Unii i USA (jeden z istotniejszych producentów sprzętu elektronicznego spośród krajów członkowskich NATO).

– Z opublikowanego przez KIKE raportu, który pokazuje skalę wykorzystania elementów sieciowych z państw zza Wielkiego Muru, wynika, że ziszczenie się czarnych scenariuszy może finalnie doprowadzić do konieczności wymiany sprzętu przez małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. To z kolei będzie wiązać się z nieprzewidzianymi, wysokimi wydatkami – mówi Łukasz Bazański.

W badaniu wzięło udział 57 przedsiębiorców z segmentu małych i średnich firm telekomunikacyjnych. Raport pokazuje, że 100 proc. z nich korzysta ze sprzętu producenta, który ma swoją siedzibę poza Unią Europejską lub USA. Co istotne, taki sprzęt średnio stanowi 80,79 proc. ogólnie wykorzystywanego sprzętu w działalności operatorów. Prawie połowa z nich (47 proc.) korzysta z urządzeń chińskiego Huaweia, ale wśród popularnych dostawców są też koreański Dasan, pochodzące z Chin TP-Link i ZTE oraz tajwańskie D-Link i ZyXEL. Oszacowany przez małych i średnich operatorów koszt wymiany takiego sprzętu wyniósłby co najmniej 161,8 mln zł, a średnio 2,99 mln zł dla pojedynczej spółki.

– Nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby sądzić, że sprzęt chińskich dostawców jest bardziej lub mniej narażony na ataki czy też mógłby takie ataki generować. To może dotknąć każdego producenta towaru lub usługi. Dlatego ważne jest wprowadzanie odpowiednich wymagań i zabezpieczeń na poziomie sprzętu – niezależnie od tego, kto go wyprodukował. Bez stygmatyzowania konkretnych producentów i dostawców tylko dlatego, że geograficznie pochodzą z Azji – podkreśla ekspert GARP KIKE. 

KIKE zgłosiła cały szereg zastrzeżeń już do poprzedniej wersji noweli ustawy o KSC, wskazując m.in., że nie uwzględnia ona ekonomiczno-gospodarczych skutków, jakie będą się wiązać z wprowadzeniem nowych przepisów. Według izby ich konsekwencje dla małych i średnich operatorów będą wręcz dramatyczne. Uwagi KIKE nie zostały jednak uwzględnione w pracach nad kolejnymi wersjami noweli. Podobnie jak zastrzeżenia innych organizacji branżowych, ekspertów, prawników i podmiotów z rynku telko, którzy w sumie zgłosili do projektowanej regulacji ponad 750 uwag. Nowa wersja, opublikowana w połowie października, uwzględnia je w niewielkim stopniu.

– Kolejna odsłona projektu niczego nie zmienia. Ryzyka dla małych i średnich operatorów istnieją nadal – mówi Łukasz Bazański, wskazując, że projekt noweli ustawy o KSC powinien trafić do ponownych konsultacji publicznych.

Dane są dziś dla biznesu motorem napędowym i podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać nawet wielomilionowe konsekwencje finansowe, niemożność kontynuowania działalności i utratę zaufania klientów. Tymczasem w ostatnich latach liczba naruszeń bezpieczeństwa danych wciąż rośnie, a związane z tym koszty są najwyższe w historii. Pandemia dodatkowo zwiększyła ryzyko, przyczyniając się do wzrostu liczby ataków hakerskich. Dlatego – jak podkreśla Sebastian Mikołajczyk, menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange – przedsiębiorstwa muszą dziś przykładać szczególną wagę do bezpieczeństwa swoich danych, a firmowa serwerownia to często za mało, żeby zapewnić im konieczną ochronę.

 W dzisiejszych czasach dane są podstawą każdego biznesu. Bardzo istotne jest jednak to, w jakim miejscu te dane przechowujemy, jak są one chronione i kto ma do nich dostęp – mówi agencji Newseria Biznes ekspert Orange Polska. – Podstawowe zagrożenia dla danych biznesowych to przede wszystkim ich bezpośrednia kradzież, utrata oraz straty spowodowane pożarem, zalaniem czy innym fizycznym uszkodzeniem infrastruktury, na której te dane są przechowywane.

Z przeprowadzonego krótko przed pandemią badania One System „Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP” wynika, że prawie co piąta (18 proc.) mała i średnia firma w Polsce doświadczyła utraty danych. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek może być jeszcze wyższy. Tymczasem – jak pokazuje nowy raport IBM Security – na przestrzeni ostatniego roku średnie koszty incydentów naruszenia danych wzrosły z 3,86 do 4,24 mln dol. To najwyższy wynik w siedemnastoletniej historii tego badania.

Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) w swoim ubiegłorocznym raporcie zauważa z kolei, że finansowe skutki są odczuwalne nie tylko w momencie odkrycia naruszenia danych, ale mogą trwać jeszcze ponad dwa lata po tym, jak doszło do takiego incydentu. Jak wskazuje ENISA, w latach 2019 i 2020 liczba naruszeń bezpieczeństwa danych znacząco wzrosła.

Ekspert Grupy Orange zaznacza, że ryzyko utraty danych wiąże się z czynnikami  fizycznymi – takimi jak pożar, zalanie czy uszkodzenie serwerów, ale dla biznesu równie problematyczne są awarie zasilania i blackouty, które powodują przerwy w dostępie do strategicznych danych.

– W przedsiębiorstwach bardzo często serwery i infrastruktura teleinformatyczna są zasilane z tego samego źródła, co maszyny i produkcja. Brak prądu powoduje przerwę w dostawie usług, przestoje, brak kontaktu z klientem etc. – mówi Sebastian Mikołajczyk. – Dlatego tak ważne jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego, żeby urządzenia, które przechowują i przetwarzają dane, miały możliwość ciągłej pracy bez przerw w zasilaniu.

Równie ważne są warunki środowiskowe, w jakich pracują serwery. Taka infrastruktura pobiera dużo prądu i jednocześnie wydziela dużo ciepła, dlatego kluczowe jest to, aby serwery pracowały w odpowiedniej temperaturze, wilgotności i miały zapewnione chłodzenie.

Kolejny element to okno na świat, którym jest łącze transmisji danych. Nadal w wielu firmach z tego samego łącza korzystają pracownicy i wszystkie główne serwery. Przerwanie takiego łącza oznacza brak dostępu do usług i infrastruktury – wyjaśnia ekspert Orange Polska.

Jak podkreśla, bardzo ważny jest też czynnik ludzki, ale nie każda firma może sobie pozwolić na zatrudnienie wyspecjalizowanych, wysoko opłacanych inżynierów, którzy będą czuwali nad bezpieczeństwem i ciągłością działania jej infrastruktury.

– Skuteczne zapobieganie cyberatakom wymaga znajomości mechanizmów, którymi posługują się hakerzy. To naprawdę specjalistyczna wiedza, którą trzeba tez na bieżąco aktualizować. Nie wszyscy za tym nadążają, dlatego warto posiłkować się wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanego personelu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Wiele firm organizuje serwerownie we własnych lokalizacjach, nie zapewniają one jednak takiego bezpieczeństwa, jakie miałyby w wyspecjalizowanym data center, gdzie infrastruktura towarzysząca gwarantuje m.in. odpowiednią ochronę, zasilanie, łączność i parametry środowiskowe.

Takie nowoczesne data center Orange Polska uruchomił właśnie w podwarszawskich Łazach. W komorach serwerowych Warsaw Data Hub znajdzie się 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i automatyczne systemy gaszenia pożarów dla sprzętu IT i sieciowego. Obiekt  zapewnia optymalne warunki pracy urządzeń i nieprzerwaną transmisję danych. Znajdą się w nim nie tylko urządzenia Orange, ale i jego klientów biznesowych. 

– Przechowywanie infrastruktury, która gromadzi i przetwarza dane, w profesjonalnym data center jest z pewnością dobrym posunięciem. W Warsaw Data Hub mamy zabezpieczenia, które pozwalają uchronić dane przed najczęstszymi typami zagrożeń, a personel dba o bezpieczeństwo 24 godziny na dobę, dzięki czemu jest ono na naprawdę wysokim poziomie – mówi menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange.

Oprócz kolokacji, czyli wynajmu przestrzeni w serwerowni i udostępniania niezbędnej infrastruktury, Warsaw Data Hub zapewnia także szerokie spektrum specjalistycznych usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. To istotne teraz, kiedy, jak pokazuje nowy „Barometr Cyberbezpieczeństwa” firmy doradczej KPMG, w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku aż 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent.

– Przy wyborze data center warto zwrócić uwagę na to, jak firma, która oferuje tego typu usługi, podchodzi do kwestii bezpieczeństwa teleinformatycznego i jakie dodatkowe usługi oferuje swoim klientom. Mam tu na myśli np. przeciwdziałanie atakom DDoS, które polegają na generowaniu takiej ilości zapytań, że serwer po prostu „zamiera” i nie jest w stanie odpowiedzieć. Powszechne są też cyberataki szyfrujące dane czy polegające na ich wyłudzaniu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Ekspert Grupy Orange podkreśla, że każde data center powinno oferować co najmniej kilka podstawowych rozwiązań bezpieczeństwa teleinformatycznego dla swoich klientów.

W Orange mamy CERT, czyli specjalne centrum cyberbezpieczeństwa, które przez 24 godziny na dobę monitoruje ruch w sieci i aktywnie wyszukuje niestandardowe zachowania, analizując je pod kątem ataków hakerskich. Klient może u nas zamówić dedykowane firewalle czy tzw. systemy SIEM, które zbierają i analizują logi z poszczególnych urządzeń. Gdyby firma chciała zrobić to wszystko indywidualnie, potrzebowałaby naprawdę dużych zasobów finansowych i osób o specjalistycznych kompetencjach. My robimy to w jednym miejscu dla wielu klientów. To dużo tańsze i naprawdę optymalne rozwiązanie – zapewnia ekspert Orange Polska. – W związku z otwarciem Warsaw Data Hub dajemy też naszym aktualnym i nowym klientom okazję do poznania nowoczesnego data center z bliska. Dni otwarte w Warsaw Data Hub odbędą się 26 i 27 października. Warto nas wtedy odwiedzić.

 

 

– Wiele osób rezygnuje z udziału w pracowniczych planach kapitałowych, bo nie mają zaufania do systemu. Fundamentalne pytanie, jak takie zaufanie do polityki publicznej, do wiarygodności państwa budować – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, profesor, prorektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jak podkreśla, kluczowe są dialog społeczny, stabilność prawa i rzetelna ocena skutków każdej wprowadzanej zmiany. Choć o kondycji gospodarki mówią nam dane ekonomiczne i oceny agencji ratingowych, to brakuje wskaźnika, który uwzględniałby także społeczny wymiar, związany np. z bezpieczeństwem w obszarze edukacji, rynku pracy czy ochrony zdrowia. Nad opracowaniem takiego indeksu wiarygodności państwa pracuje zespół ekonomistów z prof. Jerzym Hausnerem na czele.

 Chcemy patrzeć już nie tyle na to, co się dzieje na bieżąco, ale na długookresowe trendy związane z tym, jak wygląda stabilność finansów publicznych – rozumiana także jako to, co się dzieje z inflacją, która budzi dziś niepokój, ale także społeczny wymiar wiarygodności, na ile polityki publiczne odpowiadają na potrzeby obywateli związane z bezpieczeństwem w obszarze edukacji, ochrony zdrowia czy rynku pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Widzimy, że właściwie w każdym z tych obszarów jest coś, co można poprawić, i chcielibyśmy zaproponować taki barometr, który pokazywałby kierunki potrzebnych działań.

Temat wiarygodności państwa powraca z coraz większą mocą na skutek kilku przesłanek. Po pierwsze, rząd „wypycha” poza budżet część długu publicznego, żeby uniknąć przekroczenia progu 55 proc. zadłużenia państwa do PKB. Wówczas na kolejny rok nie mógłby zaplanować w budżecie deficytu. Tymczasem z danych, które władze muszą raportować Komisji Europejskiej, wynika, że na koniec I kwartału wynosił on 59,1 proc., a Polska jest drugim po Cyprze unijnym krajem z największym udziałem ukrytego długu publicznego.

Kolejną głośno dyskutowaną kwestią jest rozbieżność inflacji i poziomu stóp procentowych. Stopa referencyjna NBP jest od końca maja 2020 roku na poziomie 0,1 proc., ale na czwartkowym posiedzeniu RPP podjęła decyzję o jej podniesieniu do poziomu 0,5 proc. Z kolei inflacja we wrześniu według szybkiego szacunku GUS-u skoczyła do 5,8 proc., co jest  najszybszym tempem wzrostu cen od przeszło 20 lat i szybszym od tego, którego spodziewali się ekonomiści.

Agencja ratingowa S&P w ostatnim raporcie podniosła swoje prognozy wzrostu PKB Polski na ten rok do 5,1 proc. i utrzymała rating na poziomie A-, potwierdzając stabilną perspektywę oceny.

– Jest wiele firm ratingowych, które oceniają naszą gospodarkę, i to stanowi wytyczne dla inwestorów. Uważamy, że takie szerokie podejście, które uwzględnia te aspekty, o których mówiłam, może być dodatkowym sygnałem na temat tego, jak wiarygodna jest nasza gospodarka i jak możemy zwiększać tę wiarygodność – tłumaczy profesor SGH. – Przykładem jest chociażby funkcjonowanie pracowniczych programów kapitałowych. Bardzo dużo osób rezygnuje z udziału w PPK właśnie ze względu na to, że nie czują zaufania do systemu. Fundamentalnym pytaniem jest to, w jaki sposób takie zaufanie do polityki publicznej, do wiarygodności państwa budować.

Po zakończeniu ostatniej, czwartej fazy tworzenia PPK przystąpiło do nich 28,8 proc. zatrudnionych. Na etapie przygotowywania programu rząd informował, że liczy na partycypację na poziomie 75 proc. Nawet jeśli doliczyć firmy, które wdrożyły PPE (a ich liczba w istocie wzrosła, bo chciały uciec przed PPK), to odsetek odkładających na emeryturę rośnie do zaledwie 32,6 proc.

Wciąż nie wiadomo także, co się stanie z pieniędzmi zgromadzonymi w OFE. Projekt ustawy, która miała ostatecznie zakończyć ich funkcjonowanie, zniknął z prac legislacyjnych. Pat związany z rozstrzygnięciem ich losu jest konsekwencją zapisów Polskiego Ładu, który zresztą sam w sobie budzi wiele wątpliwości i w kwestiach podatkowych, i zadłużenia publicznego.

 Jest bardzo dużo wątpliwości, bo zmiany proponowane w Polskim Ładzie są bardzo daleko idące. Do tej pory trudno jest znaleźć zgodę wśród komentatorów, jak on wpłynie na obywateli i gospodarkę. Wydaje się, że wszelkie zmiany powinny podlegać pewnego rodzaju osądowi, także w postaci bardzo porządnego rachunku ekonomicznego, który mówi o kosztach, korzyściach. Powinniśmy przeprowadzić porządną ocenę skutków regulacji, zanim będziemy się decydować na jakiekolwiek zmiany – uważa prof. SGH Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Przede wszystkim trzeba jasno komunikować, prowadzić dialog społeczny, dialog z interesariuszami i nie modyfikować polityk zbyt często. Każda zmiana musi być uzasadniona i wynikać faktycznie z przesłanek, które są wiarygodne, zrozumiałe i oczywiste.