Według statystyk Głównego Urzędu Statystycznego bezrobocie w czerwcu br. wyniosło 4,9 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż w maju oraz o 1,1 pkt proc. niż w czerwcu 2021 roku. To najniższy wynik od 32 lat. W dużej mierze jest to efekt dużego zapotrzebowania na pracowników sezonowych – dlatego latem z reguły bezrobocie spada najmocniej. Jednak na rynku widać już zmniejszającą się liczbę ogłoszeń o pracę i słabnącą presję płacową. Firmy spodziewają się recesji, nie wydaje się jednak, by miały redukować zatrudnienie.

Obserwujemy spadek liczby ogłoszeń o pracę o kilka punktów procentowych w stosunku i do zeszłego roku, i nawet w maju do kwietnia, co może być w pewien sposób niepokojące, bo wiemy, że jest więcej ogłoszeń na prace sezonowe. To oznacza, że jest ich znacznie mniej w innych dziedzinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR, prezes zarządu agencji zatrudnienia Trenkwalder. – Główne zagrożone dziedziny to jest bankowość, finanse, ubezpieczenia.

W gospodarce nadchodzi spowolnienie spowodowane wysoką inflacją i będącymi jej konsekwencją podwyżkami stop procentowych. Według odczytu GUS w czerwcu inflacja sięgnęła 15,5 proc., najwięcej od marca 1997 roku. Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe od października 2021 roku; w tym czasie referencyjna stopa podniosła się z 0,1 proc. do 6,5 proc., a nie brakuje głosów, że będą kolejne podwyżki. Przekłada się to na aktywność gospodarczą, a więc także na rynek pracy.

W czerwcu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających co najmniej 10 osób) było wyższe o 2,2 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., a tylko o 0,1 proc. niższe niż w maju br.  

Firmy badane przez nas wykazują bardzo duży stopień niepewności. 50 proc. firm przewiduje recesję, tylko 8 proc. firm przewiduje wzrost, jednocześnie tylko 25 proc. firm przewiduje zatrudnianie nowych pracowników, jeszcze jesienią 2021 roku było to ponad 30 proc. – mówi Wojciech Ratajczyk. – Tylko 8 proc. przedsiębiorstw przewiduje spadek zatrudnienia, zwolnienia. Oznacza to, że firmy, pomimo dużej niepewności, chcą budować albo co najmniej utrzymać swoje stałe zespoły, co według mnie świadczy o tym, że bezrobocie w najbliższym czasie, jeśli nie wydarzy się jakaś ekonomiczna katastrofa, nie będzie znacząco wzrastać.

Krajowa Izba Gospodarcza w komentarzu do czerwcowych danych GUS prognozuje, że w okresie sierpień–październik stopa bezrobocia może nawet jeszcze spaść – do 4,8 proc., a zimą spodziewa się powrotu do poziomu 5 proc.

Zgodnie z metodologią Eurostatu bezrobocie w Polsce wyniosło w maju 2,7 proc., co było drugim najniższym wynikiem w Unii Europejskiej (niższe jest tylko w Czechach, 2,5 proc.). Dla porównania średnia dla UE wyniosła 6,1 proc., a dla strefy euro – 6,6 proc. Gorzej sytuacja wygląda wśród młodych poniżej 25. roku życia, gdzie zajmujemy ósme miejsce ex aequo z Danią – 8,8 proc.

GUS wskazuje, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu było wyższe o 13 proc. niż rok temu i wyniosło 6554,87 zł brutto. Względem maja br. wzrosło o 2,4 proc.

 Do tej pory presja na wzrost wynagrodzeń jest bardzo silna, jednocześnie mamy badania, które pokazują, że tylko poniżej 1/3 firm planuje dzisiaj podwyżki płac, jeszcze niedawno było to ponad 50 proc. Pokazuje to, że na tym rynku 50 proc. firm przewiduje w jakiś sposób recesję lub zahamowanie wzrostu. Wydaje nam się, że presja płacowa w najbliższych miesiącach, może kwartałach zmaleje, choć biorąc pod uwagę wysoki stopień inflacji, nie możemy wykluczyć, że w ogóle jej nie będzie – przewiduje prezes agencji Trenkwalder. – W dzisiejszej sytuacji skłonność do dawania podwyżek prawdopodobnie będzie maleć, ponieważ całość kosztów przedsiębiorstwa, w tym koszty personalne, rośnie w związku właśnie z inflacją.

Pensje mogą rosnąć w tych branżach, w których najmocniej odczuwalny jest brak pracowników.

– Nadal jest to branża informatyczna, nadal są to inżynierowie, nadal są to specjaliści do obsługi wysokich technologii w przemyśle. Jednocześnie obserwujemy mniejsze zainteresowanie przedsiębiorców zatrudnianiem pracowników w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia, a więc prawdopodobnie tam ta presja jest niższa i wzrost zarobków będzie również niższy – ocenia członek zarządu Polskiego Forum HR.

Jak wskazuje raport ManpowerGroup „Niedobór talentów”, siedmiu na dziesięciu pracodawców boryka się z trudnościami w zrekrutowaniu nowych pracowników z odpowiednimi umiejętnościami. Najtrudniej jest znaleźć u kandydatów umiejętności z obszaru IT & analizy danych, logistyki & operacji oraz obsługi klienta.

Programy wciąż są negocjowane przez polski rząd z Komisją Europejską i późną jesienią powinniśmy móc uruchamiać pierwsze konkursy – zapowiada Mikołaj Różycki, zastępca prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. W nowej perspektywie finansowej na lata 20212027 Polska otrzyma z Unii Europejskiej łącznie ok. 770 mld zł, a firmy znów będą mogły korzystać z całego wachlarza instrumentów wsparcia w ramach programów krajowych i 16 programów regionalnych. 

– Polskie firmy stosunkowo chętnie korzystają z dofinansowania unijnego, chociaż wciąż wiele z nich się na to nie decyduje. Głównym czynnikiem blokującym jest brak wiedzy, świadomości, że takie instrumenty są dostępne – mówi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Często jest też tak, że w momencie, kiedy przedsiębiorca już tę wiedzę nabędzie, to rezygnuje z zamiaru ubiegania się o środki, bo uważa że będzie musiał przejść całą bardzo skomplikowaną procedurę, że będzie wiązało się to z dużymi wymogami administracyjnymi. Jest to problem, który warto na bieżąco rozwiązywać, aby te obciążenia administracyjne związane z korzystaniem z funduszy unijnych były jak najmniejsze. Nie jest to jednak tak długa i ciężka droga, jak można by sobie wyobrazić.

W latach 2014–2020 przedsiębiorcy byli – obok samorządów – największymi beneficjentami funduszy unijnych. Były one znaczące, bo Polska była największym beneficjentem środków z UE – statystycznie trafiało do nas co czwarte euro – i zarazem liderem pod względem tempa ich wykorzystywania.

W nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 Polska otrzyma z Unii Europejskiej łącznie ok. 770 mld zł, a firmy znów będą mogły korzystać z wielu możliwości dofinansowania w ramach programów krajowych i 16 programów regionalnych. Większość z nich (za wyjątkiem 3,8 mld zł z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji) jest kontynuacją dotychczasowych, realizowanych w poprzedniej perspektywie. Jednym z większych źródeł finansowania dla przedsiębiorstw i otoczenia biznesu będą m.in. Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki, z budżetem 7,9 mld euro. 

– Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki to program, który ma wspierać innowacje – podkreśla Małgorzata Szczepańska, dyrektor Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. – W programie będziemy finansowali inwestycje związane z nowoczesnymi i zielonymi technologiami oraz cyfryzacją przedsiębiorstw czy rozwojem infrastruktury i wdrożeniami B+R. Co istotne, firmy będą mogły komponować projekt według swoich potrzeb i etapu rozwoju z kilku dostępnych modułów.

Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki na lata 2021–2027 to następca wcześniejszego programu Inteligentny Rozwój 2014–2020. Głównymi założeniami programu jest zwiększenie potencjału w zakresie badań i innowacji oraz wykorzystywania zaawansowanych technologii, wzrost konkurencyjności MŚP, rozwój inteligentnych specjalizacji oraz transformacja gospodarki w kierunku Przemysłu 4.0 i zielonych technologii.

– Zakładamy, że negocjacje programu zakończą się w połowie tego roku, a w IV kwartale br. będziemy gotowi z ogłoszeniem konkursów – mówi Małgorzata Szczepańska. – Dużą zmianą będzie to, że zniknie sztuczny podział na obszar prac badawczo-rozwojowych i obszar wdrażania innowacji. Firmy będą mogły aplikować o dofinansowanie w ramach jednego wniosku. Ważną zmianą w stosunku do obecnej perspektywy będzie też możliwość dofinansowania podnoszenia kompetencji pracowników w tych obszarach, które dotyczą cyfryzacji czy nowych rozwiązań technologicznych.

W nowej perspektywie finansowej UE środki mają trafiać przede wszystkim na cyfryzację, zwiększenie potencjału w zakresie badań i innowacji, wsparcie przedsiębiorstw w zakresie rozwoju OZE i efektywności energetycznej oraz wzrost konkurencyjności małych i średnich firm. Polskie MŚP na poziomie krajowym będą mogły upatrywać szans na wsparcie zwłaszcza w programach takich jak m.in. Fundusze Europejskie na Rozwój Cyfrowy (następca Programu Cyfrowa Polska) czy Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko (następca programu Infrastruktura i Środowisko) oraz Fundusze Europejskie dla Społecznego Rozwoju (jako kontynuacja programu Wiedza Edukacja Rozwój) stawiający na rozwój kompetencji, a także Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej oferujący środki dla MŚP m.in. na start, wsparcie procesów wzorniczych, automatyzację/robotyzację czy wdrożenie nowych modeli biznesowych opartych na Gospodarce Obiegu Zamkniętego.

– Unijne środki co do zasady są kierowane przede wszystkim do sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. W Polsce to największa grupa firm, sektor MŚP zatrudnia kilkadziesiąt procent Polaków i wypracowuje kilkadziesiąt procent PKB, więc siłą rzeczy są w centrum zainteresowania polityk publicznych i programów europejskich. Głównie nimi zajmuje się też Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, 90 proc. naszej aktywności to właśnie współpraca z tymi firmami poprzez różnego rodzaju programy unijne i krajowe – mówi Mikołaj Różycki, zastępca prezesa PARP.

Jak wskazuje, bieżący rok stanowi wyzwanie dla sektora publicznego, który wdraża środki unijne, i dla przedsiębiorców, którzy się o nie ubiegają, ponieważ programy realizowane w perspektywie UE na lata 2014–2020 właśnie się kończą, a nowe powoli startują.

– Te programy wciąż są negocjowane przez polski rząd z Komisją Europejską i późną jesienią powinniśmy móc uruchamiać pierwsze konkursy – mówi Mikołaj Różycki. – Polscy przedsiębiorcy są na finiszu inwestycji dofinansowywanych w ramach bieżącej perspektywy, więc koncentrujemy się na ich sprawnej obsłudze, żeby jak najszybciej trafiały do nich pieniądze na ukończenie realizowanych działań.

– Fundusze unijne odgrywają bardzo istotną rolę w budowaniu polskiej gospodarki. Warto, żeby polskie firmy wiedziały, jak z nich korzystać, bo na pewno jesteśmy w stanie wykorzystywać je jeszcze efektywniej, niż robiliśmy to do tej pory – dodaje Jakub Bińkowski ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – To wymaga jednak, aby wiedza, jak z tych funduszy korzystać, gdzie są dostępne czy gdzie ewentualnie zwrócić się o pomoc, była dostępna jak najszerzej.

Propagowanie wiedzy dotyczącej m.in. roli i dostępności funduszy unijnych było głównym celem konferencji „Finanse dla rozwoju” organizowanej przez ZPP, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w warszawskim hotelu Sheraton, z udziałem m.in. przedstawicieli Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej i PARP.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, który reprezentuje głównie małe i średnie firmy, cyklicznie wyróżnia też liderów polskiego biznesu w ramach konkursu Dobra Firma. Nagrody są przyznawane na podstawie twardych danych (dostarczanych przez agencję wywiadu gospodarczego i opracowanych na podstawie wskaźników finansowych przygotowanych przez ekspertów ZPP) w czterech kategoriach: dla najlepszego innowatora, inwestora, pracodawcy i dla najbardziej efektywnej firmy. W tym roku Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, po dwuletniej przerwie, znów dołączyła do konkursu Dobra Firma jako instytucja partnerska i wręczyła nagrodę w kategorii innowacyjna firma roku dla spółki Mentor Systemy Audiowizualne działającej w branży ICT.

– Z danych GUS wynika, że ponad 30 proc. polskich firm produkcyjnych i usługowych jest innowacyjnych, w szerokim znaczeniu tego słowa. Jednak zawsze może być ich więcej i trzeba działać w tym kierunku, chociażby zmieniając prawo czy zachęcając do podejmowania tego typu aktywności. To też nasze zadanie – mówi Mikołaj Różycki.

 


d

W 2020 roku branża piwowarska odprowadziła do budżetu państwa ponad 11 mld zł z tytułu podatków, wygenerowała wartość dodaną sięgającą 18,5 mld zł i utrzymywała łącznie ponad 115 tys. miejsc pracy – wynika z raportu Deloitte’​a. Mimo pandemii oraz związanych z nią zawirowań rynkowych i gospodarczych wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki okazało się nawet większe niż w poprzednich latach. Trudna sytuacja pandemiczna, duży wzrost akcyzy z początkiem tego roku i szybki wzrost kosztów surowców powodują jednak, że polscy browarnicy z dużym niepokojem patrzą na nadchodzące miesiące. Sytuację pogarsza także kiepska kondycja powiązanej z browarami branży gastronomiczno-hotelarskiej (HoReCa).

– Pod względem wielkości produkcji polska branża piwowarska zajmuje trzecie miejsce w Europie. Ustępujemy tylko takim gigantom jak Niemcy czy Wielka Brytania. W ostatnich latach ta produkcja dochodziła do 40 mln hektolitrów piwa rocznie. To jest ogromny potencjał i ogromny wpływ na polską gospodarkę, chociażby poprzez liczbę osób zatrudnionych w branży czy daniny płacone bezpośrednio do budżetu państwa – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Julia Patorska, Partner Associate w Deloitte.

Branża piwowarska jest w Polsce jednym z silniejszych sektorów przemysłu. Bezpośrednio zatrudnia ok. 9,5 tys. osób, ale z produkcją i sprzedażą piwa związane są też miejsca pracy w przemyśle lekkim, handlu, transporcie czy branży HoReCa. Łączne zatrudnienie, utrzymywane dzięki branży piwowarskiej, w 2020 roku sięgnęło więc aż 115 tys. miejsc pracy.

Co więcej, browarnictwo generuje też znaczne wpływy do budżetu państwa z tytułu podatków, które w 2020 roku wyniosły 11,14 mld zł. Jednak produkując piwo, dokonując zakupów u polskich dostawców i wypłacając wynagrodzenia, branża piwowarska wytwarza również tzw. wartość dodaną, czyli najważniejszą składową PKB. Ta w 2020 roku osiągnęła z kolei wartość 18,5 mld zł.

 W tym trudnym, pandemicznym roku wiele wpływów do budżetu spadało. Natomiast branża piwowarska nie tylko zdołała utrzymać poziom zatrudnienia i produkcji, ale nawet zwiększyła wpływy do budżetu w stosunku do 2019 roku – zauważa Julia Patorska.

Analizy Deloitte’a (raport „Podsumowanie analizy wybranych wskaźników wpływu przemysłu piwowarskiego na polską gospodarkę i otoczenie”) pokazują, że kiedy w 2020 roku całkowite dochody budżetowe państwa spadły o 1 proc., wpływy podatkowe z browarów rosły w tym czasie całościowo o 2 proc. Podatek akcyzowy, wpłacony przez browary, był większy o ponad 5 proc., podatek PIT – o 1,3 proc., a VAT – aż o 11 proc. rok do roku.

– Ostatnie dwa lata pokazały, że mimo trudności rynkowych związanych z pandemią branża piwowarska pozostała stabilnym płatnikiem podatków, stabilizującym finanse publiczne poprzez wpłaty z tytułu akcyzy czy innych podatków do budżetu centralnego i budżetów lokalnych. Spodziewamy się, że w tym roku będzie podobnie – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie. – Jednocześnie to, że jesteśmy dobrym i stabilnym płatnikiem podatków, nie oznacza, że branża nie przeżywa trudnych chwil. Wręcz przeciwnie, ostatnie dwa lata wpłynęły na nas bardzo negatywnie.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich miesięcy branża otrzymała trzy mocne ciosy. Pierwszym była pandemia COVID-19, która spowodowała załamanie optymizmu konsumenckiego, ograniczenie spotkań towarzyskich i wydarzeń masowych oraz zamknięcie na wiele miesięcy lokali gastronomicznych. W efekcie w 2020 roku konsumpcja piwa spadła do poziomu 93,6 l na osobę, najniższego od 10 lat. Równocześnie o ok. 4 proc. zmniejszyła się też produkcja piwa.

 Gastronomia bardzo ucierpiała. Rzadziej wychodzimy do lokali, zmniejszył się ruch turystyczny, centra miast nawet w sezonie bywały opustoszałe. Część lokali nie przetrwała, inne mierzą się z poważnymi wyzwaniami, jak chociażby wzrost kosztów energii i gazu. Obawiam się, że bez mocnej ingerencji państwa gastronomii ciężko będzie wyjść na prostą. Dlatego postulujemy, żeby obniżyć VAT nie tylko na żywność, ale na całość oferty gastronomicznej. To pozwoliłoby tej branży złapać oddech i poprawić płynność finansową – mówi Bartłomiej Morzycki. – O ile my nie oczekujemy wprost sektorowej pomocy ze strony państwa, o tyle powinno ono jednak zaingerować niższym VAT-em na całość oferty gastronomicznej, w tym właśnie na piwo, które jest w gastronomii drugą najpopularniejszą, najczęściej spożywaną kategorią po jedzeniu i mogłoby być impulsem do odbicia się sektora.

Jako browary regionalne uważamy, że to jest ostatni moment, w którym należałoby zastosować jakieś zewnętrzne wsparcie dla branży HoReCa. Zwłaszcza dla punktów hotelowo-restauracyjnych, które zostały bardzo mocno dotknięte przez lockdowny w 2020 roku. Wszystkie ograniczenia w działalności czy nawet ostrzeżenia podawane przez media, żeby się nie spotykać, powodują, że ten segment cierpi. Jeżeli nie dostanie wsparcia zewnętrznego, to możemy się obudzić w sytuacji, kiedy zostanie mniej niż połowa spośród znanych i lubianych restauracji – dodaje Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.

Przedstawiciele branży wskazują, że zapaść w sektorze HoReca bezpośrednio przekłada się na polskie browarnictwo, dla którego jest to kolejny cios, po wprowadzanych w ostatnich latach podwyżkach akcyzy. Już 2020 rok rozpoczął się podwyżką akcyzy o 10 proc., a po raptem dwóch latach – od 1 tycznia br. – weszła w życie kolejna, również 10-proc. podwyżka tego podatku. To zaś spowodowało konieczność weryfikacji planów biznesowych w firmach piwowarskich i nie pozostaje bez wpływu na ceny.

 Trzecim ciosem, poniekąd też wynikającym z pandemii, jest obecna sytuacja rynkowa: zdestabilizowane łańcuchy dostaw, ogromna inflacja i wzrost wszystkich kosztów produkcji. Niektóre składowe rosły w tempie trzycyfrowym i to w krótkim czasie – mówi Bartłomiej Morzycki. – Z tymi trzema mocnymi ciosami, które zbiegły się w krótkim czasie, będziemy musieli się mierzyć w bieżącym roku. Wszystko to wpłynie negatywnie na rynek i nie pozwala nam patrzyć w przyszłość zbyt optymistycznie. Mamy nadzieję, że chociaż pogoda nam będzie sprzyjać.

Dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie podkreśla, że branża ma potencjał do dalszego wspierania polskiej gospodarki, ale w tej chwili sama patrzy na nadchodzące miesiące z niepokojem, a jej rozwój będzie uzależniony m.in. od dalszego przebiegu pandemii, możliwości spotkań towarzyskich i organizacji imprez masowych.

– Największy niepokój w branży budzi jednak stale rosnący koszt produkcji piwa. Już w ubiegłym roku mierzyliśmy się z problemem dostępności niektórych surowców, np. aluminium do produkcji puszek, ale też wzrostem cen surowców. Mamy do czynienia z dynamicznym, dwu-, a czasami trzycyfrowym wzrostem wszystkich kosztów produkcji piwa. Jeśli ten trend się nie zatrzyma, to siłą rzeczy będzie musiało przełożyć się na wzrost średniej ceny piwa. A im wyższa cena, tym bardziej rynek będzie spadał – mówi ekspert.

Z raportu Deloitte’a wynika, że w 2020 roku w Polsce funkcjonowały łącznie 363 browary stacjonarne i kontraktowe, a 58 było w budowie lub w planach. Te działające – duże, regionalne i rzemieślnicze – wprowadziły na rynek ponad 2 tys. nowych, premierowych piw.

 Browary regionalne – łącznie z kraftowymi – mają od kilku do kilkunastu procent udziału w rynku – mówi Andrzej Olkowski. – Ich znaczenie dla lokalnych gospodarek jest tym większe, im mniejsza jest miejscowość, w której jest zlokalizowany browar. W dużym mieście to znaczenie ginie w liczbie różnych innych zakładów, które wpływają na gospodarkę regionu. Natomiast w małych miejscowościach bywa, że taki browar jest największym lub jednym z największych zakładów produkcyjnych, które zatrudniają i dają pracę lokalnym przedsiębiorcom z innych branż.

Co istotne, wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki to nie tylko podatki czy zatrudnienie. W 2020 roku aż 90 proc. materiałów i usług wykorzystywanych przez polskie browary do produkcji piwa pochodziło od krajowych dostawców. W sumie firmy zrzeszone w Związku Browary Polskie zakupiły od rodzimych producentów towary i usługi o wartości prawie 4 mld zł, z czego same zakupy chmielu i słodu uzyskały łączną wartość ponad 340 mln zł. Statystyki pokazują, że równie duże jest też przywiązanie polskich konsumentów do piwa warzonego w Polsce, bo aż 92 proc. całej produkcji trafia właśnie na rodzimy rynek.

 Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent miasta stołecznego Warszawy. Jak wyliczyło Ministerstwo Finansów, na planowanych zmianach podatkowych samorządy stracą 145 mld zł w ciągu dekady. Razem z obniżką podatków wprowadzoną w 2019 roku straty przekraczają 200 mld zł. Z kolei proponowane przez rząd rekompensaty opiewają na 48 mld zł. Samorządowcy, którzy w środę w Warszawie protestowali przeciw wprowadzanym zmianom, przestrzegają, że odbiją się one na mieszkańcach.

– Polski Ład nie jest pierwszą zmianą, która uderza w budżety naszych mieszkańców. Poprzednia obejmowała uszczerbek w naszym budżecie na poziomie 700 mln zł, Polski Ład dzisiaj to drugie tyle. Tak naprawdę przyszłoroczny budżet, zgodnie z parametrami, który przygotowujemy obecnie, będzie chudszy o ponad 1 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Michał Olszewski. – Trzeba mieć świadomość tego, że tylko na przestrzeni ostatnich dwóch–trzech lat samorządy przez takie decyzje straciły kilkanaście miliardów złotych. One wyparowały z budżetów samorządowych i zawędrowały do budżetu rządowego.

Polski Ład zakłada m.in. podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, a progu podatkowego do 120 tys. zł. Wprowadzi również zerowy PIT dla pracujących seniorów. Już samo podniesienie kwoty wolnej od podatku – jak szacuje rząd – spowoduje, że w portfelach Polaków zostanie ok. 16,5 mld zł. Na zmianach podatkowych ma w sumie skorzystać 18 mln podatników.

– Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne, a nie mamy wpływów na wysokość podatków. Sytuacja, w której pokazuje się mieszkańcom, że mogą płacić mniej do budżetu państwa, a z drugiej strony zabiera się samorządom pieniądze, które pokrywają tę stratę, jest skrajną nieuczciwością wobec naszych mieszkańców – przekonuje wiceprezydent Warszawy. – Każdy mieszkaniec chce mieć dzisiaj dobry dostęp do edukacji, transportu publicznego, dobry dojazd do pracy. To są wszystko rzeczy, które doznają mocnego uszczerbku w sytuacji, kiedy dojdzie do wdrożenia Polskiego Ładu.

Ocena skutków regulacji przygotowana przez resort finansów wskazuje, że samorządy do 2031 roku stracą na zmianach 145 mld zł. Łącznie z obniżką podatku PIT sprzed dwóch lat straty sięgną 206 mld zł. W samej Warszawie budżet co roku będzie mniejszy o ok. 1,7 mld zł.

– Nasz budżet dzisiaj składa się w 50 proc. z udziału w podatku dochodowym od osób fizycznych i osób prawnych, kolejne 10 proc. to podatek od nieruchomości. Resztę stanowią opłaty, które my jako samorządy pobieramy od mieszkańców, ale które nie pokrywają dzisiaj kosztów usług. Dlatego np. parkowanie, transport publiczny, opłaty za odpady – to pozycje, które na pewno będą bardzo mocno rewidowane w skali całego kraju. Już dzisiaj wiadomo, że nie da się utrzymać wielu usług publicznych na odpowiednim poziomie bez dokonywania albo oszczędności w wydatkach, albo pozyskiwania nowych dochodów – podkreśla Michał Olszewski.

Samorządowcy podkreślają, że wsparcie oferowane przez Ministerstwo Finansów nie jest wystarczające.

  Jako samorządy mamy określony procentowy udział w podatku dochodowym. Jeśli rząd zmniejsza wpływy z podatku, należałoby skorygować odpowiednio ten udział. Jest to prosty mechanizm, który de facto pozwoliłby nam na utrzymanie usług publicznych na tym poziomie, na którym są one obecnie – mówi wiceprezydent Warszawy. 

Ministerstwo Finansów podkreśla, że w przyszłym roku żaden samorząd nie straci na Polskim Ładzie, a w kolejnych latach dochody samorządowe będą wyższe niż prognozowane. Finanse samorządów mają być chronione przez gwarancję dochodów, wzmocnienie inwestycji (poprzez Fundusz Inwestycji Strategicznych) i dodatkowe 8 mld zł (jednorazowy zastrzyk finansowy). Rządowe wyliczenia wskazują, że łącznie dochody wszystkich JST z PIT i CIT mają być wyższe o ponad 10 proc. względem prognoz samorządów.

Polski Ład wprowadza rozwiązanie, które nie jest żadną rekompensatą, dlatego że jest to rekompensata jednorazowa tylko w jednym roku, natomiast w kolejnych latach nie ma w ogóle przewidzianego żadnego mechanizmu korygującego. Co bardzo ważne, mechanizm korygujący przygotowywany na przyszły rok jest o wiele poniżej tego, co tracimy jako samorządy – mówi Michał Olszewski.

Nowe rozwiązania ministerstwa zakładają, że od 2022 roku dochody z PIT i CIT będą przekazywane w równych miesięcznych transzach. Jeśli w danym roku spadną one poniżej ustalonego poziomu, samorządy otrzymają dodatkowe pieniądze (subwencję rozwojową), która im to wynagrodzi. Dzięki temu dochody JST mają być mniej podatne na wahania w gospodarce i zmiany prawne. Resort podkreśla, że takie rozwiązanie jest bardziej korzystne niż zwiększone udziały w PIT, ponieważ zapewnia bardziej równomierne zasilenie budżetów.

Samorządowcy protestują także przeciw odbieranym im kompetencjom w coraz większej liczbie obszarów, m.in. w edukacji, zdrowiu i finansach. W środowym proteście pod hasłem HASHwObronieMieszkańców w Warszawie uczestniczyło blisko tysiąc przedstawicieli samorządów z całej Polski.

Resort finansów upublicznił pod koniec lipca projekt przepisów podatkowych Polskiego Ładu. Nie pozostaną one bez konsekwencji dla finansów samorządów. W latach 2022–2030 z ich budżetów zniknie łącznie 145 mld zł. Najbardziej ucierpią duże miasta, takie jak Warszawa, którą Polski Ład będzie kosztował 1,7 mld zł. Jednostki samorządu terytorialnego obawiają się, że będą zmuszone likwidować część usług, z których korzystają mieszkańcy, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty. Dlatego zaapelowały do rządu o wprowadzenie mechanizmów, które uchronią je przed radykalnym spadkiem dochodów. Chcą m.in. większego udziału samorządów w podatkach PIT.

 Związek Miast Polskich wyliczył, że na Polskim Ładzie stracimy w ciągu dekady ok. 145 mld zł, więc są powody do obaw – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika, przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Ministerstwo Finansów opublikowało 26 lipca br. projekt zmian w ustawach o PIT i CIT, które są częścią zapowiadanego od kilku tygodni Polskiego Ładu. Najważniejsze projektowane zmiany to m.in. zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, podniesienie drugiego progu podatkowego z 85,5 do 120 tys. zł i wprowadzenie ulgi podatkowej dla klasy średniej.

Resort wyliczył, że na projektowanych zmianach ma skorzystać 18 mln Polaków, w których kieszeni zostanie w sumie ok. 14 mld zł rocznie. Podatek PIT przestanie płacić prawie 9 mln Polaków, w tym ok. 70 proc. emerytów i rencistów. Z kolei zwiększenie progu podatkowego o 40 proc. już od 2022 roku spowoduje, że liczba osób płacących 32-proc. podatek spadnie o połowę. Konsultacje społeczne projektu przepisów podatkowych Polskiego Ładu mają potrwać do 30 sierpnia br.

Planowane przez rząd zmiany podatkowe będą mieć duże przełożenie także na finanse samorządów. Środki z podatków dochodowych są dla nich główną pozycją w budżetach, stanowią ok. 20 proc. regularnych dochodów, więc Polski Ład je znacznie uszczupli. Jak wynika z oceny skutków regulacji przedstawionej przez Ministerstwo Finansów, w ciągu 10 lat jednostki samorządu terytorialnego stracą 145 mld zł. W przypadku Warszawy będzie to kwota 1,7 mld zł rocznie, a Krakowa – ponad 500 mln zł.

– Każde miasto posiada indywidualne wyliczenia, w przypadku Rybnika mówimy o stracie ok. 57 mln zł rocznie. Jesteśmy na etapie tworzenia budżetu na kolejny rok i czekamy na wskaźniki, które przychodzą co roku z Ministerstwa Finansów. Zobaczymy, jakie one będą. Wiadomo jednak, że wydatki bieżące miasta rosną, a to bardzo ważny element budżetu – mówi Piotr Kuczera.

Samorządowcy wskazują, że Polski Ład zabierze lokalnym wspólnotom pieniądze, z których opłacane są usługi najbliższe mieszkańcom, takie jak edukacja, komunikacja publiczna, gospodarka odpadami czy sport. W efekcie JST będą zmuszone likwidować część usług, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty.

– Z jednej strony mamy budżety inwestycyjne i tutaj obawy są mniejsze. Problemem będzie jednak bieżące funkcjonowanie miast. Ten dochód bieżący służy m.in. finansowaniu dopłat do oświaty, do komunikacji miejskiej i wszystkich innych rzeczy, które budują komfort funkcjonowania miasta i mieszkańców. Chcielibyśmy, żeby cena tego komfortu była jak najniższa. Niestety finansowanie wydatków bieżących będzie pochłaniało coraz większe kwoty, a to oznacza, że część będzie przerzucana na mieszkańców. To nigdy nie jest popularne, ale ekonomia jest jedna: rząd zabiera samorządom, więc te będą musiały szukać tych pieniędzy gdzie indziej – wyjaśnia prezydent Rybnika.

Osiem organizacji samorządowych na początku sierpnia wystosowało apel do rządu, w którym zwracają uwagę na skutki projektowanych zmian. Uruchomiony przez nie kalkulator na stronie www.natwojkoszt.pl pozwala też wyliczyć, ile poszczególne miasta stracą na Polskim Ładzie już w 2022 roku.

Tym samym korzyści, o których mówi rząd, w postaci kilkudziesięciu złotych miesięcznie dla najmniej zarabiających, znikną wraz z gigantycznym spadkiem budżetów powiatowych i gminnych i koniecznością większej dopłaty do obiadów dzieci w szkołach, likwidacji dodatkowej matematyki czy gminnego programu szczepień dla seniorów. Uderzy to przede wszystkim w najuboższych, najmniej zarabiających i pogorszy ich sytuację życiową – czytamy w liście, pod którym podpisały się m.in. Unia Metropolii Polskich, Związek Miast Polskich i Związek Gmin Wiejskich RP.

– Przede wszystkim bardzo byśmy chcieli, żeby dochody miast były czymś pewnym. Nie chcemy klientelizmu zakładającego, że o każdy wydatek  samorząd musi wnioskować. Pewne pieniądze to te, które są w budżecie i są stałym dochodem gminy – mówi Piotr Kuczera.

Szacunki Ministerstwa Finansów zakładają, że wskutek zmian podatkowych zapowiedzianych w Polskim Ładzie dochody samorządów mają spaść o ok. 13–14 mld zł rocznie (a budżetu centralnego o 5–7 mld zł), choć opracowania ekspertów samorządowych wskazują na kwoty wyższe. Ten ubytek ma zrekompensować zapowiedziana przez premiera Mateusza Morawieckiego subwencja inwestycyjna, której wysokość będzie wyliczana na bazie algorytmu określonego w ustawie o podatku dochodowym.

Samorządowcy liczą się jednak z tym, że obiecane subwencje nie pokryją im utraty dochodów. Krytykują również postępującą centralizację państwa ze szkodą dla lokalnych społeczności. Chcą zachowania obecnego systemu finansowania samorządów, w którym pieniądze podatników zostają najbliżej miejsca ich pracy i życia, oraz zwiększenia udziału JST w podatku PIT z obecnych 50,08 do 68,42 proc.

 Zwiększenie udziału samorządów w Picie byłoby elementem dobrze widzianym – mówi przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. – Nie ma co ukrywać, mamy w tej chwili do czynienia z procesem centralizacji państwa. Mam wrażenie, że przerzucenie akcentu na możliwość pozyskiwania pieniędzy w postaci konkursowej – też nie do końca transparentnej, jak wiemy z kilku ostatnich programów – to jest dominująca tendencja w ostatnich latach. Chcielibyśmy odwrócenia tego typu trendów.

Ogólnopolskie Porozumienie Organizacji Samorządowych, do którego należy również Śląski Związek Gmin i Powiatów, w swoim stanowisku z czerwca br. postuluje o wprowadzenie mechanizmu zapewnienia samorządom także udziału w podatku VAT, a także zapewnienie JST zwolnienia z VAT od towarów i usług nabywanych do realizacji projektów inwestycyjnych.

– Wydaje się, że produkt krajowy brutto w następnych kwartałach i mierzony rok do roku będzie powyżej 5 proc., a więc z pewnością w związku z odbudową konsumpcji i gospodarki realnej będziemy mieli rozkwit gospodarki w najbliższych okresach – prognozuje dr hab. Elżbieta Chojna-Duch, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, była członkini Rady Polityki Pieniężnej. Jej zdaniem prognozy dla Polski wyróżniają się pozytywnie na tle innych krajów europejskich, podobnie jak stan finansów publicznych i poziom zadłużenia. Jednak nadzwyczajna sytuacja, w jakiej pandemia postawiła unijne gospodarki, wymagała zdecydowanych i szybkich działań, które mogą być oceniane jako nieprzejrzyste.

– Stan finansów publicznych w porównaniu chociażby z innymi krajami Unii Europejskiej jest stabilny i niezagrożony – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Elżbieta Chojna-Duch.­ – Miejmy nadzieję, że czwarta fala pandemii nie nastąpi i będziemy powoli odbudowywać nasze finanse publiczne po tym okresie, który spowodował ich nieprzejrzystość. Rząd musiał działać szybko, bo skutki pandemii były destrukcyjne dla społeczeństwa i gospodarki.

Ekonomistka przypomina, że Unia Europejska w marcu 2020 roku zezwoliła na zwiększenie wydatków oraz powiększenie kryteriów deficytu i długu publicznego, natomiast Polska nie naruszyła dopuszczalnego przez Konstytucję RP poziomu 60 proc. długu do PKB, ponieważ zadłużenie sektora finansów publicznych lekko przekroczyło 57 proc. Jednak na początku lipca prezes NIK Marian Banaś w analizie wykonania budżetu państwa skrytykował rząd za „wypychanie” wydatków pomocowych poza budżet tak, by nie przekroczyć granicy 55 proc. PKB. To próg ostrzegawczy, którego pokonanie pociągałoby za sobą konieczność wdrożenia rozwiązań stabilizujących finanse publiczne.

Prezes NIK swoje zarzuty przedstawił na konferencji „Przejrzyste finanse publiczne jako fundament odbudowy gospodarki po pandemii” zorganizowanej 8 lipca, ale zaopiniował pozytywnie sprawozdanie rządu, gdyż „budżet państwa został wykonany zgodnie z ustawą budżetową”. Zarzucił jednak nieprzejrzystość finansowania tarcz, np. dokonywanie ich z pominięciem budżetu państwa (przekazywanie obligacji państwowym firmom, finansowanie Funduszu Solidarnościowego z pożyczek, które mają małe szanse na spłatę) czy ujmowanie w budżecie wydatków w rzeczywistości nieponiesionych w 2020 roku. Jak podkreśliła Elżbieta Chojna-Duch podczas wspomnianej konferencji, wzrost wydatków związany z ratowaniem gospodarki, przedsiębiorców i miejsc pracy był kolosalny, a co za tym idzie – pogorszył sytuację budżetu państwa i finansów publicznych. Udało się ją jednak zachować stabilną dzięki pewnemu obejściu konstytucyjnej zasady jawności finansów publicznych i ustawy o finansach publicznych. Takie nadzwyczajne rozwiązania wdrażano na całym świecie.

– Oczywiście przejrzystość finansów publicznych jest bezwzględnie potrzebna. Ona wynika z Konstytucji i z ustawy o finansach publicznych. Dobrze, że taka konferencja się odbyła, a raport będzie upubliczniony. Teraz trzeba się zastanowić, jak wyjść z tej strategii nadmiernego, być może, zadłużenia publicznego – mówi ekonomistka. – Tarcza, która służyła odbudowie gospodarki w pierwszej fazie pandemii, była bezwzględnie konieczna i działanie to było bardzo skuteczne. Ponadto Narodowy Bank Polski po raz pierwszy w historii zastosował tzw. luzowanie ilościowe, co pomogło rządowi złagodzić straty związane z pandemią.

Jak podkreśla, pandemia zmieniła podejście do przejrzystości finansów publicznych w UE, w związku z czym reguły fiskalne zostały zawieszone. Widać to po finansach niektórych państw członkowskich. Średnio w UE dług publiczny oscyluje wokół 90 proc. W krajach południa Europy jest jeszcze wyższy: w Grecji przekracza 200 proc. PKB, we Włoszech stanowi ok. 160 proc., w Hiszpanii – 120 proc., a w Portugalii niemal 135 proc. Problemy tych krajów pogłębiło zamrożenie w ubiegłym roku turystyki, na której w dużym stopniu opierają się ich gospodarki, oraz posiadanie wspólnej np. z Niemcami waluty.

– Być może czeka nas jeszcze fala wynikająca z uwspólnotowienia zadłużenia europejskiego. Kraje południa Europy mają wysoki poziom zadłużenia i miejmy nadzieję, że ten dług nie spocznie na naszych barkach – komentuje Elżbieta Chojna-Duch. 

Poprawie stanu finansów publicznych – zarówno w Polsce, jak i w Europie – będzie służyć stopniowe odbudowywanie gospodarki. Zdaniem ekspertki perspektywy dla polskiego rynku są szczególnie obiecujące.

– Wydaje się, że produkt krajowy brutto w następnych kwartałach i mierzony rok do roku będzie powyżej 5 proc., a więc z pewnością w związku z odbudową konsumpcji i gospodarki realnej będziemy mieli rozkwit gospodarki w najbliższych okresach – ocenia ekonomistka UW. – Musimy się skupić na gospodarce realnej. Mamy finanse z Unii Europejskiej, z Funduszu Odbudowy, również z naszego Krajowego Planu Odbudowy i środki, które są realizowane w związku z Polskim Ładem.

Pierwsza karta płatnicza pojawiła się na polskim rynku 30 lat temu. Od tego czasu Polacy pokochali bezgotówkowe płatności – w 2020 roku liczba terminali przekroczyła milion, a tylko w IV kwartale kartami dokonano 1,56 mld transakcji bezgotówkowych o wartości 108 mld zł. Majowe badanie HASHfinanseprzyszłosci2021 zrealizowane dla Banku Millennium pokazuje, że w obszar płatności w coraz większym stopniu wkraczają technologie, a Polacy coraz chętniej płacą np. smartfonem czy zegarkiem. W najbliższych latach intensywnie będzie się rozwijać biometria. Ponad połowa osób uczestniczących w badaniu zgodziła się ze stwierdzeniem, że za 10 lat płatności za pomocą skanu twarzy, odcisku palca czy tęczówki oka będą w Polsce dostępne i wykorzystywane przez większość Polaków. Co ciekawe, Polacy oczekują nie tylko wygodnych, szybkich i bezpiecznych płatności, ale zwracają także uwagę na ich aspekt ekologiczny.

– Rozwój płatności zmierza w kierunku ich upraszczania oraz automatyzacji i będzie przebiegać o wiele dynamiczniej niż w przeszłości. Wdrożenie technologii zbliżeniowej – obecnie bardzo popularnej – zajęło bankom i organizacjom płatniczym prawie pół wieku. Udostępnienie aplikacji mobilnej na smartfony to był już okres zaledwie kilku lat. W przypadku płatności mobilnych przebiega to jeszcze szybciej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Karpińska, dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Banku Millennium.

Zdalne kanały kontaktu z bankiem i bezgotówkowe płatności cieszą się w Polsce bardzo dużą – i wciąż rosnącą – popularnością. Z ostatniego raportu „NetB@nk” Związku Banków Polskich wynika, że wśród klientów indywidualnych jest już ok. 27 mln aktywnych użytkowników zdalnej bankowości (mobilnej i internetowej). W najszybciej rosnącym segmencie bankowości mobilnej tylko w ostatnim kwartale ub.r. przybyło 0,5 mln nowych użytkowników, a ich łączna liczba sięgnęła prawie 14,2 mln. W tym gronie 7,45 mln to tzw. użytkownicy mobile only, którzy korzystają z bankowości zdalnej wyłącznie poprzez aplikację w smartfonie. 

Dane NBP pokazują z kolei, że na koniec 2020 roku na polskim rynku znajdowało się prawie 43,7 mln kart płatniczych, z których 87,8 proc. stanowiły karty zbliżeniowe. Tylko w IV kwartale ub.r. Polacy dokonali nimi 1,56 mld transakcji bezgotówkowych (które stanowiły aż 92,2 proc. łącznej liczby wszystkich transakcji kartami).

– Według danych Narodowego Banku Polskiego już około połowa wszystkich transakcji, których dokonujemy, realizowana jest w formie bezgotówkowej – mówi Tomasz Pol, dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium.

Z badania IBRiS i Banku Millennium wynika, że 21 proc. Polaków w czasie pandemii częściej niż wcześniej korzystało z płatności zbliżeniowych. Wśród nich 94 proc. po ustaniu pandemii również będzie płacić w ten sposób częściej niż gotówką. 27 proc. badanych uważa, że za 10 lat płatności zbliżeniowe wciąż będą najpopularniejszym środkiem płatniczym. Niemal co piąty Polak przewiduje, że za 10 lat najchętniej będzie płacić zbliżeniowo telefonem, z kolei 17 proc. postawi na rozwiązania biometryczne, a 10 proc. – na wearables.

– Coraz częściej można zobaczyć osoby korzystające przy terminalu płatniczym nie z plastikowej karty, ale z telefonu bądź zegarka. To powoli przestaje być technologiczną nowinką. Przyszłość to właśnie płatności mobilne i wearables, czyli np.  bransoletki czy smartwatche. To jest łatwiejsze i wygodniejsze dla klienta – mówi Halina Karpińska.

– 30 lat temu pierwsza karta wymagała zdeponowania 200 ówczesnych milionów złotych w banku i cierpliwości, aby ją otrzymać. Dziś kartę można otrzymać praktycznie natychmiast na przykład w aplikacji mobilnej i chwilę potem realizować już płatności, autoryzując je chociażby biometrią. Ten trend – szybkich płatności, mocnych autoryzacji, będzie się wzmacniał się w przyszłości – dodaje Tomasz Pol.

Bank Millennium i Visa wskazują na pięć kluczowych trendów, które w najbliższych latach będą rządzić bankowością konsumencką. Jednym z nich jest dostosowanie oferty do potrzeb nowej generacji klientów, którzy świetnie poruszają się w świecie technologii, płynnie przechodząc ze świata offline do online i odwrotnie. Klient 4.0 oczekuje od banku nie tylko nowoczesnych usług finansowych, ale też bardzo głęboko spersonalizowanych, oferowanych dokładnie w tym miejscu i czasie, kiedy zaistnieje taka potrzeba.

– Naturalnym kierunkiem rozwoju będą teraz płatności, które odbywają się automatycznie, w tle, subskrypcyjne płatności z autoryzacją za pomocą biometrii, z minimalną ingerencją ze strony klienta. Ten trend upraszczania płatności i ułatwiania życia klientom jest najlepszym drogowskazem, pokazującym kierunek rozwoju płatności i technologii, które je wspierają – mówi Halina Karpińska.

Raport wskazuje, że jedną z takich technologii będzie biometria, która zacznie odgrywać ważniejszą rolę niż dotychczas. Ponad 50 proc. Polaków uważa, że za 10 lat płatności za pomocą skanu twarzy, odcisku palca czy tęczówki oka będą w Polsce dostępne i wykorzystywane przez większość klientów bankowości. Jedno z pierwszych rozwiązań na świecie umożliwiające płatności za pomocą skanu tęczówki zostało zaprojektowane właśnie w Polsce i jest już dostępne w niemal 100 miejscach we Wrocławiu.

– Biometria będzie kluczowa dla płatności przyszłości. Przewidujemy, że już w niedalekiej przyszłości duża część płatności będzie autoryzowana biometrycznie, co wynika z faktu, że jest to najwygodniejsza metoda autoryzacji transakcji. Nie trzeba pamiętać żadnych dodatkowych haseł, a zabezpieczenie opiera się na wizerunku twarzy, liniach papilarnych czy brzmieniu głosu. Do zabezpieczenia można wykorzystać jedną bądź wiele takich cech. Dodatkowo biometria spełnia wszystkie wymogi regulacyjne dotyczące płatności, więc jest bardzo bezpieczna. Te dwa czynniki – bezpieczeństwo i wygoda – są najważniejsze dla klientów w przypadku płatności – mówi dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Banku Millennium.

Eksperci Banku Millennium i Visa sugerują także, że usługi finansowe w przyszłości będą częściej „zaszyte” w codziennych czynnościach, dzięki czemu staną się wygodniejsze. W tym zakresie rozwijane będą takie technologie jak tokenizacja czy internet rzeczy. Przykładowo inteligentna lodówka sama zamówi brakujące produkty w sklepie i za nie zapłaci. Niektóre takie rozwiązania – jak np. płatność za przejazd autostradą przez aplikację mobilną, bez konieczności zatrzymywania się na bramkach – są już dostępne.

Z badania HASHfinanseprzyszlosci2021 wynika także, że w nadchodzących latach usługi finansowe będą coraz bardziej powiązane z dbałością o środowisko i klimat. Ponad połowa ankietowanych w ramach badania Banku Millennium zadeklarowała, że jest dla nich ważne, by karta płatnicza była biodegradowalna, wykonana z ponownie przetworzonego materiału lub miała wyłącznie cyfrową postać.    

– Instytucje finansowe w ramach cyfryzacji proaktywnie poszukują takich obszarów, które mogą wesprzeć środowisko, i jednocześnie prowadzą edukację klientów, promując takie rozwiązania – wyjaśnia Halina Karpińska. 

Z edukacją klientów wiąże się kolejny z trendów wskazanych w raporcie, a mianowicie rozwój usług typu parent & child, czyli kierowanych do rodziców i dzieci. Wynika to z faktu, że na rynek płatności i usług finansowych zaczynają wkraczać coraz młodsi użytkownicy. Dzieci zaczynają robić drobne zakupy w wieku siedmiu–ośmiu lat, a z konta bankowego zaczynają korzystać już dwa–trzy lata później. Gromadzą tam swoje oszczędności, płacą kartą, dokonują płatności w grach online i korzystają z aplikacji mobilnej banku. Ponad 90 proc. rodziców chce mieć jednak kontrolę nad kontem i wydatkami dziecka.

– W Banku Millennium zaoferowaliśmy w ostatnim czasie aplikację mobilną skierowaną specjalnie do najmłodszych klientów od siódmego roku życia – rachunek 360° Junior – oraz kartę, która pozwala im również na płatności telefonem. Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem rodziców. Zależy nam na tym, aby nie tylko przesyłali kieszonkowe swoim dzieciom w odpowiedzi na prośbę wysyłaną przez specjalną funkcję w naszej aplikacji mobilnej, lecz także żeby mieli szansę uczestniczyć w ich edukacji finansowej – podkreśla Tomasz Pol.

Przez zmiany w podatkach i pandemię, które odcisnęły piętno na budżetach samorządów, będą one zmuszone do cięcia inwestycji. Wśród obszarów, które mogą ucierpieć najbardziej, jest oświata. Już dziś stanowi ona jedną z największych pozycji w wydatkach gmin, przez co często jest niedoinwestowana. Dlatego wiele samorządów jest zainteresowanych outsourcingiem oświaty, który z powodzeniem i od lat działa w wielu krajach Europy i obu Ameryk. Także w Polsce, choć na razie na niewielką skalę, są już przykłady takiej publiczno-prywatnej współpracy w sektorze oświatowym.

– Finanse samorządów po roku pandemii wyglądają kiepsko. Już zaczęła się dyskusja o tym, że wiele inwestycji oświatowych i edukacyjnych planowanych na najbliższe lata najprawdopodobniej wypadnie z kolejki i zostaną odłożone na nie wiadomo kiedy. Efektów tych cięć nie zobaczymy jeszcze w tym roku, bo inwestycje w tym obszarze prowadzone teraz przez miasta i gminy były zaplanowane kilka lat temu. Natomiast prawdziwa zmiana będzie widoczna za dwa–trzy lata – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Krajewski, prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. 

Uchwalone przez rząd zmiany w podatku PIT i COVID-19, skutkujące mniejszymi wpływami do kas samorządów, a z drugiej strony koszty ponoszone na walkę z pandemią i wysoka inflacja – to czynniki, które przyczyniają się do pogorszenia kondycji finansowej samorządów. W efekcie wiele z nich musi rewidować swoje plany inwestycyjne i wprowadzać cięcia.

Rządowy raport z 2019 roku na temat potrzeb inwestycyjnych samorządów wskazuje, że tylko w zakresie wodociągów i kanalizacji wynosiły one ok. 93 mld zł, w zakresie dróg wojewódzkich – 51 mld zł, a w obszarze gospodarowania odpadami – 22,5 mld zł. Zdolności do ich finansowania są coraz mniejsze, bo w poprzednim roku w niektórych kategoriach samorządów nadwyżki operacyjne, przeznaczane na nowe przedsięwzięcia, gwałtownie się załamały po wybuchu pandemii.

Jak ocenia Mateusz Krajewski, cięcia będą dotyczyć również oświaty, mimo że potrzeby inwestycyjne również w tym obszarze są ogromne, ale stanowi ona jedną z największych pozycji w kosztach. Wbrew pozorom dotyczy to nie tylko wsi i mniejszych miejscowości, ale i dużych aglomeracji.

Wszystkie duże miasta mają w tej chwili ten sam problem. Mieszkańcy oddalają się od centrum, gdzie miasto ma swoją infrastrukturę społeczną. Największe osiedla powstają na suburbiach, a ich nowi mieszkańcy oczekują, że szkoły i przedszkola będą blisko domu. Tutaj zaczyna się ogromny problem, bo osiedla te często nie mają uwzględnionej infrastruktury społecznej – mówi prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Fundacja jest podmiotem, który pomaga samorządom wypełnić luki w infrastrukturze oświatowej. W ramach współpracy samorząd wnosi działkę, na której może powstać nowe przedszkole lub szkoła, albo budynek wymagający remontu, który można przeznaczyć pod cele oświatowe. Z kolei spółka wnosi swoje know-how, zajmuje się pozyskaniem funduszy, realizacją całej inwestycji i późniejszym administrowaniem placówką oświatową.

Samorządy od kilkunastu lat korzystają z naszej pomocy na kilka sposobów. W wersji minimum samorząd, który dysponuje jakąś bazą lokalową, np. starą zlikwidowaną szkołą czy nieużywanym budynkiem, zleca nam, po wspólnej analizie demograficznej, przygotowanie w takim miejscu nowej placówki. To często wiąże się z kompleksowym remontem tego miejsca, dokonaniem odbiorów, skompletowaniem pracowników i uruchomieniem działalności. W wersji bardziej zaawansowanej, którą realizujemy od 2012 roku, samorząd oddaje nam do dyspozycji swój grunt – albo w formie własności, albo w formie użyczenia, na którym budujemy potrzebną infrastrukturę. Do tej pory były to przede wszystkim nowe przedszkola – wyjaśnia Mateusz Krajewski.

W trakcie dwóch dekad działalności fundacja zrealizowała już w sumie 400 szkół i przedszkoli w całej Polsce, tworząc w nich ponad 5 tys. miejsc dla dzieci. Na te projekty pozyskała 56 mln zł zewnętrznego finansowania. Obecnie realizuje około trzech nowych inwestycji rocznie, udostępniając kilkaset dodatkowych miejsc w przedszkolach i szkołach podstawowych. Jednocześnie fundacja administruje 63 placówkami oświatowymi w ośmiu gminach (m.in. we Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi), zatrudniając 975 pracowników oświatowych. Korzystają one z centralnego zespołu księgowego i administracyjnego, co ogranicza ich koszty działalności.

– W tej chwili większość z gmin, z którymi mamy kontakt, niezależnie od tego, czy mówimy o zachodzie kraju, o wschodzie, północy czy południu, deklaruje nam gotowość do rozpoczęcia rozmów i zainteresowanie przekazaniem do prowadzenia placówek, które w tej chwili są pod ich zarządem. To ogromna skala, biorąc pod uwagę, że w Polsce mamy 2,4 tys. gmin – mówi prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Jak podkreśla, outsourcing oświaty jest już od dawna popularny w wielu krajach Europy i obu Ameryk, gdzie silną sieć placówek publicznych prowadzą organizacje społeczne, fundacje, stowarzyszenia czy kościoły.

 – Ciekawym przykładem angażowania się sektora prywatnego w oświatę są szkoły zawodowe w Niemczech. Tam bardzo aktywne są cechy zawodowe, które biorą udział w kreowaniu całego procesu dydaktycznego – mówi Mateusz Krajewski. – W Polsce także szkoły są prowadzone przez organy inne niż samorząd już od 30 lat. W tej chwili w całym kraju aż 15 proc. szkół działa w takim modelu, choć niestety uczęszcza do nich tylko ok. 6 proc. dzieci. To pokazuje, że ten czynnik społeczny, który angażuje się w oświatę, zwłaszcza publiczną, prowadzi wyłącznie małe placówki. Ta sieć jest niezwykle rozdrobniona. Mam nadzieję, że w Polsce będzie coraz większa świadomość tego, że podmioty prywatne też mogą bardzo skutecznie podejmować się takich zadań.

Na utrzymanie oświaty samorządy otrzymują pieniądze z budżetu centralnego poprzez subwencję oświatową. Nie są to jednak środki wystarczające. Jak podaje Aesco Group, w ubiegłym roku samorządy musiały znaleźć na ten cel dodatkowe 32 mld zł, czyli o ponad połowę więcej niż w 2015 roku. To głównie efekt rosnących kosztów wynagrodzeń, które stanowią 85–90 proc. wydatków na oświatę. W skali całej Polski – na 2808 jednostek samorządu terytorialnego – tylko kilkanaście z nich (ok. 0,5 proc.) nie dopłaca do edukacji.

Inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej czy zdalny odczyt liczników – to rozwiązania z obszaru smart city najczęściej wdrażane przez polskie miasta, które jednak wciąż napotykają przy tym wiele barier. Dlatego inteligentne technologie wprowadzają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, choć ambitne plany w tym zakresie ma także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich podwarszawski Serock, którego pandemia skłoniła do realizacji projektu smart city obejmującego cyfryzację gminy. Samorząd podpisał właśnie umowę z koncernem technologicznym Huawei, który ma pomóc w stworzeniu innowacyjnego i ekologicznego miasta.

– Smart city to koncepcja wykorzystania nowoczesnych technologii do zarządzania miastem i zbierania informacji o tym, co się w nim dzieje. To połączenie dużej liczby czujników, łączności 5G oraz sztucznej inteligencji, która przetwarza dane i pozwala na ich podstawie podejmować właściwe decyzje, np. w zakresie sterowania ruchem i sygnalizacją świetlną, komunikacja miejską, w zakresie monitorowania ulic czy zarządzania mediami – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

Koncepcja smart cities opiera się na cyfryzacji miejskiej przestrzeni. Inteligentne systemy – bazujące na algorytmach i infrastrukturze IoT, która dostarcza dane z różnych obszarów – powodują, że miasto staje się bardziej ekonomiczne, ekologiczne i przyjazne mieszkańcom. Instytut Machina Research oraz McKinsey szacują wielkość globalnego rynku IoT dla zastosowań smart city na 10 bln euro do końca 2025 roku. Ostrożniejsze są szacunki Frost & Sullivan, które wskazują na ok. 2 bln dol. w podobnym horyzoncie czasowym (raport „IoT w polskiej gospodarce” Ministerstwa Cyfryzacji, obecnie KPRM). Według danych przytaczanych przez Huaweia na początku 2020 roku na całym świecie było już ponad 5,5 tys. inteligentnych miast.

– Dzięki temu, że w smart city można sterować ruchem pojazdów czy zużyciem energii, miastem można zarządzać efektywniej, osiągając znacznie lepsze efekty dla ekologii. Smart city to też nowoczesne formy wytwarzania energii, czyli np. energetyka słoneczna i technologie, które pozwalają na zmniejszenie śladu węglowego – wskazuje Ryszard Hordyński.

Według danych World Economic Forum w 2022 roku wydatki na rozwój inteligentnych miast osiągną poziom 158 mld dol. Dzięki innowacjom zarówno małe samorządy, jak i metropolie są w stanie poprawić jakość życia mieszkańców, ograniczyć zużycie energii czy wody. Przykładowo emisję gazów cieplarnianych w miastach można by ograniczyć o 15 proc. dzięki zmniejszeniu produkcji energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem inteligentnych systemów – podaje WEF. Z kolei inteligentne rozwiązania nawadniające, które zapobiegają wyciekom wody i monitorują jej zużycie, pomogłyby zaoszczędzić od 25 do 80 l wody na osobę dziennie.

Podobne wnioski płyną z ministerialnego raportu „IoT w polskiej gospodarce”, który pokazuje, że dotychczasowe wdrożenia smart projektów przynoszą wymierne korzyści społeczne i finansowe, w tym np. skrócenie czasu podróży komunikacją miejską o 20 proc., spadek przestępczości o 40 proc., skrócenie czasu poświęconego na załatwianie spraw w urzędach miejskich o 65 proc., skrócenie czasu reakcji na nagłe wypadki o 35 proc. oraz zmniejszenie szkodliwych emisji i zużycia wody o 15 proc.

W Polsce – wśród najczęściej wdrażanych rozwiązań z obszaru smart city – są np. inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej, zdalny odczyt liczników i czujników czy zarządzanie mediami (np. oświetleniem miejskim, dostawami wody, prądu albo wywozem odpadów). Wdrażanie takich inteligentnych technologii w polskich miastach wciąż jednak napotyka wiele barier, a do głównych zaliczają się nie tylko finanse, lecz także brak długoterminowej strategii w tym zakresie i odpowiedniego know-how.

– Wydaje się też, że w Polsce miasta jeszcze nie do końca mają świadomość, że one też zarządzają pewnym biznesem. Jeśli włodarze zrozumieją, że atrakcyjność miasta – jego infrastruktura, poziom digitalizacji – ma ogromne znaczenie dla inwestorów i mieszkańców, wtedy tego typu rozwiązań będzie coraz więcej – ocenia dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

W Polsce rozwiązania z zakresu smart city wdrażają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, ale ambitne plany ma już także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich m.in. Serock, który realizuje projekt Serock SmartCity, obejmujący cyfryzację gminy, w tym rozwój technologii ICT i zwiększenie dostępności sieci światłowodowej dla mieszkańców.

– Technologia powoduje, że usługi są coraz bardziej efektywne, są dostarczane w coraz krótszym czasie i w coraz lepszej formie. Oczywiście z punktu widzenia samorządu zakładamy też, że one będą efektywne ekonomicznie. Żyjemy w erze cyfryzacji i bez tych nowoczesnych narzędzi dzisiaj już nie da się funkcjonować – mówi Artur Borkowski, burmistrz miasta i gminy Serock.

– Pandemia COVID-19 i sytuacja z ostatniego roku zmusiła nas wszystkich do pracy online. Ta zdalna praca, nauka oraz zdalne funkcjonowanie jednostek organizacyjnych miasta i gminy Serock napotykało różne problemy infrastrukturalne. Zakładamy, że współpraca z Huaweiem pozwoli bezproblemowo i płynnie zapewnić podstawowe kontakty między mieszkańcami, jednostkami organizacyjnymi a urzędem miasta. Dzisiaj gros osób potrafi już załatwić wszystkie swoje sprawy online, nie wychodząc z domu, i w tym kierunku będziemy dążyć – dodaje wiceburmistrz miasta Marek Bąbolski. 

Serock podpisał właśnie z koncernem technologicznym Huawei porozumienie o współpracy, której celem jest stworzenie innowacyjnego i ekologicznego miasta, bazującego na nowoczesnych technologiach. Porozumienie, podpisane w obecności marszałka województwa mazowieckiego Adam Struzika, zakłada wymianę doświadczeń między władzami lokalnymi i ekspertami Huaweia, a na dalszych etapach także wspólne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań oraz analizowanie ich efektywności.

– Umowa, którą podpisaliśmy z miastem Serock, dotyczy transferu wiedzy i doświadczeń w zakresie smart city i fotowoltaiki. To swego rodzaju memorandum, otwarcie pewnej platformy do dyskusji, która – mam nadzieję – będzie owocowała konkretnymi projektami i realizacją konkretnych założeń biznesowych – mówi Ryszard Hordyński.

– Punktem skupiającym uwagę obu stron jest spółdzielnia energetyczna, która została założona w lutym. Jest to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Przymierzamy się też do wykonania instalacji rekultywującej dotychczasowe wyrobisko, a przy okazji moglibyśmy dzięki temu dostarczać ekologiczną i tanią energię naszym mieszkańcom. Huawei ma w tym zakresie doświadczenie i nowoczesne rozwiązania i tutaj już widzimy pole do współpracy. Nie zamykamy się też na inne obszary – dodaje burmistrz miasta Artur Borkowski. 

Władze samorządowe wskazują, że szybko rosnąca populacja miasta i całej gminy Serock kreśli nowe wyzwania, którym inteligentne technologie pomogą sprostać. Rozwój inteligentnego Serocka w dłuższej perspektywie ma też przyczynić się do rozwoju całego regionu.

– Porozumienie, które miasto i gmina Serock podpisało z firmą Huawei, niewątpliwie przełoży się na rozwój regionu, ponieważ przyczyni się do wprowadzania innowacji, nowych technologii, które będą służyły w każdej dziedzinie życia: w kulturze, edukacji, komunikacji ze społeczeństwem. Na pewno tą drogą pójdą też inne miejscowości tego regionu, a dla Mazowsza jest to szalenie ważne – mówi Bożena Żelazowska, posłanka na Sejm RP z okręgu podwarszawskiego, w skład którego wchodzi m.in. powiat legionowski i miasto Serock. 

Samorządy obawiają się, że po zmianach podatkowych wprowadzanych w ostatnich latach przez rząd, rosnącej inflacji i pandemii Polski Ład okaże się kolejnym czynnikiem, który uderzy w ich finanse. Z szacunków Ministerstwa Finansów wynika, że ich dochody mają spaść o ok. 10–11 mld zł, ale rząd obiecuje, że ten ubytek pokryje specjalna subwencja inwestycyjna. Według...