Firmy rodzinne są w Polsce jednym z kół zamachowych gospodarki, generują ok. 1/5 krajowego PKB. Ich wyróżnikiem jest to, że na tle ogółu lepiej radzą sobie z kryzysami i rynkowymi zawirowaniami. Potwierdził to też okres pandemii, w którym spółki rodzinne notowane na GPW zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż nierodzinne biznesy. Nie oznacza to jednak, że wszystkim udało się przetrwać ten trudny okres. – W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi dr hab. Krzysztof Safin z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

 Przedsiębiorstwa rodzinne dobrze radzą sobie z kryzysami, a z pewnością lepiej niż firmy nierodzinne. Przykładowo ostatni kryzys finansowo-ekonomiczny z lat 2008–2009 pokazał, że kiedy wszyscy się zamykali, przedsiębiorstwa rodzinne trwały. Kiedy wszyscy zwalniali, przedsiębiorstwa rodzinne pracowników zatrzymywały. Mamy wiele przesłanek, aby sądzić, że w okresie kryzysu pandemicznego sytuacja może być podobna – mówi dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego i inicjator Kongresu Firm Rodzinnych we Wrocławiu.

Z marcowego raportu opracowanego przez Grant Thornton („Firmy rodzinne na GPW”) wynika, że co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie jest przedsiębiorstwem rodzinnym. Na rynku głównym jest ich 139. Podczas wielu rynkowych zawirowań, w tym też w okresie pandemii COVID-19, zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż spółki nierodzinne. Między IV kwartałem 2019 roku a III kwartałem 2020 roku rentowność EBITDA dla spółek rodzinnych wyniosła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych – 10,8 proc. Zysk netto wyniósł w tym okresie 2,7 proc. w spółkach rodzinnych, a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc.

– Z wielu badań wynika, że firmy rodzinne szybko zareagowały na kryzys. Próbowały się ratować, np. kierując pracowników na urlopy, ograniczając czas zatrudnienia czy ograniczając inwestycje. Ratowały się też nowymi instrumentami, chociażby pracą zdalną. W przypadku wielu z nich zaskoczeniem było to, że w ogóle potrafiły to zrobić. Po pierwszym okresie szoku okazało się, że firmy rodzinne wychodzą z chwilowej zapaści, rozszerzając swoją paletę usług i obszar produkcji – podkreśla ekspert.

Grant Thornton wskazuje, że indeks GT Rodzinne, który obrazuje zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, w okresie luty 2020 – luty 2021 zyskał 57 proc., podczas gdy WIG20 stracił 5 proc. To powoduje, że podczas rynkowych i gospodarczych zawirowań inwestorzy darzą spółki rodzinne większym zaufaniem. Nie oznacza to jednak, że wszystkim takim podmiotom udało się przetrwać dotychczasowe pandemiczne turbulencje.

– Trudno powiedzieć, ile firm zostało zamkniętych albo zawiesiło działalność z powodu COVID-19. Firmy rodzinne są bardzo zróżnicowane i wiele zależy od tego, jak długą mają historię, w jakim sektorze funkcjonują, kiedy zaczęły swój rozwój etc. W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej, która musiała się zamknąć na wiele miesięcy, ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi profesor wrocławskiej WSB.

Dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego wskazuje, że ta grupa przedsiębiorstw boryka się z podobnymi problemami co cały rynek. Jednak ze względu na osobiste zaangażowanie właścicieli częstokroć radzi sobie z nimi dużo lepiej. 

– Okres pandemii sprawia, że modele biznesowe podlegają weryfikacji, bo nie wszystkie się sprawdziły. Firmy, które nie potrafiły szybko przejść na inne formy działalności przestały funkcjonować albo popadły w głęboki kryzys. Natomiast w firmach rodzinnych – i to jest ich duży wyróżnik – zdolność elastycznego reagowania jest dużo większa niż w pozostałych. To wynika m.in. z bezpośredniego zaangażowania przedstawicieli rodziny, bo w rodzinnych przedsiębiorstwach jest właściciel, lecz także jego dzieci, dalsza rodzina i każdy z nich identyfikuje się z firmą i angażuje się mocniej. Dzięki temu nowe pomysły i innowacje są zgłaszane intensywniej niż w firmach nierodzinnych – wyjaśnia dr hab. Krzysztof Safin.

Do głównych wyzwań, jakie stoją przed rodzinnym biznesem, trzeba doliczyć też sukcesję pokoleniową. Dane Instytutu Biznesu Rodzinnego, przytaczane przez Ministerstwo Rozwoju, pokazują, że w ciągu najbliższych pięciu lat sukcesję planuje ok. 57 proc. firm rodzinnych w Polsce, ale tyko 8,1 proc. następców chce poprowadzić w przyszłości firmy rodziców. Ekspert wrocławskiej WSB wskazuje, że ten problem dotyczy zwłaszcza małych biznesów.

– Istnieje cała rzesza firm rodzinnych – nie tylko w Polsce, lecz także na Zachodzie Europy – które nie mają sukcesorów nie dlatego, że właściciele nie mają dzieci, ale dlatego, że jest to dla nich zbyt małe wyzwanie. One często robią już kariery w dużych korporacjach. Tak więc jest to problem w przypadku małych firm. Natomiast w przypadku średnich i dużych istotnym czynnikiem będą z kolei fundacje firm rodzinnych – mówi dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego.

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej – opracowany przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii – został upubliczniony w marcu tego roku. Zakłada, że w Polsce od 1 stycznia 2022 roku pojawi się możliwość zakładania fundacji przez firmy rodzinne. Ma to umożliwić polskim przedsiębiorstwom kompleksowe zaplanowanie sukcesji pokoleniowej i określenie m.in. kto ma zostać właścicielem firmy, kto ma nią zarządzać i kto może czerpać z niej finansowe korzyści. Projektowana ustawa ma też wyeliminować ryzyko konfliktów okołospadkowych oraz zapewnić ochronę przed rozdrobnieniem majątku i niekontrolowanym podziałem firmy rodzinnej wskutek dziedziczenia. Resort finansów zakłada, że ustawa trafi do Sejmu po wakacjach.

– Ustawa ta – długo wyczekiwana, opracowywana już od dłuższego czasu ku zadowoleniu wielu przedsiębiorstw rodzinnych – będzie istotnym elementem wspierającym ich funkcjonowanie i rozwój. Dotyczy to jednak raczej większych i średnich firm rodzinnych. Szacuje się, że pozytywne efekty będą dotyczyć około 5 tys. takich  przedsiębiorstw, podczas gdy na rynku mamy ich w sumie setki tysięcy – mówi Krzysztof Safin.  

Z danych Ministerstwa Rozwoju wynika, że z ponad 2 mln polskich przedsiębiorstw prywatnych prawie 830 tys. to właśnie firmy rodzinne. Najwięcej jest ich w branży handlowej (32 proc.), przetwórstwa przemysłowego (16 proc.), budowlanej (12 proc. ) oraz usług profesjonalnych (11 proc.). Co istotne, ich wpływ na gospodarkę sukcesywnie rośnie. Podczas gdy jeszcze w 2009 roku firmy rodzinne wytwarzały ok. 10 proc. polskiego PKB, tak obecnie jest to już ok. 18 proc., czyli ponad 330 mld zł (dane PARP). To oznacza, że średnio co piąta wypracowana w kraju złotówka jest efektem działalności firm rodzinnych. Pod tym względem wciąż daleko nam jednak do rozwiniętych gospodarek, w których wpływ firm rodzinnych na PKB przekracza nawet 50 proc.

Z ubiegłorocznego raportu „Najmocniejsze marki rodzinne”, opracowanego przez Fundację Firm Rodzinnych, wynika, że dziesiątka najbardziej rozpoznawalnych marek rodzinnych w Polsce to: Grycan, Black Red White, Solaris, Komputronik, Koral, Wedel, Kania, Olewnik, Tarczyński i Ziaja. Dalej uplasowały się też m.in. dr Irena Eris, Mokate, Adamed, Roleski, Pruszyński, Blikle, W. Kruk i Gessler. W tym zestawieniu znalazło się jednak kilka firm, które – choć zmieniły właścicieli i już od kilku lat nie kwalifikują się jako firmy rodzinne – to nadal są tak przez Polaków postrzegane.

Podsumowanie dotychczasowych zmagań przedsiębiorców z pandemią i perspektywy na przyszłość będą głównymi tematami IV Kongresu Firm Rodzinnych, który odbędzie się na początku września we Wrocławiu.

– W czasie Kongresu chcemy pokazywać, w jaki sposób firmy rodzinne są przygotowane na wyzwania popandemiczne. Te wyzwania dotyczące samej przyszłości będą pewnie jeszcze przez wiele lat stygmatyzowane covidem. Chcemy porozmawiać o tym, jak firmy sobie poradziły, jakie są instrumenty, aby mogły sobie poradzić lepiej, jaka instytucja może im pomóc – wskazuje profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Polska od miesięcy należy do państw o najwyższej inflacji w Europie, zajmując wraz z Węgrami na zmianę pierwsze lub drugie miejsce. Węgrzy rozpoczęli już walkę z tym zjawiskiem, podobnie jak Czesi, gdzie inflacja jest zdecydowanie niższa. Tymczasem NBP utrzymuje rekordowo niski poziom stóp procentowych. Według Pawła Wojciechowskiego z Pracodawców RP taka sytuacja nakręci spiralę oczekiwań inflacyjnych i płacowych, co jeszcze bardziej podbije wzrost cen, a podwyżka stóp potrzebna będzie jeszcze w tym roku.

– Mamy powody, żeby obawiać się wysokiej inflacji, ponieważ w tej chwili już należymy do państw o najwyższej inflacji w Europie, a te państwa, które taką inflację wysoką już mają, postanowiły podnieść stopy procentowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista, wiceprezydent Pracodawców RP. – W Polsce w dalszym ciągu trwa zaklinanie rzeczywistości, że ta inflacja nie jest wysoka i że Narodowy Bank Polski ma czas na podjęcie decyzji o podwyższeniu stóp procentowych. Tymczasem inflacja powoduje, że następuje zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych na wyższym poziomie, co będzie skutkowało tym, że nie tylko będą rosły ceny, ale również oczekiwania płacowe, co spowoduje też presję na złotego i w konsekwencji będzie trudniej opanować inflację, jeśli podwyżki stóp procentowych nie nastąpią szybko.

W lipcowych badaniach dla Komisji Europejskiej 90 proc. polskich gospodarstw domowych było przekonanych, że w najbliższym czasie ceny będą rosły, z czego blisko 1/3 badanych uważa, że będą rosły jeszcze szybciej niż dotychczas. Rosną też oczekiwania inflacyjne firm, które nie kryją się z zamiarami przerzucania wzrostu cen surowców na klientów końcowych. A to nie wszystkie koszty.

W czerwcu, a są to ostatnie dostępne dane, średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej dziewięciu osób wynosiło 5725,47 złotych brutto, a w całym pierwszym półroczu było średnio wyższe od tego z I półrocza 2020 roku o 7,8 proc. Jest więc wyższe niż inflacja, a to oznacza wyższe koszty dla pracodawców. Grupa ta nie obejmuje mikroprzedsiębiorców ani samozatrudnionych.

W rachunku ekonomicznym każdej firmy jednym z najważniejszych elementów są płace. Nadmierna presja inflacyjna na płace może spowodować to, że wrócimy do tzw. rynku pracownika. Trudności w znalezieniu pracowników będą powodowały również wzrost wynagrodzeń. Dodatkowo rząd planuje ponadustawowo wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł, co przesunie również wszystkie inne płace wyżej – przypomina Paweł Wojciechowski. – Czyli płace rosną i będą rosły, będziemy mieć inflację, budżet będzie się miał lepiej wskutek jej wzrostu i będziemy żyli w świecie złudzenia, że wszystko jest dobrze. Tak naprawdę czekają nas rafy, zarówno jeżeli chodzi o zadłużenie publiczne, jak i o nieprzewidywalność zmian podatkowych proponowanych w Polskim Ładzie.

Potwierdziły się wstępne dane o wzroście cen w lipcu, gdy średnio wyniósł on 5 proc. i był najwyższy od ponad 10 lat. Najmocniej podrożały paliwa do prywatnych środków transportu: benzyna o 32 proc., olej napędowy o 28,7 proc., a gaz ciekły i pozostałe paliwa o 20,7 proc. Zdecydowanie droższe było mięso drobiowe (+22,6 proc.) i wywóz śmieci (+23,1 proc.), a dwucyfrowo wzrosły też usługi związane z kulturą (+12,1 proc.) i turystyka zorganizowana za granicą (o 10,7 proc.). Niewiele mniej, bo o 9,5 proc., zdrożała energia elektryczna.

Już w maju, gdy inflacja sięgnęła 4,7 proc., ekonomiści przestrzegali przed jej dalszym wzrostem, ale niższy czerwcowy odczyt (4,4 proc.) posłużył RPP jako pretekst do podtrzymywania narracji o przejściowym charakterze wzrostu cen.

Przykładowo Czechy i Węgry już rozpoczęły zacieśnianie polityki pieniężnej, podnosząc stopy procentowe i zapowiadając kolejne podwyżki. Nad Wełtawą stopy wzrosły w dwóch ruchach z 0,25 proc. do 0,75 proc., na Węgrzech natomiast bank centralny podniósł już stopy o łącznie 60 punktów bazowych (z 0,6 proc. do 0,9 proc., a potem do 1,2 proc.). Warto przy tym zauważyć, że w Czechach lipcowa inflacja wyniosła 3,4 proc. przy celu inflacyjnym na poziomie 2 proc. (+/- 1 pkt proc.), zaś na Węgrzech 4,6 proc. przy 3-proc. celu z jednopunktowym pasmem wahań w górę i w dół.

Z kolei inflacja zharmonizowana, pozwalająca na porównanie wzrostu cen w różnych krajach w czerwcu (dane za lipiec zostaną opublikowane 18 sierpnia), wyniosła w Polsce 4,1 proc. przy 5,3 proc. na Węgrzech i 2,5 proc. w Czechach. Oznacza to drugie miejsce Polski pod tym względem w UE (utrzymywane przez cały drugi kwartał, wcześniej przez siedem miesięcy zajmowaliśmy pierwsze), przy czym w lipcu inflacja nad Balatonem wyhamowała, a nad Wisłą przyspieszyła.

Kilka miesięcy temu przewidywałem 5-proc. inflację i ona tyle dziś wynosi. Wydaje mi się, że cały czas będzie się wahała w okolicach 4–4,5 proc. w najbliższych miesiącach. Są oczywiście pewne efekty sezonowe, ale tak naprawdę cały czas uważam, że inflacja będzie powyżej 4 proc., około 4,5 proc. na koniec roku. Uważam, że Rada Polityki Pieniężnej powinna już w IV kwartale poważnie zastanowić się nad podwyżką stóp procentowych – wskazuje wiceprezydent Pracodawców RP. – Jeśli ona nie nastąpi, to w przyszłym roku czekają nas większe podwyżki stóp procentowych niż te, które mogłyby nastąpić jeszcze w tym roku.

RPP stoi na stanowisku, że od wzrostu cen ważniejsze jest stymulowanie gospodarki, a gołębio nastawieni członkowie mają w niej przewagę. Gdy poprzednio w maju 2011 roku inflacja w Polsce sięgała 5 proc., główna stopa procentowa wynosiła 4,25 proc., a w czerwcu wzrosła do 4,50 proc. Obecnie od ponad 14 miesięcy mamy stopę referencyjną na poziomie 0,10 proc., a Rada wzbrania się przed choćby symbolicznymi podwyżkami. Kolejne decyzyjne posiedzenie RPP zaplanowane jest na 8 września.

Trudno odpowiedzieć, jak powinna wyglądać skala podwyżek stóp procentowych, ale podwyżka o 0,25 proc. byłaby oczekiwana w tym roku. Wydaje mi się, że to wszystko też zależy od innych czynników, czyli nie tylko od tych popytowych w polskiej gospodarce, ale też podażowych – rozważa Paweł Wojciechowski. – Zobaczymy, co będzie z pandemią. Jeśli będzie czwarta fala, to szybka podwyżka być może nawet nie będzie bardzo konieczna, bo będzie trzeba w dalszym ciągu pobudzać gospodarkę przyduszoną kolejnym lockdownem. Te wszystkie elementy są relatywne, ale już na dzisiaj można powiedzieć, że podwyżka stóp procentowych jest potrzebna.

 Jeśli każdy miałby przyjąć kolejną dawkę, potrzebowalibyśmy 800 mln dodatkowych dawek szczepionek, których obecnie nie mamy – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. WHO na razie oficjalnie nie rekomenduje szczepień trzecią, przypominającą dawką. Niedawno zaapelowała też, żeby poszczególne kraje nie zamawiały dodatkowych szczepionek w czasie, kiedy te biedniejsze wciąż nie otrzymały preparatu do przeprowadzenia pierwszej rundy szczepień. – Ważne, żeby na razie wszyscy zaszczepili się jedną lub dwoma dawkami, w zależności od preparatu. A myślenie o trzeciej dawce zostawmy sobie na przyszłość. W tym momencie i na podstawie informacji, które mamy, trzecia dawka nie wydaje się konieczna – mówi ekspertka.

– Obecnie nie ma wskazania, że potrzebujemy kolejnej, przypominającej dawki szczepionki przeciw COVID-19. Nauka się jednak rozwija i może się okazać, że za rok czy dwa taka potrzeba się pojawi – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.

Badania wciąż nie odpowiedziały jednoznacznie na pytanie, czy trzecia dawka szczepionki przeciw COVID-19 jest konieczna, żeby osiągnąć pełną odporność. Mimo że na razie nie ma takiego oficjalnego wskazania ze strony WHO, na taki ruch – w obliczu rozprzestrzeniającego się wariantu Delta – decydują się kolejne państwa. Izrael od sierpnia szczepi trzecią dawką osoby po 60. roku życia. W Szwecji jesienią trzecia dawka zostanie podana osobom z grup ryzyka, a większość obywateli ma ją otrzymać w 2022 roku. Z kolei Niemcy od września zaczną podawać trzecią dawkę szczepionki seniorom, podopiecznym domów opieki i osobom z upośledzoną odpornością, które są szczególnie narażone na zakażenie. Trzecią dawkę zalecają też władze węgierskie i hiszpańskie. Z doniesień węgierskich mediów wynika, że na dodatkowe szczepienie chętne są przede wszystkim osoby, które poprzednio otrzymały preparat chińskiej firmy.

Minister zdrowia Adam Niedzielski, pytany o szczepienia kolejną dawką, poinformował, że resort i Rada Medyczna przy premierze czekają na oficjalne wyniki badań naukowych.

 W tej chwili najważniejsze jest to, żeby wszyscy jak najszybciej się zaszczepili, zwłaszcza ci, którzy pracują na pierwszej linii, czyli medycy, oraz szczególnie narażeni na ryzyko zakażenia, czyli seniorzy czy osoby z chorobami współistniejącymi. Im więcej jest osób niezaszczepionych, tym większe ryzyko pojawienia się kolejnych groźnych wariantów, które mogą przełożyć się na rosnące liczby dziennych zachorowań. Dlatego ważne, żeby na razie wszyscy zaszczepili się jedną lub dwoma dawkami, w zależności od preparatu. A myślenie o trzeciej dawce zostawmy sobie na przyszłość – mówi przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Pod koniec lipca koncern medyczny Pfizer poinformował, że po podaniu trzeciej dawki szczepionki na COVID-19 poziom przeciwciał przeciwko mutacji Delta był ponad pięciokrotnie wyższy niż po drugiej dawce. Jednak Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie nie rekomenduje na razie szczepień przypominającą dawką. WHO zaapelowała wręcz o to, aby poszczególne kraje nie zamawiały dawek szczepionek w czasie, kiedy te biedniejsze wciąż nie otrzymały preparatu do przeprowadzenia pierwszej rundy szczepień. Wezwała do ustanowienia moratorium na dawki przypominające co najmniej do końca września, co od razu odrzuciły Stany Zjednoczone. WHO podaje, że na ponad 4 mld dawek zaaplikowanych na świecie 80 proc. przypada na państwa o wysokich lub średnich wyższych dochodach.

 Jeśli każdy miałby przyjąć kolejną dawkę, potrzebowalibyśmy 800 mln dodatkowych dawek szczepionek, których obecnie nie mamy – mówi Paloma Cuchi. 

Na początku sierpnia Komisja Europejska poinformowała, że cel pełnego zaszczepienia 70 proc. dorosłej populacji w UE jest bliski osiągnięcia. Według Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) odsetek przekracza dziś 62 proc. (zaszczepieni jedną dawką stanowią 73 proc. osób powyżej 18. roku życia). Najwyższy odsetek zaszczepionej w pełni populacji w Europie mają w tej chwili: Malta (87 proc.), Islandia (86,5 proc.), Irlandia (77,9), Portugalia (74,6) i Dania (73,2).

W Polsce, według danych resortu zdrowia, wykonano do tej pory niecałe 35,2 mln szczepień przeciw COVID-19. Ponad 18 mln Polaków zostało zaszczepionych w pełni.

Liczba nowych zakażeń w Polsce ustabilizowała się na stosunkowo niskim poziomie, jednak wciąż istnieje ryzyko wystąpienia jesienią czwartej fali, do której może się przyczynić nadal duża liczba osób niezaszczepionych i rozprzestrzeniający się w Europie wariant Delta. Dlatego Ministerstwo Zdrowia wciąż apeluje o to, aby się szczepić. W końcówce lipca resort wydał też komunikat dotyczący możliwości mieszania szczepionek przeciw COVID-19 w przypadku osób, które odnotowały niepożądane odczyny po podaniu pierwszej dawki. Skuteczność takiego schematu potwierdza już coraz więcej badań naukowych.

 Trwa badanie dotyczące mieszania szczepionek Astry Zeneki i Pfizera, które zostało dodatkowo rozszerzone o Modernę i inne szczepionki. Musimy poczekać na jego wyniki. Wiemy już, że osoby, które najpierw przyjęły szczepionkę Astry Zeneki, a potem Pfizera, cierpiały na nieco więcej lekkich efektów ubocznych jak np. ból głowy, ale nie było to nic poważnego, co zakończyłoby się hospitalizacją – mówi przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. – Zalecamy jednak przede wszystkim zaszczepienie się którąkolwiek szczepionką, bo wszystkie preparaty zatwierdzone i przebadane przez WHO są bezpieczne. Szczepmy się więc taką szczepionką, jaką nam zaproponują, bo każda pozwoli nam uniknąć bardzo poważnej choroby i śmierci.

Według statystyk Our World in Data na całym świecie wykonano dotąd 4,6 mld szczepień przeciw COVID-19, a 2,4 mld ludzi jest zaszczepionych co najmniej jedną dawką.

Pandemia COVID-19 i szybki rozwój e-commerce wywołały boom na rynku kurierskim. Według UKE w ubiegłym roku wolumen dostarczonych przesyłek wzrósł aż o 45 proc., a przychody operatorów działających na tym rynku – o 33 proc. UKE prognozuje, że w najbliższych latach ten wzrostowy trend się utrzyma. Najwięksi gracze inwestują więc w rozwój sieci punktów odbioru. Sieć DHL POP urośnie w najbliższych miesiącach do 12 tys. lokalizacji.

– Olbrzymie wzrosty, jakie kanał e-commerce odnotował w Polsce w czasie epidemii COVID-19, miały bezpośrednie przełożenie na rynek usług logistycznych. Zwiększona aktywność Polaków w zakresie zakupów internetowych napędzała liczbę przesyłek rozwożonych przez firmy kurierskie. Jeszcze przed epidemią rynek przesyłek rósł w szybkim, dwucyfrowym tempie, a w ubiegłym roku ten wzrost przyspieszył prawie dwukrotnie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Bandera-Sikorska, menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Pandemia COVID-19 zmieniła zwyczaje zakupowe Polaków, którzy dużą część swoich wydatków przenieśli do e-commerce. Z badania KPMG („Nowa rzeczywistość: konsument w dobie COVID-19”) wynika, że 71 proc. konsumentów rezygnowało w tym czasie z tradycyjnych zakupów i produkty inne niż spożywcze kupowali na ogół w sklepach internetowych. 34 proc. Polaków natomiast zaczęło kupować w internecie produkty, których wcześniej nie zamawiali online. W efekcie – jak pokazują z kolei szacunki PwC – w 2020 roku sprzedaż dóbr online w Polsce zwiększyła się o 35 proc. r/r, a kanał online zyskał już 14-proc. udział w wartości sprzedaży detalicznej. Z kolei cały rynek internetowego handlu w Polsce osiągnął już wartość ok. 100 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce pociągnął za sobą rekordowe wzrosty na rynku usług kurierskich i logistycznych. Urząd Komunikacji Elektronicznej – we wstępie do majowego „Raportu o stanie rynku pocztowego w 2020 roku” – wskazuje, że w ubiegłym roku można wręcz mówić o boomie, zwłaszcza w segmencie przesyłek kurierskich. Operatorzy działający na tym rynku zwiększyli swoje przychody łącznie aż o prawie 1,7 mld zł w stosunku do 2019 roku. To zaś oznacza blisko 33-proc. wzrost r/r. Wolumen dostarczonych przez nich przesyłek zwiększył się zaś aż o 196 mln sztuk, co oznacza prawie 45-proc. wzrost.

– W tej chwili wzrost rynkowy przechodzi z gwałtownego w stabilny, jednak większość Polaków deklaruje utrzymanie częstotliwości zakupów online na tym samym poziomie również po zakończeniu pandemii COVID-19. Ponadto milowy krok wykonany przez branżę kurierską w ciągu ostatniego roku sprawia, że prognozy na 2021 rok zakładają już przekroczenie progu 1 mld rozwiezionych przesyłek – wskazuje menedżer ds. analiz rynkowych i cen w firmie DHL Parcel Polska, która w ostatniej edycji branżowego badania satysfakcji klientów „Operator Logistyczny Roku” została wyróżniona tytułem najlepszego dostawcy usług logistycznych w e-commerce.

Firma doradcza PwC prognozuje średnioroczny wzrost branży e-commerce o 12 proc., do wartości 162 mld zł brutto w 2026 roku. Co istotne, badania przeprowadzone przez PwC pokazują, że nie jest to jednorazowy pik, ale trwałe zwiększenie popularności e-zakupów. Po zakończeniu pandemii COVID-19 aż 74 proc. Polaków planuje utrzymać dotychczasowy poziom zakupów internetowych, a 10 proc. zamierza je nawet zwiększyć.

Wpłynie to również na rozwój rynku usług logistycznych i kurierskich.

– Szybki rozwój e-commerce wymusza na firmach kurierskich coraz lepsze dostosowanie usług do potrzeb prywatnego odbiorcy, który chce mieć możliwość odbioru przesyłki w dogodnym dla siebie czasie i miejscu. W efekcie sektor odbiorów poza domem (OOH) przeżywa w ostatnich kilkunastu miesiącach okres rozkwitu. Jest on widoczny zarówno w rosnącej liczbie przesyłek kierowanych do punktów odbioru, jak i w rosnącym zadowoleniu klientów korzystających z tej formy dostawy – mówi Joanna Bandera-Sikorska.

Jak wskazuje UKE, wszyscy najwięksi gracze na rynku kurierskim zapowiadają m.in. dalsze inwestycje w sieci punktów odbioru. Należy do nich także DHL Parcel, którego sieć DHL POP w najbliższych miesiącach urośnie już do 12 tys. lokalizacji. W efekcie 80 proc. klientów będzie mogło w mniej niż 10 min dotrzeć do takiego punktu odbioru z domu bądź pracy. Już w tej chwili paczkę można odebrać przez siedem dni w tygodniu, nawet do godz. 23.00, płacąc kartą za pobranie. Z DHL POP współpracują też najwięksi gracze e-commerce, tacy jak np. Zalando czy CCC, którzy oferują swoim klientom tę formę dostawy. W efekcie wolumen przesyłek obsługiwanych w punktach DHL POP w ostatnich latach rósł nawet o 100 proc. rocznie. Ta forma dostawy jest też coraz bardziej popularna i doceniania przez klientów, notując bardzo dobre wyniki w badaniu lojalności Net Promoter Score.

 Wskaźnik lojalności NPS wśród klientów DHL POP w tym roku sięgnął 75 punktów i jest to wynik o kilka punktów lepszy niż jeszcze w ubiegłym oraz o kilkanaście punktów wyższy niż w 2019 roku – mówi menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Coraz popularniejszy w Polsce światłowód w klasycznym zastosowaniu pozwala przesyłać dane z ogromną prędkością i zapewnia superszybki dostęp do internetu. Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej szukają jednak innych, nietelekomunikacyjnych zastosowań włókien optycznych. Efektem ich prac jest już jeden z dwóch istniejących na świecie światłowodowych sejsmografów rotacyjnych, który pozwala badać zjawiska sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi, rejestrować ruchy rotacyjne wysokich budowli i przewidywać tąpnięcia w kopalniach. Z myślą o administracji rządowej badacze rozwijają też metody kodowania binarnego, które pozwolą zabezpieczyć światłowody przed podsłuchami z zewnątrz.

 Informacje w światłowodzie są przesyłane w postaci kodowanych impulsów światła. Pojedyncze włókno światłowodowe, które pozwala nam transmitować to światło przez ocean, ma już w tej chwili pojemność liczoną w petabitach na sekundę. To są wielkości niewyobrażalne dla zwykłego człowieka. Dla przykładu UE chciała, żeby do 2020 roku każdy z jej obywateli miał dostęp do internetu szerokopasmowego o prędkości 1 gigabita na sekundę. Pojemność włókna przesyłającego światło za ocean jest już milion razy większa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr inż. Paweł Marć, kierownik Zakładu Technicznych Zastosowań Fizyki na Wydziale Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej.

W klasycznym zastosowaniu światłowód zapewnia superszybki dostęp do internetu. Według raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej światłowody należą do najszybciej rozwijających się technologii dostępowych. Tylko w 2020 roku w Polsce przybyło 25 tys. km sieci światłowodowej, a liczba użytkowników internetu dostarczanego za pomocą FTTH (z ang. światłowód do domu) wzrosła o 36 proc. (w ciągu ostatnich dwóch lat o 71 proc.).

Podobnie jak w przypadku łącza bazującego na tradycyjnych miedzianych kablach również w przypadku światłowodu sygnał jest przesyłany za pomocą zer i jedynek, ale zamiast sygnału elektrycznego jest to fala światła z zakresu podczerwieni (niewidzialna dla wzroku).

– Informacja w światłowodzie jest przesyłana w sposób cyfrowy, to znaczy, że światło jest zakodowane, a każda informacja jest zamieniona na ciąg zer i jedynek i przesyłana z olbrzymią szybkością. Z drugiej strony znajduje się urządzenie elektroniczne, które przetwarza to na zmiany natężenia prądu i odczytuje tę informację. I to jest właśnie przesył cyfrowy – wyjaśnia prof. dr hab. inż. Leszek R. Jaroszewicz z Wydziału Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej, członek korespondent PAN.

Przewód światłowodowy składa się z płaszcza, wewnątrz którego jest rdzeń wykonany najczęściej z kwarcu, oraz zewnętrznej warstwy ochronnej, pokrytej polimerową powłoką. Taka konstrukcja ma zapewnić, że światło, przewodzące zapisaną cyfrowo informację, będzie nieczułe na wszelkie zewnętrzne zaburzenia podczas wielokilometrowej transmisji i wzdłuż niezwykle krętej drogi.

 Światłowód nie wyczerpał jeszcze swoich możliwości. Nieustannie testowane są nowe technologie wytwarzania bardzo skomplikowanych struktur antyrezonansowych, struktur z rdzeniem powietrznym, które można zastosować jako ekwiwalenty dla standardowych włókien światłowodowych. Sam pojedynczy światłowód wciąż ma też wystarczającą pojemność informacyjną do tego, żebyśmy mogli komunikować się ze sobą w czasie rzeczywistym czy prowadzić streaming wideo nawet w pakietach 4K – wskazuje dr inż. Paweł Marć.

Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej pracują też nad nietelekomunikacyjnymi zastosowaniami światłowodów. Wykorzystują włókna optyczne – a szerzej mówiąc, fotonikę światłowodową – głównie jako czujniki do pomiaru zewnętrznych pól fizycznych (temperatury, naprężenia, wilgotności etc.), chemicznych, a nawet biologicznych. Każde takie rozwiązanie wymaga jednak „uczulenia” włókna światłowodowego na dane czynniki. W tym celu naukowcy modyfikują budowę włókien i strukturę ich pokrycia (np. poprzez odpowiednie warstwy metaliczne, polimerowe, grafenowe). To w połączeniu z zaawansowanymi technikami detekcji umożliwia wykrywanie wybranych czynników z bardzo duża precyzją.

Jednym z takich nietelekomunikacyjnych zastosowań światłowodu, opracowanym przez badaczy z WAT, jest detekcja drgań rotacyjnych. Pozwala ona badać zjawiska sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi, rejestrować ruchy rotacyjne wysokich budowli czy też przewidywać tąpnięcia w kopalniach, których skutki mogą być katastrofalne.

– Trzęsienia ziemi i tąpnięcia w kopalniach można mierzyć za pomocą tradycyjnych sejsmometrów. Natomiast w układach światłowodowych szukamy też możliwości odbioru rotacyjnych składowych takiego trzęsienia ziemi. W przypadku takiego zjawiska – poza tym, że grunt drga fizycznie – może też występować skręcenie płaszczyzny, w której to drganie się odbywa. I tutaj wykorzystujemy interferometr w bardzo specyficznej konfiguracji optycznej. Mamy nadzieję, że ten sposób pomiaru się ugruntuje – mówi kierownik Zakładu Technicznych Zastosowań Fizyki na Wydziale Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej.

– W podobny sposób przewiduje się także tąpnięcia w kopalniach, czyli osunięcie, zawalenie się części korytarza. Kiedy ono występuje, to w innych miejscach pojawiają się naprężenia, od których rozchodzą się drgania. Te drgania mają podobną charakterystykę jak drgania trzęsień ziemi. Można powiedzieć, że tąpnięcia w kopalniach to takie lokalne, bliskie trzęsienia ziemi – dodaje prof. Leszek Jaroszewicz.

Efektem pracy naukowców z WAT jest światłowodowy sejsmograf rotacyjny. To jedno z zaledwie dwóch takich urządzeń na świecie.

– Drugie wytwarza firma iXblue z Francji – mówi członek korespondent PAN. – Natomiast w Polsce jeden z tych sejsmografów znajduje się obecnie w podziemiach zamku Książ, w Obserwatorium Sejsmologicznym Polskiej Akademii Nauk. Niestety wycieczki turystyczne po zamku powodują, że nasze badania mogą być prowadzone tylko w nocy. Druga lokalizacja to Główny Instytut Górnictwa w Katowicach, którego stanowiska badawcze pozwalają na monitorowanie zaburzeń występujących w śląskim regionie górniczym.

Na bazie włókien światłowodowych polskim badaczom udało się skonstruować też m.in. platformę czujnikową do pomiaru mikroustrojów biologicznych, generator wirów optycznych dla potrzeb komputerów kwantowych i system pomiaru niebezpiecznych związków w powietrzu (w tym np. środków bojowych). Jednym z ostatnich rozwiązań – rozwijanych z myślą o administracji rządowej – jest z kolei kodowanie binarne dla zabezpieczeń antypodsłuchowych linii transmisyjnych.

– Od wielu lat rozwijana jest technika kodowania informacji po stronie nadawcy i odbiorcy. Tym, którzy chcą nas podsłuchać i przeprowadzają np. ataki komputerowe, staramy się to matematycznie utrudnić. Natomiast sam światłowód nie jest chroniony. A zatem wiedząc, który światłowód będzie wykorzystywany przez nadawcę i odbiorcę, można mechanicznie uzyskać do niego dostęp, a następnie odebrać część sygnału, analizować ten sygnał optycznie i elektronicznie, a w końcu rozkodować przesyłaną informację. My natomiast budujemy układ optoelektroniczny, który wykorzystamy do tego, aby przeciwdziałać tego typu atakom, bo teraz nie jesteśmy nawet w stanie ich wykryć – zapowiada dr inż. Paweł Marć.

Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej byli gośćmi nowego formatu spotkań Good Morning Science w ramach inicjatywy klubu Trend House, założonego przez Fundację Venture Café Warsaw. Misją klubu jest łączenie innowatorów i rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, ekonomicznych i technologicznych. Trend House obecnie liczy ponad 160 członków, w tym osobistości ze świata nauki, biznesu i ekosystemu innowacji. 

Pandemia COVID-19 może być impulsem przyspieszającym robotyzację w polskich firmach. Barierą we wdrażaniu robotów na masową skalę wciąż pozostają jednak brak wiedzy, niska świadomość korzyści takich rozwiązań albo obawy przed wysokimi kosztami. – Można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów, zamiast od razu otwierać bardzo duży projekt. Przy takim podejściu w krótkim czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać z tego korzyści – mówi Przemysław Lewicki, szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim, w którym pracuje już ponad 2 tys. wirtualnych pracowników. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– W firmach, w których były już roboty, pandemia COVID-19 przyspieszyła ich wdrażanie. Natomiast te, które jeszcze nie weszły na ścieżkę robotyzacji, w ostatnich miesiącach nie miały na to czasu, bo musiały mierzyć się z bieżącymi wyzwaniami, które przyniosła ze sobą pandemia. Zmieniła się natomiast świadomość, że robotyzacja jest czymś koniecznym, aby móc w przyszłości mierzyć się z podobnymi wyzwaniami. Dlatego dzisiaj firmy chcą i będą inwestować w roboty – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Lewicki. 

Skutki szybkiego rozprzestrzeniania się po świecie koronawirusa skłoniły wiele firm do szukania sposobów na uniezależnienie się od czynnika ludzkiego w sytuacji zagrożenia zdrowia. To spowodowało większe zainteresowanie rozwiązaniami RPA, czyli zrobotyzowanej automatyzacji procesów biznesowych. Z globalnego raportu firmy doradczej Deloitte („Inteligentna Automatyzacja 2020”) wynika, że w ubiegłym roku odsetek organizacji, które rozpoczęły wprowadzanie rozwiązań bazujących na inteligentnej automatyzacji, znacząco wzrósł. Działania w tym zakresie podjęło 73 proc. badanych firm, podczas gdy rok wcześniej było to 58 proc., a w 2015 roku takie plany deklarowało zaledwie 13 proc. przedsiębiorstw. W globalnej skali COVID-19 ograniczył lub spowolnił inwestycje w robotyzację w 29 proc. organizacji. W pozostałych przypadkach takie projekty są kontynuowane, a w przypadku co piątej firmy nawet przyspieszyły. Z kolei 9 proc. z nich wskazało, że dopiero koronawirus spowodował rozpoczęcie inwestycji w tym obszarze.

Z raportu Gartnera z września 2020 roku wynika, że 90 proc. dużych organizacji na całym świecie do 2022 roku wdroży w jakiejś formie rozwiązanie z obszaru RPA. W tym roku rynek takich rozwiązań będzie wart ok. 1,9 mld dol., o prawie jedną piątą więcej niż w ubiegłym roku. 

– W polskich firmach roboty są bardzo chętnie wykorzystywane np. w obsłudze posprzedażowej klienta, w obsłudze korespondencji, w obszarze księgowości albo do modyfikacji systemów ERP [oprogramowanie do kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem – red.]. W tradycyjnym modelu zmiany w tych systemach są drogie i czasochłonne, a wykorzystanie w tym celu robotów jest łatwe i skraca ten czas – zapewnia szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim.

Jak podkreśla, potrzeba automatyzacji i obniżenia kosztów występuje praktycznie w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości. Dlatego w tych obszarach, gdzie wykonywane są powtarzalne, automatyczne czynności, dobrym pomysłem jest właśnie „zatrudnienie” robota. Pozwala to radykalnie obniżyć koszty i skrócić czas realizacji bieżących zadań. Barierą w masowym wykorzystaniu robotów wciąż jest jednak brak wiedzy i niska świadomość korzyści z takich rozwiązań.

– Na rynku panuje przekonanie, że aby „zatrudnić” robota, trzeba powołać duży projekt, zrobić analizę procesów, a najlepiej jeszcze zatrudnić w tym celu firmę konsultingową. W przypadku bardzo dużych firm takie podejście może zadziałać, natomiast równie dobrze można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów. Przy takim podejściu w czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać korzyści z robotyzacji – mówi Przemysław Lewicki. – Nasze doświadczenie pokazuje, że takie podejście jest lepsze, ponieważ po pierwsze – szybko dostarcza wartość w postaci robotów, a po drugie – przełamuje bariery, strach przed robotyzacją i obawy, że może się ona nie udać.

W ING Banku Śląskim w 10 krajach na dwóch kontynentach działa w tej chwili ponad 2 tys. robotów, z których większość wspiera procesy w obszarze operacji bankowych, ryzyku i finansach. Z powodzeniem działają one na istniejącej infrastrukturze IT, bez potrzeby kosztownych modyfikacji systemów. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– SAIO to kompleksowa platforma, która integruje technologie sztucznej inteligencji i robotyzacji, żeby optymalizować i automatyzować procesy w firmie. Jest to nasze autorskie rozwiązanie. Mamy już kilkanaście lat doświadczenia w robotyzacji, przez ten czas staliśmy się już ekspertami w tej dziedzinie. I dlatego chcemy się dzielić tym doświadczeniem i umiejętnościami z naszymi klientami – podkreśla szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim. – Do tego właśnie służy platforma SAIO, dzięki której można łatwo i szybko zrobotyzować firmę. Statystyki pokazują, że nawet do 50 proc. projektów robotyzacyjnych kończy się fiaskiem. My dajemy gwarancję, że projekty, którymi my się zajmujemy, kończą się sukcesem.

SAIO to uniwersalne narzędzie, z którego może korzystać wiele branż. Sprawdza się zarówno w sprzedaży, zarządzaniu klientami, jak i w skarbowości, finansach, rachunkowości, HR, procesach zakupowych, IT czy choćby w zarządzaniu operacyjnym.

 Kładziemy nacisk na to, żeby nasze roboty były w stanie obsługiwać coraz bardziej skomplikowane procesy. Dlatego wyposażyliśmy SAIO w reużywalne moduły sztucznej inteligencji, gdzie nawet nie trzeba programować, tylko poprzez wyklikanie można stworzyć zaawansowane modele AI i wyposażyć w nie roboty. Mogą to być np. klasyfikatory tekstu, obrazu czy detektory anomalii w procesach – wymienia Przemysław Lewicki. – Dzisiaj na rynku wyzwaniem jest nie tyle zbudowanie samego modelu sztucznej inteligencji, ale jego integracja z istniejącymi procesami. SAIO dostarcza komponenty AI i jednocześnie, dzięki technologii Robotix, pozwala na ich łatwe wdrożenie w firmie i integrację z istniejącą infrastrukturą. W tradycyjnym podejściu jest to trudne, potrafi trwać miesiącami i kosztować ogromne pieniądze. Natomiast dzięki SAIO możliwy jest natychmiastowy upgrade, co oznacza natychmiastowy skok technologiczny w firmie.

W ramach swojej platformy SAIO ING Bank Śląski zapewnia pełny zakres usług robotyzacyjnych: poczynając od bezpłatnego przeglądu procesów, przez szkolenia, aż po wdrożenie. Finalnym produktem jest robot, który automatycznie realizuje proces w firmie.

– Już za ok. 6 tys. zł można mieć pierwszego wirtualnego pracownika, który nie tylko na siebie zarobi, ale jest też w stanie wygenerować w firmie oszczędności rzędu od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych rocznie – podkreśla ekspert ING.

Raport firmy McKinsey i miesięcznika „Forbes” z 2018 roku wskazywał, że dzięki automatyzacji i wynikającemu z niej wzrostowi produktywności PKB Polski w 2030 roku może być wyższy o 15 proc., a średni roczny wzrost gospodarczy w tej dekadzie może być szybszy o 1 pkt proc. 

Około 60 proc. całego majątku zgromadzonego przez polskie firmy jest objęte ochroną ubezpieczeniową. Wraz z rozwojem gospodarczym i zmianami klimatu rośnie jednak zarówno ryzyko szkód, jak i wartość majątku, który trzeba ubezpieczać. W Polsce przed pożarami, powodziami czy gwałtownym wiatrem trzeba obecnie chronić o 2,2 bln zł więcej majątku niż w 1995 roku – wynika z danych PIU i Deloitte’a. Polskie przedsiębiorstwa – zwłaszcza MŚP – są tego coraz bardziej świadome i coraz chętniej sięgają po ubezpieczenia, szczególnie polisy od odpowiedzialności cywilnej i zdarzeń losowych. Wraz z rosnącym zainteresowaniem zmienia się również oferta ubezpieczycieli dedykowana tej grupie.

– Małe i średnie przedsiębiorstwa chętnie się ubezpieczają. Pomijając kwestie ubezpieczeń komunikacyjnych, których posiadanie jest w dużej mierze obowiązkowe, dobrowolne ubezpieczenia majątkowe są z roku na rok coraz bardziej powszechne wśród MŚP. Szacuje się, że między 60 a 70 proc. przedsiębiorstw posiada polisy ubezpieczenia mienia czy odpowiedzialności cywilnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Klepuszewski, menedżer w Departamencie Ubezpieczeń dla Małych i Średnich Firm w UNIQA.

Według raportu Deloitte’a przygotowanego dla Polskiej Izby Ubezpieczeń około 60 proc. majątku polskich firm jest objętych ubezpieczeniami, a wartość mienia ubezpieczonego od pożarów, powodzi i innych żywiołów to około 1,7 bln zł. Szacunki wskazują, że wartość majątku, który należy chronić przed skutkami katastrof naturalnych, będzie w Polsce rosła w kolejnych latach. PIU podkreśla, że taka asekuracja ogranicza ryzyka związane z prowadzeniem działalności, pozwalając firmom uniknąć przestojów i kosztów także w przypadku m.in. kradzieży, zakłóceń produkcyjnych czy szkód spowodowanych np. gwałtownymi zjawiskami pogodowymi.

Świadomość konieczności takiej ochrony jest coraz większa także wśród MŚP.

– Świadomość ubezpieczeniowa małych i średnich firm wzrasta i jest to podyktowane czynnikami zewnętrznymi, które niosą ze sobą zagrożenia dla prowadzonej działalności. Z drugiej strony – to również kwestia samych roszczeń i poziomu ich skomplikowania. Chodzi już nie tylko o szkody osobowe czy proste szkody rzeczowe, bo zgłaszanych jest też coraz więcej skomplikowanych spraw – zarówno przez samych przedsiębiorców, jak i osoby trzecie, poszkodowane w wyniku ich działań – mówi Rafał Klepuszewski.

Wśród ubezpieczeń najchętniej wybieranych przez MŚP są przede wszystkim polisy od pożaru i innych zdarzeń losowych. Chronią one majątek firmy przed konsekwencjami nieprzewidzianych incydentów, do których zaliczają się też m.in. powodzie, trąby powietrzne, grad czy uderzenie pioruna. Jak wynika z danych PIU, w latach 2011–2020 z tytułu odszkodowań związanych z pożarami i innymi żywiołami ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym (klientom indywidualnym i firmom, łącznie) ponad 14 mld zł.

– Dużą popularnością cieszą się też polisy od odpowiedzialności cywilnej. Dzięki niej przedsiębiorca może przenieść obowiązek naprawienia szkody – rzeczowej lub osobowej, wynikającej z prowadzonej działalności albo posiadania mienia – na ubezpieczyciela. W ten sposób może też uniknąć konsekwencji finansowych dla budżetu swojej firmy – mówi ekspert.

Jak zauważa, wraz z rosnącym zainteresowaniem ochroną ubezpieczeniową wśród MŚP zmienia się również oferta ubezpieczycieli dedykowana tej grupie. Przede wszystkim zwiększa się zakres ochrony ubezpieczeniowej i zakres ryzyk objętych polisą.

– Zaciera się również granica pomiędzy ofertą produktową adresowaną dla małych i średnich przedsiębiorstw, jak i dużych podmiotów korporacyjnych. Można powiedzieć, że ubezpieczyciele starają się nadążać za potrzebami ubezpieczeniowymi, które wynikają ze zmieniającej się rzeczywistości – mówi menedżer Departamentu Ubezpieczeń dla Małych i Średnich Firm w UNIQA.

Dobra polisa ubezpieczeniowa dla firmy powinna odpowiadać zagrożeniom wynikającym z danego rodzaju prowadzonej działalności. Inny zakres ochrony ubezpieczeniowej powinien być zaoferowany dla branży gastronomicznej, a inny dla usług budowlanych. Stąd – przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem – warto dokładnie przeanalizować jej zapisy.

– Idealnie, jeśli ochrona ubezpieczeniowa w standardowym zakresie przewiduje szerokie pokrycie. To może być np. zwrot kosztów dodatkowych wynikających ze szkody. Ważną kwestią jest również automatyczny wzrost sumy ubezpieczenia np. w przypadku nowych inwestycji albo zwiększenia zatowarowania – mówi Rafał Klepuszewski.

Ekspert wskazuje, że – podpisując umowę z ubezpieczycielem – firma powinna pamiętać też o klauzulach dodatkowych, które rozszerzają zakres ochrony ubezpieczeniowej. Zarówno w ubezpieczeniu mienia, jak i w ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej ten zakres może być bowiem rozbudowywany przez klauzule specjalne.

– Można do nich zaliczyć np. ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej na wypadek szkód spowodowanych przez wprowadzenie do obrotu wadliwego produktu czy też szkód powstałych w mieniu powierzonym w celu wykonania naprawy czy usługi – wskazuje ekspert UNIQA.

– Forum Akcyzowe zostało zawładnięte przez jeden z koncernów tytoniowych i to tematy związane zapewne z działalnością tego koncernu będą wiodły prym – mówi Przemysław Jaskóła, członek Stowarzyszenia Vaping Association Polska. To jedna z organizacji branżowych, które nie zdołały włączyć się w prace powołanego przez resort finansów Forum Akcyzowego. Decydowała kolejność zgłoszeń, ale formularz rejestracji online został zamknięty już kilkanaście sekund po uruchomieniu. W efekcie skład forum został zdominowany przez międzynarodowe koncerny tytoniowe i nie ma w nim przedstawicieli polskich małych i średnich firm. 

Ministerstwo Finansów powołało Forum Akcyzowe w celu wypracowania wspólnie z branżą nowego modelu podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe, płyny do papierosów elektronicznych, nowatorskie wyroby tytoniowe oraz susz tytoniowy. Do udziału zaproszono organizacje branżowe, producentów i dystrybutorów wyrobów tytoniowych oraz ekspertów. Zdecydowano się na stworzenie czterech 10-osobowych grup roboczych, które docelowo mają przedstawić rekomendacje dla resortu. Choć nie będą one wiążące ani automatycznie wdrożone, przyjmą formę twardych rekomendacji, przez co mogą mieć realny wpływ na kształtowanie nowych regulacji.

O rejestracji do grup roboczych Forum Akcyzowego decydowała kolejność zgłoszeń. Polscy producenci z sektora MŚP przekonują, że takie kryterium powoływania grup roboczych wyklucza reprezentatywność środowisk branżowych. Podobne zastrzeżenie przed rozpoczęciem prac forum zgłaszało szereg innych podmiotów, w tym Krajowe Stowarzyszenie Przemysłu Tytoniowego. Organizacja zrzesza czterech największych producentów firm tytoniowych w kraju: British American Tobacco Polska Trading, Imperial Tobacco Polska, Japan Tobacco International Polska oraz Philip Morris Polska Distribution.

Postulaty przedstawicieli branży nie spotkały się z reakcją resortu. Rejestracja do grup roboczych odbyła się przez formularz online i według zasady pierwszeństwa zgłoszeń. Według relacji polskich firm z sektora MŚP formularz rejestracji został zamknięty w kilkanaście sekund po uruchomieniu. Ich zdaniem skład grup roboczych został przez to wypaczony i jest zdominowany przez ekspertów powiązanych głównie z jednym z międzynarodowych koncernów tytoniowych. 

– O ile sama idea forum i pomysł stworzenia wspólnej platformy był bardzo ciekawy, o tyle system tworzenia grup roboczych już całkowicie nas rozczarował. Ten system był oparty na zasadach kolejności zgłoszeń – co spowodowało, że my po prostu nie zdążyliśmy się do niego zarejestrować, mimo że próbowaliśmy to zrobić od razu po uruchomieniu platformy, punktualnie o godzinie 15.00. Nikt z członków naszego stowarzyszenia nie został przyjęty do żadnej grupy roboczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Wargocki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego.

PSPT to jedna z najważniejszych organizacji na polskim rynku tytoniowym. Zrzesza głównie małe i średnie firmy zajmujące się uprawą, przetwórstwem, importem i dystrybucją tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz prowadzeniem prac badawczo-rozwojowych w tym obszarze. O problemach z rejestracją do grup roboczych forum mówi też inna duża organizacja branżowa: Stowarzyszenie Vaping Association Polska.

– Wyścig o to, kto pierwszy się zarejestruje, nie jest dobrym rozwiązaniem w tak ważnej kwestii – mówi Przemysław Jaskóła, członek Vaping Association Polska. – Liczyliśmy na to, że przy tym stoliku akcyzowym podniesiemy temat tego, jak te przepisy wpłyną na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa i co możemy zrobić, abyśmy jako MŚP pozostali uczestnikami tego rynku. Teraz już wiemy, że ten stolik został zawładnięty przez jeden z koncernów tytoniowych i zapewne to tematy związane z jego działalnością będą wiodły przy nim prym.

Przedstawiciele firm z branży MŚP otwarcie mówią o skandalu. Przekonują, że wypełnienie formularza rejestracji w kilka sekund było niemożliwe. W ich ocenie mogły zostać wykorzystane programy lub skrypty internetowe, które w ułamku sekundy wypełniały go, uniemożliwiając udział innym ekspertom. W rezultacie w grupach roboczych forum zabrakło miejsc dla polskich MŚP. Kontrowersje związane z powoływaniem i działaniem grup roboczych spowodowały, że z udziału w nich rezygnują też inni członkowie. Swoich przedstawicieli wycofał już Philip Morris Polska Distribution.

– Tworzenie grup roboczych powinno odbywać się na zasadzie doboru fachowców i podmiotów, które bardzo dobrze znają ten rynek. Formuła zastosowana przez MF absolutnie tego nie zapewniła. Dlatego obecny skład grup roboczych nie pozwoli zbudować dobrego systemu akcyzowego – dodaje Grzegorz Wargocki.

Jak podkreśla prezes PSPT, obecny skład grup roboczych Forum Akcyzowego jest niereprezentatywny i nie uwzględnia opinii małych i średnich przedsiębiorców, co przeczy idei powołania forum jako organu doradczego, który miał reprezentować cały rynek.

– Obawiamy się, że grupy robocze w obecnym składzie, w których nie możemy uczestniczyć, stworzą system podatkowy uwzględniający wyłącznie interesy dużych, międzynarodowych koncernów – mówi Grzegorz Wargocki. – Nie jest możliwe stworzenie jednego, dobrego systemu akcyzowego dla tych dużych i dla tych małych, to są zupełnie inne produkty. Członkowie naszego stowarzyszenia produkują wyroby niszowe, takie jak cygara, tytonie fajkowe czy tytonie do skręcania. Obawiamy się więc, że to, co wypracuje forum, nie będzie spełniało oczekiwań całej branży.

Obydwie organizacje zaapelowały do Ministerstwa Finansów o rozszerzenie składu grup roboczych i uwzględnienie w toku prac mniejszych podmiotów, produkujących wyroby niszowe. Chodzi o to, aby wypracowane rozwiązania uwzględniały interes całej branży, a nie tylko jej wąskiego wycinka.

– MŚP stanowi około 70 proc. firm, które dystrybuują płyny do papierosów elektronicznych. Dziwi nas to, jak można pominąć tak ważnego uczestnika rynku i nikt wcześniej nie pomyślał o tym żeby każda grupa miała jakąś reprezentację przy tym stoliku akcyzowym – mówi Przemysław Jaskóła z Vaping Association Polska. – Wielokrotnie apelowaliśmy już do ministra Tadeusza Kościńskiego i wiceministra Jana Sarnowskiego o to, aby uwzględnili nas w pracach tego gremium. Liczymy na rozpatrzenie naszych próśb i zrozumienie, że dla nas to jest być albo nie być – dodaje ekspert.

Wobec braku reakcji Ministerstwa Finansów polskie firmy z sektora MŚP zwróciły się o pomoc do Rzecznika MŚP. Ten zaś wysłał apel do resortu, aby włączyć mniejszych przedstawicieli branży do zespołów roboczych Forum Akcyzowego. Odpowiedź była negatywna. Ministerstwo wskazało, że lista jest już zamknięta, a zainteresowane podmioty mogą ewentualnie śledzić prace forum poprzez media i transmisje online z posiedzeń.

– Oczywiście to Ministerstwo Finansów jest głównym dysponentem tego, kogo chce zapraszać i na jakich zasadach dobiera partnerów do tego typu rozmów. Jednak dla przejrzystości całej polityki akcyzowej dobrze by było, gdyby pula reprezentantów całego sektora była jak najszersza – aby były to zarówno duże, jak i małe firmy – mówi Kamil Rybikowski, radca Rzecznika MŚP.

Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców również chciało mieć swojego przedstawiciela w grupach roboczych Forum Akcyzowego. Ze względu na przyjętą przez resort formułę kolejności zgłoszeń nie zdołało zarejestrować się w porę.

– Odmówiono nam możliwości wzięcia udziału w pracach zespołów roboczych, tłumacząc się kolejnością zgłoszeń – mówi Kamil Rybikowski. – Dziwi nas praktyka, w której przedstawiciele takich grup roboczych są wybierani poprzez kolejność zgłoszeń. Byłoby lepiej, gdyby zasiadały w nich osoby dobrane z pewnego klucza, reprezentujące szerokie spektrum rynku, przedstawiciele branży zarówno z tych dużych firm, jak i z sektora MŚP oraz organizacji pozarządowych i instytucji takich jak nasza, której celem jest ochrona praw przedsiębiorców. Jednak MF podjęło inną decyzję. My oczywiście jesteśmy z resortem w stałym dialogu, ale mamy nadzieję, że dojdzie do zmiany decyzji i skład tych grup zostanie rozszerzony – dodaje radca Rzecznika MŚP.

W swoich postulatach firmy z branży MŚP powołują się na zarządzenie ministerstwa z 14 maja 2021 roku, na mocy którego powołano Forum Akcyzowe. W §10.3 stwierdza ono jasno: „Wskazując uczestników grupy roboczej Przewodniczący Forum uwzględnia równą reprezentację różnych środowisk uczestniczących w pracach Forum”.

Ministerstwo Finansów mimo przesłanej prośby o komentarz nie odniosło się do sposobu wyłonienia Forum Akcyzowego.

Aż 83 proc. Polaków uważa, że ubezpieczenie przydaje się w czarnej godzinie, a w czasie pandemii ten odsetek wzrósł o 5 p.p. Oprócz ciężkiej choroby czy wypadku komunikacyjnego Polacy coraz bardziej obawiają się też zmian klimatu, gwałtownych zjawisk pogodowych i ich następstw. Dotyczy to już 64 proc. badanych – wynika z lipcowego raportu PIU i firmy doradczej Deloitte „Mapa ryzyka Polaków”. Porywiste burze i nawałnice przetaczające się przez Polskę w ostatnich tygodniach czy powodzie nawiedzające sąsiednie Niemcy i kraje Beneluksu tylko potwierdzają te obawy. Kiedy ustaje żywioł, zaczyna się szacowanie szkód. Dom czy samochód można na tę okoliczność zabezpieczyć odpowiednią polisą.

– W ostatnich latach obserwujemy coraz bardziej gwałtowne zjawiska pogodowe i wzrost liczby szkód z tego tytułu. To także obserwują nasi klienci. W niedawno opublikowanym przez Polską Izbę Ubezpieczeń raporcie mapy ryzyka w Polsce zmiany pogodowe czy też szkody spowodowane wichurami i silnym wiatrem znalazły się w pierwszej dziesiątce spośród wszystkich 40 ryzyk wziętych pod uwagę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Rink, menedżer Zespołu Rozwoju Produktów i Badań Rynku w Uniqa.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w I kwartale tego roku odszkodowania związane z żywiołami oraz pozostałymi szkodami rzeczowymi wyniosły 651 mln zł (o 1,5 proc. mniej niż rok temu). Te dane obejmują jednak okres przed letnimi miesiącami, podczas których często występuje nasilenie niekorzystnych zjawisk pogodowych. W ostatnich dniach kraje Europy Zachodniej zmagają się z falą powodzi, a przez Polskę przetaczają się burze i nawałnice, z porywistym wiatrem, gwałtownymi opadami deszczu lub gradu. Skutkiem są zalane piwnice, wybite okna, pozrywane dachy i uszkodzone samochody.

– Auto można zabezpieczyć przed skutkami tego typu zdarzeń, chowając je w garażu i nie parkując pod drzewami. To jednak nie daje 100-procentowej gwarancji. Dlatego warto się ubezpieczyć, wykupić polisę autocasco, która zadziała w takiej sytuacji – mówi Jacek Rink.

W czerwcu 2020 roku, jak podaje PIU, poszkodowani zgłosili ubezpieczycielom ponad 50 tys. różnych szkód spowodowanych zalaniami (w budynkach i innym majątku). W 2019 roku w okresie od 20 maja do 15 czerwca było ich o połowę mniej. Według badań z 2018 roku ponad połowa Polaków – zapytanych o to, jakie działania by podjęli w razie dużej szkody pogodowej – zwróciłoby się po pomoc do władz samorządowych lub państwa. Mniej niż 50 proc. odpowiedziało, że powiadomiłoby o tym swojego ubezpieczyciela.

Autocasco (AC) jest dobrowolnym ubezpieczeniem komunikacyjnym, które gwarantuje pokrycie kosztów szkody powstałej w wyniku kolizji lub wypadku drogowego, pożaru bądź kradzieży samochodu. W zależności od wariantu AC chroni też w razie uszkodzenia samochodu będącego następstwem nieprzewidzianych warunków atmosferycznych, np. upadku konaru drzewa podczas wichury, gradobicia czy zalania samochodu na parkingu podziemnym.

– Odszkodowanie otrzymane z tego tytułu pozwoli na naprawę samochodu bądź kupno nowego, jeżeli dojdzie do tzw. szkody całkowitej i ze względów ekonomicznych naprawa auta będzie nieuzasadniona – wyjaśnia ekspert Uniqa.

Jak podkreśla, aby mieć pewność, iż polisa autocasco zadziała w takiej sytuacji, należy jednak dokładnie sprawdzić warunki danego ubezpieczenia.

– Co do zasady większość ubezpieczycieli odpowiada za skutki uszkodzenia samochodu właśnie w wyniku upadku drzewa czy zalania auta. Trzeba jednak zwrócić uwagę na głębokie kałuże i nie przejeżdżać przez nie, ponieważ może dojść do zassania wody przez silnik, a już tego typu zdarzenia najczęściej są wyłączone z odpowiedzialności ubezpieczenia autocasco – mówi Jacek Rink.

Ekspert Uniqa wskazuje też, że w Polsce ubezpieczenie autocasco wciąż wykupuje zaledwie ok. 20 proc. kierowców. Jednak z uwagi na coraz gwałtowniejsze zjawiska pogodowe, wywołane zmianami klimatu, ten odsetek w kolejnych latach zapewne będzie rósł. Taka polisa, uzupełniona również o pakiet assistance, który zagwarantuje pomoc w razie awarii na drodze, to również niezbędny dodatek na wakacyjne podróże.

– W tym roku na polskich drogach widzimy wzmożony ruch, ponieważ większość Polaków planuje spędzić wakacje w kraju i na urlopy pojadą własnymi samochodami. Zawsze istnieje ryzyko, że taka podróż może zakończyć się stłuczką, wypadkiem czy kradzieżą samochodu, co może skutecznie popsuć wakacje. Polisa OC zabezpieczy nas przed szkodami, które my spowodujemy innym. Natomiast z polisy autocasco możemy skorzystać w sytuacji, kiedy samochód zostanie uszkodzony. Podczas letnich wyjazdów dobrze jest mieć także ubezpieczenie assistance, ponieważ w razie wypadku, awarii czy kradzieży auta będziemy mogli liczyć na holowanie, samochód zastępczy albo transport do celu podróży – wyjaśnia menedżer Zespołu Rozwoju Produktów i Badań Rynku w Uniqa.

W takich sytuacjach pomoc kierowcy jest udzielana natychmiast. W zależności od wariantu polisy obejmuje ona m.in. usunięcie awarii na miejscu zdarzenia, holowanie, organizację części zamiennych, pomoc w zakwaterowaniu na czas naprawy i udostępnienie pojazdu zastępczego. Co istotne, assistance co do zasady jest sprzedawane na okres 12 miesięcy, ale na rynku są też dostępne ubezpieczenia krótkoterminowe, np. na 7–15 dni, które można wykupić tylko na czas wakacyjnego wyjazdu.

– Z naszych szacunków wynika, że prawie 74 proc. sytuacji, w których nasi klienci potrzebują na drodze pomocy assistance, to właśnie awarie – mówi Jacek Rink. – Wybierając assistance, zwróćmy uwagę, czy zadziała ono również pod domem, jakie są limity holowania i czy poza nimi w umowie nie ma jakiegoś wyłączenia lub zastrzeżenia, np. że holowanie będzie odbywało się na odcinku 500 km, ale nie dalej niż do najbliższej stacji autoryzowanej danej marki. Jest to istotne o tyle, że średni wiek samochodu w Polsce to około 13 lat, a takie samochody z reguły serwisujemy i naprawiamy w warsztatach nieautoryzowanych.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w I kwartale tego roku ubezpieczyciele wypłacili Polakom 3,8 mld zł z tytułu ubezpieczeń komunikacyjnych (OC + AC). Średnia składka za obowiązkowe ubezpieczenie OC posiadaczy pojazdów mechanicznych wyniosła 496 zł, o 11,6 proc. mniej niż rok wcześniej. Jednocześnie wzrosła jednak średnia szkoda: jej koszt przekroczył 8 tys. zł i był o 11,3 proc. wyższy niż przed rokiem.

Z raportu PIU i firmy doradczej Deloitte „Mapa ryzyka Polaków” wynika, że w latach 2011–2020 zlikwidowano 18 mln szkód komunikacyjnych, a ubezpieczyciele wypłacili z tego tytułu ponad 116 mld zł. W tym samym czasie odszkodowania związane z pożarami i innymi żywiołami przekroczyły 14 mld zł. Codziennie ubezpieczyciele likwidują ok. 5 tys. szkód komunikacyjnych i ponad 1 tys. szkód związanych z ogniem i innymi żywiołami.

Pandemia COVID-19 zmusiła księgowych i biura rachunkowe do szerszego korzystania ze zdobyczy technologii i wdrożenia programów do zdalnej i automatycznej pracy. Jak pokazują badania Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych, księgowi postrzegają ostatnie miesiące jako czas rewolucji technologicznej w swojej branży, a automatyzacja i wdrożenie rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji jest w tej chwili kluczowym trendem, który przesądzi o być albo nie być biur księgowych. Ten proces dodatkowo przyspieszy jeszcze wdrożenie e-faktur, które od jesieni tego roku mają być dobrowolne, ale od 2023 roku będą już obowiązkiem.

– Biura rachunkowe są coraz bardziej innowacyjne. Pandemia wymusiła na nas stosowanie takich programów, które zastępują bezpośredni kontakt z naszymi klientami i ułatwiają nam pracę. To przekłada się na komfort: klient nie musi do nas przychodzić osobiście, wszystko załatwiamy zdalnie przez internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Woźniak z Biura Rachunkowego Info-Plus, zrzeszonego w Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych (OSCBR).

Podobnie jak dla innych branż pandemia COVID-19 okazała się wyzwaniem dla księgowych i biur rachunkowych. Z jednej strony tarcze antykryzysowe i szybkie zmiany legislacyjne wprowadzane przez rząd wymusiły ciągłe aktualizowanie wiedzy z zakresu bieżących przepisów. Z drugiej strony kolejne lockdowny spowodowały konieczność ograniczenia bezpośrednich kontaktów z klientami. W tej sytuacji na wagę złota okazały się programy do zdalnej i automatycznej pracy.

– Konieczne okazały się narzędzia umożliwiające przesyłanie dokumentów księgowych między przedsiębiorcami a biurami rachunkowymi. Jednym z takich narzędzi jest mOrganizer, który pozwala np. zrobić smartfonem zdjęcie faktury i ją wysłać – mówi Witold Rapczyński z Biura Rachunkowego Pitcom, zrzeszonego w OSCBR.

Ogólnopolska Sieć Certyfikowanych Biur Rachunkowych, stworzona w 2017 roku, która w tej chwili zrzesza już blisko 2 tys. podmiotów, przygotowała raport pokazujący, że księgowi postrzegają ten i ubiegły rok jako czas rewolucji technologicznej w swojej branży. Deklaruje tak 93 proc. biur rachunkowych, które oceniają, że automatyzacja procesów, wprowadzenie systemów online i algorytmów sztucznej inteligencji to konieczność, która przesądzi o ich istnieniu na rynku. Jako kluczowe branża postrzega w tej chwili technologie umożliwiające zdalną współpracę z klientami oraz automatyzację, która upraszcza procedury i uwalnia nawet 40–50 proc. zasobów ludzkich od żmudnych i czasochłonnych czynności.

– Automatyzacja powoli wchodzi do branży i trzeba się do tego przystosować. To jest przyszłość biur rachunkowych, chociaż nic nie zastąpi człowieka. Automatyzacja ułatwia nam jednak pracę, uwalnia nas od rutynowych czynności. Księgowych, którzy dawniej wprowadzali dane i wklepywali dokumenty do komputera, dziś zastępują programy, które odczytują dokumenty i automatycznie wprowadzają do systemów księgowych – mówi Ewa Woźniak.

Takie narzędzia rozwija polski fintech CashDirector, który ma ambicję zrewolucjonizowania branży księgowej. Start-up wspierany m.in. przez EC Venture, Luma Ventures i TechStars dotąd zainwestował już w rozwój 4 mln euro, a do końca tego roku planuje przeznaczyć drugie tyle. W Polsce spółka wspólnie z mBankiem w ramach sieci OSCBR rozwija mOrganizer finansów, który pozwala przedsiębiorcom prowadzić nowoczesną księgowość w chmurze, z poziomu aplikacji mobilnej. Na polskim rynku ma on już ok 120 tys. użytkowników.

mOrganizer jest dostępny dla posiadaczy konta firmowego w mBanku w zakładce „Mój biznes”. Pozwala m.in. wykonywać smartfonem zdjęcia dokumentów czy faktur kosztowych i przesyłać je do Inboxa (narzędzia umożliwiającego elektroniczne przekazywanie faktur księgowym) oraz wystawiać faktury sprzedaży – szybko i z dowolnego miejsca. Najnowsza wersja mOrganizera ma też wiele dodatkowych funkcji, jak np. możliwość uzupełnienia danych firmy z poziomu smartfona przy pierwszym wystawieniu faktury.

Według CashDirector wszystkie biura rachunkowe, które korzystają dziś z mOrganizera, będą w pełni przygotowane na powszechne wdrożenie w Polsce elektronicznych faktur. Te już za dwa lata będą obowiązkowe dla rozliczeń między firmami. W 2018 roku – jak wskazują dane Eurostatu – korzystało z nich zaledwie 13 proc. polskich firm (i 18 proc. europejskich).

– E-faktury to pomysł Ministerstwa Finansów, który ma uszczelnić system podatkowy. W tej chwili jest na etapie projektu, ale już od 1 października tego roku ma wejść jako rozwiązanie dobrowolne. Natomiast od 2023 roku to rozwiązanie będzie już obowiązkowe i wówczas wszyscy podatnicy i przedsiębiorcy będą musieli korzystać z systemu e-faktur – mówi Katarzyna Świętochowska z Kancelarii Podatkowej Katarzyna Świętochowska, zrzeszonej w OSCBR.

– E-fakturowanie zmieni sposób pracy biur rachunkowych i sposób wystawiania faktur przez przedsiębiorców. To będzie duża zmiana, więc potrzebny jest też sprawny system, który ją umożliwi. Aby e-fakturowanie zaczęło działać, konieczny jest program, który będzie łączył się z centralnym serwerem, gdzie będą się znajdowały faktury – dodaje Witold Rapczyński.

Polski system e-faktur ma być wzorowany na rozwiązaniu włoskim. Dokument w formie elektronicznej będzie wystawiany i wymieniany za pośrednictwem Krajowego Systemu E-faktur, czyli scentralizowanej, rządowej platformy. Centralny Rejestr Faktur spowoduje, że nie trzeba będzie ich ręcznie wprowadzać do systemu, bo będzie można je importować i automatycznie księgować.

– Korzystanie z systemu e-fakturowania wpłynie bardzo korzystnie na zwrot VAT-u naliczonego dla podatnika. W tej chwili podatnik czeka na zwrot 60 dni, a jeśli podatnik będzie korzystał z e-faktury, ten czas skróci się do 40 dni – wyjaśnia Katarzyna Świętochowska. – Nie trzeba będzie wystawiać duplikatów faktur, bo wszyscy będą mogli się zalogować do systemu i w każdej chwili sprawdzić bądź pobrać daną fakturę. Nie ma możliwości, aby faktura po prostu zaginęła.